Strona:Wacław Sieroszewski - Bajka o Żelaznym Wilku.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Pociągnął ich w zarośla, usadowił na rozpostartym płaszczu i ukląkł przed niemi.
— Mówcie, a prędko... bo każda chwila tu waży...
Królewna zaczęła pośpiesznie opowiadać o rządach Tatury, o strasznej władzy, jaką sobie przywłaszczył, o niemocy Króla, o przepowiedni Dydki, o buncie wojska, o przymusowym swoim zamęściu... o śmierci Czarnolasa... wreszcie o swoim uwięzieniu i ucieczce...
— Właśnie szliśmy do ogrodnika po drabinę...
Bączuś słuchał ze zwieszoną głową, wreszcie podniósł ją, spojrzał na gwiazdy i zerwał się:
— Chodźcie, chodźcie! Niema czasu do stracenia... Wszystko dobrze! A raczej — wszystko źle.... Niech hańba spadnie na głowę krzywdziciela... Niema innej rady! Spróbujemy!... Ależ chodźcie!
Schwycił księżniczkę za rękę i pociągnął znowu w głąb parku. Królewicz podążał za niemi i wypytywał się półgłosem:
— Więc przynosisz nam zbawienie, Bączusiu?
— Czy odsiecz? A dużo wojska? — pytała królewna.
— Tak, tak! Zobaczycie... Ale przedewszystkim musicie się ukryć, uchodzić stąd... Niewiadomo, co jeszcze wyniknie... Tatura tak się nie podda... bez oporu... Ale może się powiedzie załatwić wszystko bez rozlewu krwi, bez pożogi... A zresztą nie wiem... Nigdy nie można być pewnym, gdy się ma takiego sojusznika... Biedna ojczyzna! Nieszczęśliwe państwo... Cóż robić, spróbujemy walczyć! Może nie będzie lepiej, ale będzie inaczej... W czasie tych zmian i niepewności coś się zmieni w prawach... Może ruszy się lud! Prędko, prędko! Śpieszcie się! — mówił gorączkowo Bączuś, wyprzedzając królewskich zbiegów.
— Ale skądże ta trwoga, skoro masz wojsko? — zauważył spokojnie królewicz.
— A co to są za ludzie, ci... nasi sprzymierzeńcy? — dopytywała się królewna.
— Wilcy, złota Królewno, Wilcy... Żelazny Wilk!
— Żelazny Wilk? — szepnęła królewna, zatrzymując się.