Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wisza nadbiegłszy za bratem, z doniesieniem pospieszył do niej.
Trochę więcej wzięła to z początku do serca, ale nie poradziła nic, a po godzinie zapomniała co zaszło.
Królewski dwór tegoż dnia już czynił przygotowania do podróży, bo Ludwikowi pilno było wielce zbyć się wycieczki do Gniezna i Wielkopolski, dokąd go ks. arcybiskup Bogorya ciągnął. Węgry więc nie mieli czasu dokazywać i dzień ten upłynął jakoś spokojnie.
Wieczorem, jak zwykle, królowa stara zabawiała się.
Słychać było muzykę, widać po cieniach w oknach pląsających, a śmiechy aż na podwórce dolatywały. Król tam u matki nie bawił długo, drudzy, szczególniej ci, co się przyszłej pani w łaski zapisać chcieli, dosiadywali, póki śpiewać kazała i słuchała pochlebców.
Ze starego dworu nieboszczyka mało kto tam był, lecz nowych ludzi, dawniej mniej znanych, zbiegło się dosyć, i na Polakach nie zbywało.
Tu już można było zgadnąć, kto w przyszłości pójdzie w górę, a kto w niełaskę popadnie. Tych, co się garnęli do starej pani, przyjmowała bardzo wdzięcznie. Wesołością i pochlebstwem, a piękną powierzchownością ująć ją było łatwo. Młodzież też po większej części ją otaczała.