Bajka o Żelaznym Wilku/XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Bajka o Żelaznym Wilku
Podtytuł z 14 rycinami i winietą okładkowa Jana Rembowskiego
Data wydania 1911
Wydawnictwo Spółka Nakładowa „Książka“
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Ilustrator Jan Rembowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXII.

Już minęło dwa dni, jak królewna została zamknięta w swoich pokojach. Podwoi strzegli dzień i noc dwaj uzbrojeni rycerze z najbliższego otoczenia Tatury. Nikt nie miał do królewny dostępu, prócz niezbędnej służby i ochmistrzyni Głos-Puszczalskiej, która zgodziła się dzielić więzienie ze swą dostojną wychowanką. Królewna nie znosiła jednak jej obecności i wolała przebywać sama w swojej sypialni. Co zaś do zbliżającego się wesela, to zdawało się, że pogodziła się ze swym losem; przynajmniej nie zdradzała niczym nazewnątrz ani swego żalu, ani zamierzonego oporu. Zachowywała się niezmiernie skromnie i spełniała w milczeniu wszystko, czego od niej żądano. W młodym jej sercu przelewała się jednak rozpacz i gorycz... Nikt, nikt nie ujął się za nią! A tylu było, tylu, co ubiegali się o jej uśmiech, szeptali jej pochlebstwa!...
Widziała ze swego balkonu, na który pozwolono jej wychodzić, jak przychodzą i odchodzą oddziały wojsk, jak przybywają rycerze i dostojnicy, jak krąży po dziedzińcach i ogrodzie służba pałacowa i dworzanie. Czasem któryś z nich podnosił ukradkiem głowę i spoglądał ku niej, lecz spuszczał oczy natychmiast i oglądał się wokoło trwożliwie, czy go kto aby nie spostrzegł. Widziała, jak na wózkach i noszach zwożą do pałacu skrzynie, kwiaty, drogie naczynia, jak uwijają się w składach skarbowych stolnicy i szatnicy... Domyślała się, że robiono przygotowania do weselnych uroczystości i serce jej ściskało się wciąż z bólu, przerażenia i gniewu.
Widziała też parę razy ciemną figurę nienawistnego Tatury, jak zstępował ze schodów pałacowych w otoczeniu dworaków, dumny, groźny, samowładny.
Tegoż dnia odwiedziła ją matka.
— Ach, córko moja, tegom dożyła, że jesteś jak więzień! Nigdy nie przypuszczałam... Choć, co prawda, sama zawiniłaś... Poco było powierzać sprawy tak ważne młokosowi... jakiemuś tam setnikowi... Ach! ach! Los prześladuje nas... Już od samego urodzenia miałam z tobą kłopot... Głos-Puszczalska, podaj mi, proszę, czystą chusteczkę, gdyż ta już mokra od łez... Wylałam już ich morze całe przez Was, moje dzieci...
— A ojciec czy zdrów? Co porabia? — spytała drżącym głosem królewna...
— Król?... Ach, Król uspokoił się również... Wszyscy uspokoiliśmy się, dowiedziawszy się, że pogodziłaś się ze swym losem... Cóż robić, taka to już kolej rzeczy na świecie, że my, kobiety, musimy się dla wszystkich poświęcać. Bierz przykład ze mnie... Daj mi, Głos-Puszczalska, jeszcze jedną chusteczkę, bo i ta już mokra... Ach dzieci, dzieci, co wy nas kosztujecie! Jedyna pociecha, że wyprawa będzie wprost niezrównana! Jakie suknie, hafty, jedwabie, płótna cieniuchne, koronki... Jakie naszyjniki z drogich kamieni i pereł, zapięścia, kolczyki, manele... Sześć koni białych do kolasy i kolasa złocona... Wszystko niezwykłej piękności, warte córy królewskiej. A wszystko przysłał Tatura w upominku weselnym... Widocznie chce zgody, bo sama pomyśl, co mógł uczynić ponad to, co zrobił... On sam był zmuszony... On mądrze nas i siebie zbawił... Wszystkim groził bunt załogi... On ostatnia nasza opora... A czymby się zaburzenia skończyły, niewiadomo... Musielibyśmy albo część załogi wyciąć, co osłabiłoby obronność zamku, albo żołdactwo zwyciężyłoby nas... Co wtedyby się stało, trudno przewidzieć... Należy przypuszczać, że zostałyby tylko gruzy i trupy... Nasby wymordowali wszystkich, a skarb zrabowali... Musiał więc Tatura udać srogość, musiał ciebie kazać uwięzić! Ale, w gruncie rzeczy, przecież źle ci się nie dzieje? Co? I doprawdy nie wiem, co ty masz przeciw Taturze? Dawniej, w dzieciństwie, lubiłaś go przecie?
— Nigdy go nie lubiłam! — ostro odrzekła królewna i spojrzała w oczy matce.
Królowa mrugnęła powiekami i spuściła je na dół.
— Żałuję bardzo... W takim razie... cóż robić? Nic ci poradzić nie mogę! — mruczała niewyraźnie. — Nic ci nie brak, nic... powiadasz?! W takim razie ja już pójdę, a ty jak będziesz czego potrzebowała, to poślij sługę... Tatura pozwolił.
— Już więc rozporządza mną jak swoją własnością! — rozśmiała się królewna.
— Ach, jaka ja jestem nieszczęśliwa!... — znów wybuchnęła ze łzami Królowa i przyłożyła chusteczkę do oczu.
Królewna jednak nie kwapiła się ją pocieszać; opuściła więc niezadługo córkę, szeleszcząc długim ogonem jedwabnej sukni i zostawiając po sobie zapach drogich zamorskich pachnideł.
Królewna objęła rękami drogi stół jaspisowy i przycisnęła rozpalone czoło do zimnego kamienia.
— Nie!... Nigdy, przenigdy! — szepnęła wreszcie, podnosząc głowę. — Ale co przedsięwziąć? Jak postąpić?
Wichura myśli, zmąconych wzruszeniem, omroczyła ją jak gorący podmuch burzy. Otwarła drzwi na balkon i wyszła, aby się ochłodzić.
Jedyny to był kąt, skąd mogła jeszcze spoglądać na wolny świat.
Tam wszędzie... poza nią i dookoła — dręczyciele! Śliczne, bogate komnaty pełne wystrojonych, uśmiechniętych fałszywców albo niedołęgów... Podwoi zaś strzegą szorstcy żołdacy w twardych zbrojach!...
Spuściła głowę i patrzała w zadumie na znane kwietniki i gaje ogrodu, tonące w ciepłym wieczornym zmierzchu. W dali z poza drzew przeświecały potężne mury warowni, rubinowe od zorzy. Na nich gęste straże świeciły miedzią oręża jak ogniami. U posępnej bramy wjazdowej zwykły ruch; przeciągają oddziały wojskowe do poblizkich koszar, przybywają i odchodzą poczty rycerskie. Nowością było to, że znikła nareszcie okropna biała plamka, zwisająca na sznurze z zębicy muru, a natomiast pojawiły się w ogrodzie ciemne figury wojowników, rozstawionych dwoma szeregami dookoła pałacu.
— O tak! Pilnują mię dobrze! Mało ich tutaj!... — pomyślała z goryczą.
I znowu, na krótko, rozpacz ścisnęła jej mężne serce, znowu mignęła jej w wyobraźni włochata, zwierzęca postać z białemi kłami, świecącemi w rozśmianych ustach.
— Mam cię, zjem cię!
— Przenigdy!... Lepiej zgniję w lochu! A może... a może... zjawi się nagle tamten rycerz, piękny i dobry, i wybawi mię!... Nie, nie!... Niema nadziei! Przecież to był on, tosamo obrzydliwe Żelazne Wilczysko. Przecież ojciec widział go wyraźnie i poznał obecnie! On mnie pewnie zbawił wtedy, żeby dziś sobie łatwiej przywłaszczyć... Nie chciał oddać innemu, bo za swoją własność uważał... Aha!... Ale dla czego Tatura nie zgłosił się zaraz, jeżeli to był on? Tego nie rozumiem! Nic nie rozumiem, wiem tylko, że nikt mi nie pomoże, że jeżeli mu się oprę, do lochu mię zamkną, a potym powloką mię do niego za ręce żołnierze...
Krążyła coraz szybciej, coraz szybciej po swoim pokoju, niespokojnie przebiegała z kąta w kąt, jak uwięziona w klatce ptaszyna. Wreszcie zatrzymała się.
— Bracie! Jaśku drogi! Ratuj mię! Czyż i ty mię opuściłeś?! Nie pomyślisz o mnie!?
Wsłuchiwała się w ciszę nasiąkłego już nocą ogrodu, ale stamtąd dobiegały jeno stłumione, miarowe wołania straży.
— Warta!... Czujj!... War-taaa!...
Czarny pas murów zakrywał widnokrąg, a ponad niemi migały jeno złociste gwiazdy.
— Uciec! Ujść!... Nic gorszego już się stać nie może!
Zastukano do drzwi, drgnęła i obróciła ku nim oszalałe z przerażenia oczy.
— Za późno, już idą!... Już zaraz powloką mię!
Milczała i podwoje rozwarły się bez jej rozkazu. Służba wniosła płonące świeczniki i sutą wieczerzę na srebrnych półmiskach.
— Najjaśniejsza Pani przysłała suknię ślubną. Kazała ją tu rozłożyć, aby Wasza Książęca Mość mogła ją dobrze obejrzeć i zrobić swoje uwagi... Jeszcze dziś w nocy krawcowe poprawią, co trzeba! — oznajmiła, przysiadając z nizkim ukłonem, szatna.
Królewna odwróciła głowę.
— Zostawcie mię samą! — szepnęła.
Znowu cicho i pusto wokoło, jeno płoną potrzaskując grube woskowe świece, oraz ze srebrnych półmisków dymi się smaczny opar. A w sąsiedniej komnacie na stole bieleje rozłożona śliczna, srebrem tkana suknia. Królewna zerknęła na nią i oczu już oderwać nie mogła, wydała jej się jakimś strasznym grobowym całunem...
— Już! Więc już jutro! Ach, rycerzu! Gdzież jesteś, rycerzu? Zjaw się!... Wybawienia!... Przecież raz tylko życie nam dano... Skoro zginę, zgnieciona nogą tego okrutnika, już mię nigdy, nigdy nie znajdziesz! Darmo szukać będziesz, darmo tęsknić! Przeżyte nie wraca! Nie niknie... Życie nie zaczyna się nigdy od nowa... Rycerzu, rycerzu!
Zaczęła znowu chodzić szybkim krokiem po komnacie i za każdym razem, gdy oczy jej dostrzegały przez otwarte drzwi łagodny, srebrzysty poblask cudnej sukni weselnej, mróz przejmował ją, jakby tam leżał lodowy grobowiec. Nareszcie zatrzymała się, wyprostowała i głowę uniosła. Na zmarszczonym czole zarysowało się zimne postanowienie i choć wszystko w niej wewnątrz dygotało z wzruszenia, zaczęła wolno i spokojnie wywlekać z kątów pokoju wszystko, co można było zamienić na sznury. Ręce jej dygotały, usta jej drgały, ale pracowała wytrwale. Podarła przez pół i poskręcała lniane prześcieradła, przywiązała do nich ręczniki, przywiązała taśmy i sznury od zasłon i same zasłony, również podarte i skręcone... Drzwi, już przedtym na zasuwy zaparte, zastawiła jeszcze krzesłami, zydlami i stołami, poczym uwiązała koniec skręconych sznurów do balkonu i siadła na balustradzie. Czarna przepaść otwarła się pod nią. Nie pozwoliła sobie ani o niej rozmyślać, ani zbytnio jej się przyglądać, aby nie stracić odwagi. Gdy zawisła w powietrzu, było jej przyjemnie, że ogarnęły ją sploty ukochanych róż. Choć kolce ich chwytały ją za włosy, darły odzież i raniły ręce, ale zawsze nie była samą; kochane kwiaty pachniały wokoło i jak gdyby podtrzymywały w trudnej podróży. Nagle zabrakło ich, a następnie zabrakło i sznura. Czuła jego koniec na piersiach, podczas gdy nogi wisiały jeszcze w powietrzu. Widocznie był za krótki, a czy daleko ziemia — nie wiedziała. Opuściły ją siły, zrozumiała, że już do góry z powrotem dźwignąć się nie zdoła.
— Puszczę!... Niech będzie co chce!
Wyciągnęła ręce i otwarła dłonie. Mignęły przed nią szkła okien i opadła na miękką ziemię. Było niewysoko i nie stłukła się wcale; natomiast przestraszyła się bardzo, czy aby odgłosu upadku nie usłyszały straże.
Pozostała chwilkę bez ruchu, przytulona do ziemi. Ale kroki i głosy chodzących opodal wojowników nie zbliżały się; wtedy popełzła na kolanach ku ciemniejącemu w pobliżu kwietnikowi. Wtym zadrżała i z trudem wstrzymała krzyk przerażenia: z za węgła wypłynęła ciemna postać, zupełnie podobna do nieszczęśliwego Czarnolasa. Zbliżała się ku niej z głową, jak ongi u niego, zadartą... I nagle trwoga królewny zamieniła się w szaloną radość:
— Więc to nieprawda! Więc on żyje! Więc ludzie tylko udają złych? Więc Tatura chciał ją jedynie nastraszyć!? Więc nie wszystko stracone? On ją obroni i wywiedzie i... pomoże odszukać... rycerza!
Chciała już zawołać na wojownika po imieniu, gdy cień obrócił się do niej bokiem i po ruchach poznała... brata.
— Jasiu, Jaśku! Co tu robisz? — spytała cichutko, chwytając go za ramię.
Królewicz szarpnął się dziko.
— Co to? Kto! Nie tykaj się mnie! Zabraniam ci! — krzyknął.
— Cicho! To ja... siostra! Usłyszą nas. Jakże dobrze, że cię spotkałam. Co robisz tutaj, braciszku?
— Chodzę i patrzę na twoje okna! Cóż więcej zrobić mogę!? Żal mi cię! Ach, tak mi cię żal!... Chciałem ci nawet zagrać, ale... rozstawili warty i te usłyszałyby zaraz... A ty, co tu robisz i jak się tutaj dostałaś?
— Spuściłam się po sznurze! Chcę uciekać!
— Tak, tak... uciekać... od tych kłamców, złośników, plotkarzy, złodziei i gwałtowników!... Ach, jakże mi obrzydł cały ten świat, to ciągłe udawanie, przymus, wykręty, ciągły lęk, aby nie zaczepić tego, nie potrącić owego... Tak, tak, uciekać! Ale jak, siostro? W tym sztuka cała! — szeptał gorąco królewicz.
— Przedewszystkim uciekajmy teraz stąd od pałacowych straży! — odrzekła królewna, biorąc go za rękę. — Prowadź mię, ty znasz lepiej ogród i wiesz, gdzie rozstawiono warty!
Okrył ją płaszczem i, chyląc się wśród cieni drzew, przemknęli się ku odległym, zapuszczonym częściom parku w pobliżu murów zamkowych. Tu zaszyli się w gęstwinie i zaczęli radzić. Nad niemi wysoko w miarowych odstępach czasu przelatały głucho i przeciągle wołania dozorów:
— Warta!...
— Wartaaa!... — odpowiadały echem głosy coraz cichsze, coraz dalsze, tocząc się po grzbiecie obwarowań, jak rzucony głaz.
— Słyszysz? Jakże się tu na tamtą stronę przedostać!? — spytał się upadłym głosem królewicz.
— Nic nie wiem! Ale nie chcę!... Nie wrócę! Za nic w świecie!... Jeżeli ty mi nie pomożesz, pójdę sama! Niech mię zabiją!
— Jakże pójdziesz? Jak się wdrapiesz?
— Mur stary. Czyż nie znajdzie się gdzie jaka mała szczelinka, jakie pęknięcie, szparka, za które zaczepić się można... Paznokciami, zębami, czym chcesz?...
Królewicz chwilkę się namyślał.
— Nie, niema takiej szczelinki. Otwór, przez który dostał się wówczas ogrodniczek, teraz zakratowany. Dostać się na mury można jedynie po schodach dla wojsk. Schodów takich jest kilka, ale wszędzie stoją straże...
— Spróbujmy, może gdzie usnęły?!
— Dobrze, chodźmy. Jak jednak spuścimy się z murów? Tam wysoko i fosa pełna wody...
— Wszakże uczono cię pływać!?
— Ale tam napewno błoto na dnie, ugrzęźniemy!... Skakać niedobrze! W dno powbijane ostre pale...
— Czyż istotnie nikt, nikt nie znajdzie się w całym zamku, kto zgodziłby się nam dopomóc!?
Królewicz pokręcił głową.
— Nikt! Był Bączuś, ale i ten... zdradził!
— Nie mów tak: on może zginął, może nie udało mu się... My nie wiemy, co się z nim stało!
— Uciekł po prostu!
— Czy nie poprosić starego ogrodnika?
— Oho, on umrze ze strachu! Tchórz straszny!
— Przecież dzielnie bronił zamku w czasie wojny!
— To było co innego; w takich chwilach wszyscy jacyś inni... Wiesz co? Lepiej sami spróbujemy. Ty tu zaczekaj, a ja pójdę do starej drwalni, tam widziałem przed kilku dniami porzuconą drabinę... A jak jej nie znajdę, to wezmę z pralni sznur od suszenia bielizny... Teraz wszyscy śpią, z wyjątkiem żołnierzy na murach!
Królewna przysiadła w zaroślach pod murem, przytuliła się do kamienisk, naciągnęła szczelnie na siebie ciemny płaszcz, aby przykryć białość twarzy i odzieży, mogących ją zdradzić. Królewicz oddalił się cichemi krokami. W głębokich ciemnościach słabo rozbłyskiwała czerwona łuna pochodni, płonących u pałacowego wejścia i bramy wjazdowej. Ciszę naruszały jedynie znane wołania straży. Królewna zamknęła oczy i zapadła na chwilkę w senne odrętwienie...
...Oto ogród, zalany słońcem, kwiaty, zapachy wokoło...
...Oto ona siedzi z bratem na wywróconej taczce, a ogrodniczek opowiada o cudach życia za murem zamkowym...
...Oto błyszcząca od świateł, od strojów, złota i drogich kamieni sala balowa... Świecą się po bokach kolumny z szafiru i korali. Wiedzie ją za rękę w skocznym tańcu rycerz Czarnolas i szepcze:
— Jeśli on źle czyni, to na to jest Król, aby go sądził, a nie ja, biedny wasal...
Nagle twarz rycerza wydłuża się, ciemnieje, pokrywa włosem, białe kły szczerzą się z otwartej paszczęki, która bliziuchno pochyla się nad głową królewny:
— Nie ujdziesz! Zjem cię teraz!...
Ktoś dotknął jej ramienia. Z głuchym okrzykiem odrzuciła płaszcz.
— Chodź, siostro! Mam sznur, ale nie znalazłem drabiny... Pójdziemy szukać wyłomu!
Poszli ostrożnie wzdłuż ciemnych, wysokich murów. Wszędzie, gdzie wydawało im się, że może być jakieś pęknięcie, jakaś szczelina, jakaś nareszcie nierówność, o którą możnaby się było zaczepić i wdrapać na górę, zatrzymywali się i rękami obmacywali starannie spojenia olbrzymich głazów. Ale dobrze budował stary Król, starannie budował, złomy piętrzyły się twardo, wiązały równo, jakby wiszar skalny, samorzutnie z ziemi wyrosły. Przy wejściach wszędzie czuwały lub spały, leżąc wpoprzek na stopniach, warty. Ani marzyć można było o prześliźnięciu się tędy niepostrzeżenie. Znużeni i zniechęceni, brat i siostra wlekli się ścieżyną wśród gęstych jak las zarośli, smutnie spoglądając na niebotyczną zaporę. Zabrnęli w kąt tak dziki i odległy, że nie domyślali się nawet jego istnienia. Nawet straże tu stały na murach niezwykle rzadko, a wreszcie znikły. Za murami coś głucho i monotonnie szumiało jak wicher.
— To rzeka! — powiedział królewicz. — Tędy nie uciekniemy — bardzo szeroka i burzliwa woda!
— Więc wróćmy, spróbujmy przekonać ogrodnika. Może da nam drabinę. Już świtać będzie niedługo... — szepnęła królewna.
Królewicz stał ze zwieszoną głową i nie odpowiadał.
— Pójdźmy jeszcze troszkę! — odszepnął po chwili. — Ogrodnik... Ogrodnik zdradzi nas napewno! — rozważał w milczeniu. — Nie pójdę do niego! Nie chcę doświadczyć jeszcze jednej podłości i to nadaremno!... Będziemy lepiej chodzić tutaj do rana, niech nas sami schwytają! Bo znowu powiedzieć siostrze, że niema dla niej ratunku, żeby się dobrowolnie poddała, nie mogę, nie zrobię, choćby mię mieli zabić na miejscu! — Spojrzał w bok na ciemną postać królewny, ociężale idącą po nierównej ścieżce, i serce mu ścisnął ból niewysłowiony...
— Chodź, chodź! Nie odstąpię cię nigdy, przenigdy, w żadnej potrzebie!
— Co mówisz, bracie?
— Nic, tylko chodźmy...
— Do ogrodnika?
— Tak, tak...
— Może dostaniemy od niego drabinę... — powtórzyła. — Oddam mu moje zapięścia!
— Istotnie — dobra myśl! Albo wiesz co? Przystawimy do muru długi drąg z sękami, który widziałem koło gołębnika!
Wzięli się za ręce i raźno nawrócili z powrotem. Ale gdy już byli niedaleko pałacowych podwórzy, wyskoczyła z cienia i zastąpiła im drogę mała, zakapturzona figurka. Odskoczyli wtył i chcieli w popłochu uciekać, ale nieznajomy wstrzymał ich rozkazującym okrzykiem:
— Stójcie! Co wy tu robicie? Nie bójcie się, to ja!
Poznali głos i figurę.
— Bączuś... Bączuś! Jesteśmy uratowani! — krzyknęła królewna, przypadając do starego.
— Skądżeś się zjawił? pocoś nas śledził? — spytał chłodno królewicz.
— Długo o tym gadać! Przyszedłem... Potrzebuję wiadomości! Co słychać w zamku? Już od kilku godzin krążę, żeby kogo złapać... Wszyscy śpią... A tymczasem noc uchodzi... Gadajcie prędko, co się stało przez ten czas? Czy Król zdrów? Dla czego tu chodzicie po nocy? — Pociągnął ich w zarośla, usadowił na rozpostartym płaszczu i ukląkł przed niemi.
— Mówcie, a prędko... bo każda chwila tu waży...
Królewna zaczęła pośpiesznie opowiadać o rządach Tatury, o strasznej władzy, jaką sobie przywłaszczył, o niemocy Króla, o przepowiedni Dydki, o buncie wojska, o przymusowym swoim zamęściu... o śmierci Czarnolasa... wreszcie o swoim uwięzieniu i ucieczce...
— Właśnie szliśmy do ogrodnika po drabinę...
Bączuś słuchał ze zwieszoną głową, wreszcie podniósł ją, spojrzał na gwiazdy i zerwał się:
— Chodźcie, chodźcie! Niema czasu do stracenia... Wszystko dobrze! A raczej — wszystko źle.... Niech hańba spadnie na głowę krzywdziciela... Niema innej rady! Spróbujemy!... Ależ chodźcie!
Schwycił księżniczkę za rękę i pociągnął znowu w głąb parku. Królewicz podążał za niemi i wypytywał się półgłosem:
— Więc przynosisz nam zbawienie, Bączusiu?
— Czy odsiecz? A dużo wojska? — pytała królewna.
— Tak, tak! Zobaczycie... Ale przedewszystkim musicie się ukryć, uchodzić stąd... Niewiadomo, co jeszcze wyniknie... Tatura tak się nie podda... bez oporu... Ale może się powiedzie załatwić wszystko bez rozlewu krwi, bez pożogi... A zresztą nie wiem... Nigdy nie można być pewnym, gdy się ma takiego sojusznika... Biedna ojczyzna! Nieszczęśliwe państwo... Cóż robić, spróbujemy walczyć! Może nie będzie lepiej, ale będzie inaczej... W czasie tych zmian i niepewności coś się zmieni w prawach... Może ruszy się lud! Prędko, prędko! Śpieszcie się! — mówił gorączkowo Bączuś, wyprzedzając królewskich zbiegów.
— Ale skądże ta trwoga, skoro masz wojsko? — zauważył spokojnie królewicz.
— A co to są za ludzie, ci... nasi sprzymierzeńcy? — dopytywała się królewna.
— Wilcy, złota Królewno, Wilcy... Żelazny Wilk!
— Żelazny Wilk? — szepnęła królewna, zatrzymując się.
— Cóż to znaczy? Więc Tatura nie jest Żelaznym Wilkiem? Więc kto on jest?... Więc tam to też jest Wilk i ty nas do niego prowadzisz?
Stanęła. Zatrzymali się wszyscy.
— Tak, tak, Wilk! Żelazny Wilk... Cóż robić! Nicbyśmy nie zrobili bez niego... On wprawdzie milczek i nigdy niewiadomo, co zamierza, ale wydaje się niezłym chłopakiem... Ależ chodźcie nareszcie, bo zginiemy wszyscy! Ja was mu nie oddam, o nie, nie bójcie się. Taki znowu głupi nie jestem... Zupełniebym wtedy władzę nad nim utracił... Lecz chodźcie nareszcie, bo wszystko przepadnie... Już świta!
Wskazał ręką na ciemną krawędź mostu, z poza której blada wykwitała poświata.
Porwał królewnę za rękę i pociągnął ją.
— Już niedaleko!
Za chwilę znaleźli się przed małemi, okutemi pozieleniałą miedzią drzwiczkami, ukrytemi w niszy muru. Kupy listopadu i gęstwa splątanych krzewów zasłaniały je przed ludzkiemi oczami. Bączuś odczepił klucz od pasa, rozchylił gałęzie i z wielkim wysiłkiem odemknął zgrzytające rygle. Ukazał się przed niemi ciemny, wązki korytarzyk. Bączuś popchnął ku niemu zdumiałych zbiegów i drzwi za niemi i sobą natychmiast zatrzasnął...
— Gdzie jesteś, Bączusiu? — zapytała królewna drżącym głosem.
— Tu jestem! Idźcie, idźcie, nie zatrzymujcie się!
Sunęli chyłkiem, macając spleśniały mur rękami.
— Dla czego wtedy uciekliście nie tędy, a przez mur? — pytała szeptem królewna.
— Nie chciałem drogi pokazywać obcemu. Nikt o niej nie wie, oprócz mnie i Króla.
— Za to, wiesz pewnie... powiesili żołnierza! — wtrącił szorstko królewicz.
Bączuś milczał chwilkę.
— Cóż robić! Gdyby nas schwytano, nasby powieszono... Wojna! A gdybym ja się tu teraz nie znalazł... to zginęłaby... królewna! Śpieszcie się, śpieszcie! Ostrożnie, tutaj dalej schody! Zaczekajcie, dzieci, pójdę przodem!
Głucho zadudniły grube buty wesołka na kamiennych stopniach, zazgrzytały znowu rygle, otwarły się ciężkie wrzeciądze bronzowe. Buchnęły im w twarze świeże, rzeźkie powiewy. Siwa jasność wczesnego poranku oświeciła omszałe przejście, w którym stali, i omszałe pod niemi schody, co spuszczały się i tonęły w wodzie, której blado-srebrna wstęga sunęła tuż przed otworem i wypełniała wygięcie sklepienia swym drgającym blaskiem. Do miedzianego pierścienia, wmurowanego w głaz ostatniego stopnia, przyczepiony był pozieleniały od starości łańcuch, zwisający na ukos i uchodzący wraz z prądem za framugę drzwi. Przykucnięty u wody Bączuś ciągnął zań z całej siły i tak gadał:
— Słuchajcie, tu jest łódź, którą ja przybyłem... Nie mogę was im pokazać... W was siła i cała moja nadzieja! Może ocalejecie!... Siadajcie do łodzi... Tam jest wszystko... Wszak umiecie trochę wiosłować? Odpłyńcie cokolwiek, zawsze trzymając się w pobliżu muru... żeby was z góry straże przed czasem nie dostrzegły. Gdy będziecie blizko już końca zamczyska, niech królewicz uczepi się bosakiem za jaki występ albo szparę w ścianie i niech zaczeka... Dopiero, gdy tu wojsko przybędzie z tamtego brzegu, ruszajcie dalej... Wtedy możecie się już nie obawiać pogoni... Będą mieli posiepaki Tatury tutaj dużo roboty... Płyńcie wprost, środkiem rzeki, nie zatrzymujcie się nigdzie, gdyż na brzegach grasuje żołdactwo, zbiegi i zbóje... Aż wypłyniecie nad brzeg morza. Tam na ostatnim cyplu ziemi odszukacie chatę rybaka... Poproście go o gościnność. Tam was znajdę... jeśli nie zginę!
Głos mu zadrżał. — Przyciągnięta przez niego łódź uderzyła dziobem o kamienny stopień.
— Śpieszcie się, śpieszcie, siadajcie... — naglił wciąż stary.
Królewna, przeciskając się mimo niego, objęła go rękami za szyję; królewicz ucałował w policzki.
— Bywajcie zdrowi! Strzeżcie się, bądźcie ostrożni... W was złożona cała państwa nadzieja!... Pamiętaj, Królewno, i ty, Królewiczu... Pamiętajcie o chłopach... Jam z chłopów...
Gdy usiedli w łódce i założyli wiosła na miejsca, Bączuś łódź z lekka odepchnął i, pochylony nad wodą, długo śledził, jak płynęli, ocierając się o kąpiące się w nurtach mury warowni. Poczym pochylił się jeszcze niżej i świsnął przeciągle. Ostry dźwięk przeciął srebrne, drżące powietrze i obił się przenikliwym echem o dalekie brzegi. W przeciwległych zamkowi szuwarach poruszyły się ciemne plamy i dwie duże łodzie wysunęły się na zaróżowioną blaskiem zorzy lśnień wody. Bystre oko królewny rozpoznało na statkach postacie wojowników. Płynęli cicho, równo, bez szmeru, niby chmurne widziadło, ku zamglonym zrębom ciemnego zamczyska. Groty ich dzid grały w rozświcie jak blade płomyki. Wreszcie znikli w cieniu twierdzy. Wtedy królewna dała znak bratu i ten trzymane w pogotowiu wiosła za siebie zarzucił. Łódeczka wartko pomknęła z biegiem rzeki na ukos, ku jej środkowi.
Wkrótce znaleźli się daleko pośrodku koryta. Dookoła błękitniało szemrzące roztocze; wilgotne powiewy chłodziły im rozpalone lica, a cisza i jasność przestworza łagodziły trwożne bicie serc. Wtym królewicz znieruchomiał, wiosła z rąk wypuścił i osłupiałe oczy wdał utkwił:
— Gore! Zamek płonie! — zawołał.
Królewna, która siedziała u steru, obejrzała się porywczo za siebie.
Istotnie kłęby rudego dymu miotały się nad czarnym czworobokiem zamczyska. Jednocześnie urywane wrzaski i łoskoty rozleciały się nad wodami.
— Biją się! Wracajmy! — zawołała królewna.
— Poco? Co im pomożemy? Przeciwnie, będą mieli z nami kłopot... Przecież dla tego nas wysłali!... — oparł się królewicz.
— A ojciec? a... rodzice?!
— Nic im nie zrobią! Nie ośmielą się! Zresztą tam Bączuś!
— To prawda, że tam Bączuś. To prawda. On mówił — przypominam sobie — że lepiej, gdy nas nie będzie... że niedługo da nam znać... Bierz się więc, bracie, do wioseł, bierz się do wioseł, gdyż mogą nas wyprzedzić jego gońce, mogą przecie posłać wieści konno lądem i wtedy nie znajdą nas! Ach, żeby to się już raz skończyło!
Królewicz ujął znowu rękojeście wioseł, oczu jednak z zamczyska nie odrywał, a i królewna co chwila oglądała się za siebie. Raz jeszcze na zakręcie rzeki wypłynęło przed niemi gniazdo rodzinne z wieńcem dymu i płomieni nad czołem, opłynięte jak posoką purpurą wschodzącego słońca.
Potym wszystko znikło i mieli już przed sobą tylko chłodny błękit wody, poorany srebrnemi poblaskami prądów, z coraz bledszemi brzegami po bokach.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.