Strona:Wacław Sieroszewski - Bajka o Żelaznym Wilku.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Królewicz chwilkę się namyślał.
— Nie, niema takiej szczelinki. Otwór, przez który dostał się wówczas ogrodniczek, teraz zakratowany. Dostać się na mury można jedynie po schodach dla wojsk. Schodów takich jest kilka, ale wszędzie stoją straże...
— Spróbujmy, może gdzie usnęły?!
— Dobrze, chodźmy. Jak jednak spuścimy się z murów? Tam wysoko i fosa pełna wody...
— Wszakże uczono cię pływać!?
— Ale tam napewno błoto na dnie, ugrzęźniemy!... Skakać niedobrze! W dno powbijane ostre pale...
— Czyż istotnie nikt, nikt nie znajdzie się w całym zamku, kto zgodziłby się nam dopomóc!?
Królewicz pokręcił głową.
— Nikt! Był Bączuś, ale i ten... zdradził!
— Nie mów tak: on może zginął, może nie udało mu się... My nie wiemy, co się z nim stało!
— Uciekł po prostu!
— Czy nie poprosić starego ogrodnika?
— Oho, on umrze ze strachu! Tchórz straszny!
— Przecież dzielnie bronił zamku w czasie wojny!
— To było co innego; w takich chwilach wszyscy jacyś inni... Wiesz co? Lepiej sami spróbujemy. Ty tu zaczekaj, a ja pójdę do starej drwalni, tam widziałem przed kilku dniami porzuconą drabinę... A jak jej nie znajdę, to wezmę z pralni sznur od suszenia bielizny... Teraz wszyscy śpią, z wyjątkiem żołnierzy na murach!
Królewna przysiadła w zaroślach pod murem, przytuliła się do kamienisk, naciągnęła szczelnie na siebie ciemny płaszcz, aby przykryć białość twarzy i odzieży, mogących ją zdradzić. Królewicz oddalił się cichemi krokami. W głębokich ciemnościach słabo rozbłyskiwała czerwona łuna pochodni, płonących u pałacowego wejścia i bramy wjazdowej. Ciszę naruszały jedynie znane wołania straży. Królewna zamknęła oczy i zapadła na chwilkę w senne odrętwienie...