Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


okazali, że też coś ważą... Bodaj zawichrzyć, — będą nas potem lepiej szanować...
A na naszego Przecława z Gołuchowa jak tam patrzą? — zapytał stary.
Lasota był znów w usposobieniu milczącem i nie prędko na odpowiedź się zebrał.
— Koso nań patrzą, — rzekł nareszcie. — Nic nie wiem, ale mi się zda, że on niedługo na wielkorządach posiedzi.
Dersław się rozśmiał.
— Tem lepiej, — rzekł, — bo i jego nam dadzą, a jest potrzebny, i Krakowiaka nam przyślą, to już miary doleją!!.. Ma być co, niechże będzie na dobre!
Wstał Dersław i ziewnął zmęczony, wyciągając się.
— Późno do kata, — rzekł, — jabym już spał, a i ty pewnie po dzisiejszej służbie wyciągnąłbyś się rad. Do zamku ci nie pora iść, a tam też węgry może na twojej pościeli się wyciągają każę ci tu słomy przynieść i kobierczyk zasłać.
Stało się, jak gospodarz chciał, i po kubku jeszcze na sen dopiwszy, legli oba.
Nazajutrz, nim się Dersław zbudził i chrapał jeszcze w najlepsze, Lasota się zerwał już z łoża swego, na palcach wyszedł i na zamek pociągnął. Stary jakby wyprorokował, bo gdy do swej izby spieszył, pacholę w sieniach w starą opończę uwinięte, śpiące u drzwi, przebudziwszy