Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/074

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dwoista koronacya śmieszną się widzi. Ale do grobu św. Wojciecha pokłonić się pojedzie.
— Hm, — rzekł Dersław, — nam też tam potrzeba być, żebyśmy widzieli, jak się to odbędzie.
Co mamy za królem gonić, lepiej go wyprzedzić. Ja już tu robić co nie mam.
Pan Przedysław z Gołuchowa też dziś rusza przodem... Gotóweś z końmi?
— Jam zawsze gotów, — rzekł Lasota, — nic mnie tu nie trzyma.
— Ba! — rozśmiał się stary, który żartować czasem lubił, — nie masz to żadnej mieszczki, z którąbyś na cztery oczy się chciał pożegnać?
Ruszył ramionami Lasota.
— Już mi to nie w głowie! — odparł.
— A kędyż poszło? — zagadnął stary, i nie czekając odpowiedzi, otarł usta, przeżegnał się, a na chłopca począł wołać.
— Sakwy wiązać — w drogę! słyszysz niezdaro... za godzinę na gościńcu być musimy.
Zwrócił się do Lasoty, pasa popuszczonego ściągając.
— I was za godzinę czekam, — rzekł, czapkę biorąc, — a teraz trzeba po swoich pójść i dać hasło: Wielkopolany w drogę!..
Tegoż dnia, z przymrozkiem, który od południa zaczął brać, przy wypogodzonem niebie, co było Wielkopolan, którzy się kupy trzymali, ruszać zaczęło z Krakowa.