Autobiografia Murzyna/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Booker T. Washington
Tytuł Autobiografia Murzyna
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Drukarz J. Sikorski
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz M. G.
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.
ZADANIE TRUDNIEJSZE OD WYRABIANIA CEGIEŁ.


Od samego początku dążyłem do tego w Tuskegee, ażeby uczniowie nietylko uprawiali ziemię i wykonywali wszystkie domowe roboty, lecz ażeby też przykładali rękę do budowania. Pragnąłem nauczyć ich ulepszonych sposobów wykonywania pracy najpierw w interesie szkoły, a następnie i dla nich samych, żeby im wszczepić pojęcie o użyteczności pracy i wykazać piękno jej i godność. Praca wtedy nie będzie im się wydawać pańszczyzną i polubią ją dla niej samej. Robota u nas miała się wykonywać z nowoczesnem użytkowaniem sił przyrody, takich, jak woda, para i elektryczność.
Wielu ludzi zwalczało moje poglądy, szczególniej co do budowli, wykonywanych przez uczniów, ale wytrwałem przy swojem. Zgadzałem się na zdanie tych, którzy powątpiewali o powodzeniu, przyznawałem, że pierwsze budynki nie będą może tak doskonałe, jak gdyby wznosili je wykwalifikowani robotnicy, ale nie byłoż to dostatecznem wynagrodzeniem za braki pod względem komfortu lub estetyki, jeżeli młodzież mogła sama podołać dziełu i polegać na własnych siłach?
Przytaczałem i to, że większa część nowych uczniów, przybywających z plantacyi bawełny, ryżu i trzciny cukrowej, była uboga, bardzo nawet uboga, i że dotąd mieszkali oni w nędznych chatach. Nie wątpię, że byliby woleli zamieszkać zaraz w okazałych gmachach, ale zdawało mi się, że korzystniej dla nich będzie postępować stopniowo i nauczyć ich na początek budowania własnych domów; można było z góry być pewnym, że nie unikniemy błędów; ale nawet te błędy były korzyścią na przyszłość. Od dziewiętnastu lat istnienia szkoły w Tuskegee, mój system budowania przez uczniów wszystkich gmachów był bez przerwy praktykowany. Przez ten czas wzniesionych zostało czterdzieści budowli, a wszystkie, z wyjątkiem czterech, są dziełem uczniów. Drugą korzyścią jest to, że setki naszych uczniów, rozsypanych po całem Południu, mogły zużytkować naukę wyniesioną ze szkoły. Uczono ich wszystkich i tak nasi nauczyciele, jak i uczniowie, potrafią wznieść budynek każdej wielkości, potrafią nietylko narysować plan, ale wykonać wszystkie roboty i zaprowadzić urządzenia elektryczne, nie potrzebując odwoływać się do pomocy obcego robotnika.
Uczniowie mieli wyjątkową pieczę nad swojemi budynkami. Zdarzyło mi się nieraz słyszeć, jak starsi mówili do młodszych, którzy mieli ochotę psuć mur napisami ołówkiem lub nacięciami noża:
— Nie rób tego, to nasz dom! Pomagałem sam przy jego budowie.
Co było dla mnie bardzo przykre z początku, to wyrabianie cegieł. Musieliśmy zabrać się do tego zaraz po skończeniu robót w polu; potrzeba nam było cegły na budynki, a w Tuskegee nie było cegielni.
Litowałem się zawsze nad dziećmi Izraela, które zmuszone były robić cegłę bez słomy, ale cięższem jeszcze zadaniem dla nas było wyrabianie cegieł bez pieniędzy i bez znajomości rzemiosła.
Robota była ciężka i brudząca, to też w początkach miałem wielką trudność, żeby uczniów do niej nakłonić. Przy tej sposobności okazywali niezadowolenie, że muszą jednocześnie uczyć się i pracować ręcznie. Nie było to z pewnością przyjemnie stać po kilka godzin w rowie, w błocie po kolana; kilku zniechęconych porzuciło skutkiem tego szkołę.
Trzeba było robić próby w kilku miejscach, ażeby znaleźć glinę odpowiednią na cegłę. Przedtem uważałem tę robotę za rzecz łatwą, ale nauczyłem się własnem doświadczeniem, ile potrzeba do niej zręczności i wprawy, osobliwie przy wypalaniu. Po wielkich trudnościach udało nam się wyrobić dwadzieścia pięć tysięcy cegieł; trzeba je było tylko wypalić, ale wypalanie nie udało się skutkiem wadliwego pieca. Zaczęliśmy wypalanie drugiej partyi, która nie udała się również. Uczniowie zniechęcali się coraz więcej. Ale kilku nauczycieli, wychowańców szkoły w Hamptonie, przyszło nam w pomoc, dzięki temu, mogliśmy przygotować trzecią partyę. Wypalanie w piecu zajęło cały tydzień. Pod koniec tygodnia, w chwili, kiedy myśleliśmy, że dojdziemy do posiadania kilku tysięcy cegieł — piec zawalił się w nocy. Było to trzecie niepowodzenie.
Nie miałem już ani dolara na rozpoczęcie nowej próby, prawie wszyscy nauczyciele proponowali zaniechanie wyrobu cegieł, wtedy wziąłem zegarek i pobiegłem do poblizkiego miasta Montgomery, gdzie był lombard. Dano mi na zastaw zegarka piętnaście dolarów, co mogło wystarczyć na jednę jeszcze próbę. Powróciłem do Tuskegee, piętnastu dolarami pokrzepiłem odwagę mych pomocników i rozpoczęliśmy po raz czwarty. Tym razem powiodło się lepiej: kiedy upłynął termin wykupienia zegarka, nie miałem pieniędzy i nie odzyskałem go nigdy. Ale mogę upewnić, że nie żałowałem go wcale.
Wyrób cegły stał się w naszej szkole tak ważną gałęzią przemysłu, że zeszłego roku uczniowie wyrobili 1,200,000 cegieł najlepszego gatunku, na które znaleźli się nabywcy bez względu na cenę. Prócz tego, wielu młodych ludzi zyskało w ten sposób rzemiosło, którem zarabiają obecnie w wielu miastach na Południu.
Wyrób cegieł dał mi wiele pocieszających doświadczeń w stosunkach moich z obu rasami. Znaczna liczba białych, nie mających dla nas żadnej sympatyi i żadnych stosunków z naszą szkołą, przychodziła kupować cegłę po przekonaniu się, że jest dobra. Zapełnialiśmy tym sposobem znaczne szczerby w dochodach szkoły. Wszyscy biali, którzy nie chcieli dotąd wierzyć w możliwość wyrobienia murzynów, zaczynali zmieniać zdanie, widząc, że uczniowie przysparzali dochodów szkole. Handel cegłą wywoływał stosunki z wielu ludźmi, z którymi poznaliśmy się bliżej, skutkiem tego mieliśmy też wspólne interesy, dostarczaliśmy im tego, czego potrzebowali, a oni wzamian dawali to, czego nam było potrzeba. I w ten sposób zawiązały się z białą ludnością okolicy bardzo dobre stosunki, które następnie rozszerzyły się na całem Południu.
Dzięki temu rzemiosłu, każdy z naszych uczniów, wracający na Południe, potrafił stać się użytecznym gminie, w której zamieszkiwał, a gmina czuła się obowiązana względem niego i w pewnym stopniu nawet składała mu haracz. I z tego powstały i rozwinęły się następnie przyjazne stosunki między ludnością białą a murzyńską.
Doświadczenie mnie nauczyło, że jest w ludzkiej naturze coś, co zmusza ludzi do uznania i wynagrodzenia zasługi, bez względu na kolor skóry zasłużonego.
Zasługa ma największą moc rozpraszania uprzedzeń: widok pięknego domu, zbudowanego przez murzyna, przekona lepiej o jego zdolnościach, niż długa rozprawa o tem, czy potrafiłby lub nie — zbudować dom. Wychodząc z tej zasady, wyrabialiśmy powozy, wózki, dorożki. Obecnie mamy je całemi tuzinami i używamy ich na potrzeby fermy i szkoły. Są one dziełem naszych uczniów, a wyrabialiśmy je nawet i na sprzedaż. Budując je i naprawiając, oddawaliśmy tak samo, jak wyrabianiem cegły, rzeczywistą usługę białym i murzynom w całej okolicy. A to nie ulega wątpliwości, że każdy zastanawia się dobrze, zanim pokłóci się z człowiekiem, którego może potrzebować.
Ten, kto potrafi stać się niezbędnym w jakikolwiek sposób, utoruje sobie drogę bez względu na kolor skóry. Jeżeli człowiek wraca do swojej gminy, przygotowany do uczenia greckiego języka, może nie znaleźć chętnych do tej nauki, mogą nawet ludzie nie uznać żadnego z niej pożytku, ale ci sami ludzie będą niezawodnie potrzebowali cegły, domów i wozów. Więc jeżeli ten, kto zamierzał uczyć ich greckiego, potrafi zaspokoić ich materyalne potrzeby, to może z czasem zażądają od niego i lekcyi, ocenią je i wyciągną z nich korzyść.
Kiedy zaczynaliśmy wyrabiać pierwsze cegły, umieliśmy zwalczać bardzo energiczne zarzuty uczniów, którzy opierali się ręcznej pracy, jaką usiłowaliśmy im narzucić. Rozeszła się po całym stanie wiadomość, że wszyscy, którzy chcą się uczyć w Tuskegee, są zmuszeni — bez względu na stopień zamożności — do uczenia się rzemiosł. Nadeszło dużo listów od rodziców, protestujących przeciw zmuszaniu dzieci do ręcznej pracy podczas pobytu w szkole. Inni przybywali osobiście zaprotestować przeciw temu, a większa część nowoprzybywających uczniów przynosiła z sobą listy, w których wyrażone było życzenie, ażeby nauka ograniczyła się wyłącznie do książek. Im więcej było tych książek, im były grubsze i z szumnemi tytułami, tembardziej byli zadowoleni uczniowie i rodzice.
Nie niepokoiłem się wcale temi protestami, ale nie omijając żadnej sposobności do wycieczek po całym stanie, przemawiałem do ludu i usiłowałem przekonywać rodziców o konieczności nauczania rzemiosł. Przekonywałem także uczniów i pomimo niepopularności ręcznej pracy, szkoła rozwijała się coraz lepiej, a pod koniec drugiego roku mieliśmy już stu pięćdziesięciu uczniów rodem ze stanu Alabama i sąsiednich.
W r. 1882, w lecie, miss Davidson i ja wyjechaliśmy na Północ, dla zebrania funduszów, potrzebnych do wykończenia nowych budynków. Po drodze zatrzymałem się w Nowym-Jorku po listy polecające od człowieka wpływowego, z którym zapoznałem się przed kilku laty. Nietylko że odmówił mi on listów polecających, ale namawiał usilnie do powrotu do domu, bo pewny był, że nie powiodą się wszelkie starania o pieniądze i że zaledwie zbiorę tyle, ile potrzeba będzie na powrotną podróż. Podziękowałem mu za radę, ale pojechałem dalej.
Zatrzymałem się na początek w Northampton (Massachusetts), gdzie przepędziłem pół dnia, szukając rodziny murzyńskiej, któraby mnie zechciała przyjąć do siebie, bo sądziłem, że hotele, jak dawniej, zamkną mi drzwi przed nosem. Zadziwiłem się bardzo, gdy mi powiedziano, że nie będę miał żadnej trudności z umieszczeniem się w hotelu.
Udało mi się szczęśliwie zebrać tyle pieniędzy iż w „Dzień Dziękczynny“ tegoż roku mogliśmy odprawić pierwsze nabożeństwo w kaplicy Porter Hallu, pomimo że gmach nie był jeszcze w zupełności wykończony.
Poszukując kaznodziei na ten dzień świąteczny, miałem szczęście poznać człowieka najwybitniejszego, jakiego kiedykolwiek znałem, Wielebnego Roberta C. Bedforda, białego, ze stanu Wisconsin, który w owym czasie był pastorem przy kościołku murzyńskim w Montyomery (Alabama). Nie słyszałem przedtem nic o nim, on także nie wiedział nic o mnie. Zgodził się chętnie przyjechać do Tuskegee dla odprawienia dziękczynnych modłów. Nigdy jeszcze murzyni nie widzieli podobnego nabożeństwa, więc budziło to w nich wielkie zajęcie. Widok nowowystawionego gmachu upamiętnił ten dzień dla nas wszystkich.
Pan Bedford zgodził się zostać członkiem Rady Zarządzającej i oddawał nam na tem stanowisku wielkie usługi przez lat ośmnaście. Od pierwszego dnia przejął się żywo interesami i powodzeniem szkoły; nie ma dlań większego szczęścia, jak gdy może oddać naszemu zakładowi jaką przysługę, choćby najdrobniejszą. Na każdym kroku poświęca się i podejmuje się tego, przed czem cofnęliby się inni. Ze wszystkich ludzi, jakich kiedykolwiek znałem, on najwięcej przejął się duchem Chrystusowym.
Trochę później zdobyliśmy doskonały nabytek w osobie młodego człowieka, świeżo wypuszczonego z Hamptonu, bez pomocy którego nigdy szkoła nie stałaby się tem, czem jest obecnie. Mówię tu o p. Warrenie Logau, który od lat siedmnastu jest skarbnikiem szkoły i moim zastępcą w czasie mej nieobecności. Dawał on zawsze dowody zupełnego zapomnienia o sobie, wielkiego taktu w interesach i trafnego sądu, tak, że szkoła nie odniosła nigdy szkody z powodu moich wyjazdów, a we wszystkich pieniężnych trudnościach jego cierpliwość i ufność w ostateczne powodzenie nie zawiodły nigdy.
Pierwszy nasz dom był zaledwie na pół wykończony, kiedy musieliśmy w nim zamieszkać, żeby pomieścić pensyonarzy, a stało się to w połowie drugiego roku szkolnego.
Uczniowie przyjeżdżali zdaleka i w tak znacznej liczbie, że rozumieliśmy dobrze, iż nie dokonamy nic ważniejszego, jeżeli nie będziemy ich mieli ciągle przy sobie.
Na założenie internatu brakowało nam środków — nie brakowało nam tylko uczniów z dobrym apetytem. Nie myśleliśmy też dotąd o zbudowaniu kuchni i sali jadalnej. Na szczęście, mogliśmy urządzić w suterenach dwie izby na kuchnię i jadalnię. Raz jeszcze musiałem odwołać się do dobrej woli uczniów przy tej robocie. Po kilku tygodniach mieliśmy już wszystko, co potrzeba: kuchnię i pomieszczenie — choć bardzo pierwotne i puste, o wyglądzie mało ponętnym. Ten, ktoby dziś obejrzał te sutereny, z trudnością uwierzyłby, że były w nich kiedyś jadalnie.
Nie wystarczało jednak mieć kuchnię — potrzeba było kuchennych naczyń i pieniędzy na ich kupno. O zapasy kuchenne nie troszczyłem się: wiedziałem, że dostaniemy na kredyt, co nam będzie potrzebne. Wyznaję, że nawet w owym czasie byłem trochę zakłopotany, widząc, jaką ufność pokładają wszyscy we mnie wtedy, gdy ja sam tak mało jej miałem. Niepodobna było gotować bez komina w kuchni, ani jeść bez talerzy. Próbowaliśmy z początku gotować dawnym zwyczajem, na otwartem powietrzu, w kociołkach i rondlach zawieszonych nad ogniem. Warsztaty stolarskie, zrobione w czasie budowania domu, zostały użyte zamiast stołów; a co do naczyń stołowych, było ich tak mało, że nie warto o nich wspominać.
Ci, którzy mieli obowiązek gotowania, nie mieli pojęcia o staranności, której wymaga ta robota, i było to dla mnie źródłem nieustannych przykrości. Nic nie było zrobione porządnie; panowało zupełne rozprzężenie i przez pierwsze dwa tygodnie nie było jednego obiadu, któremuby czegoś nie brakowało. Raz mięso było surowe — innym razem spalone, albo chleb był bez soli, albo zapomniano zrobić herbaty. Jednego razu o pierwszej byłem przy drzwiach jadalni i słuchałem skarg jeszcze gwałtowniejszych i liczniejszych niż zwykle, bo śniadanie było tego dnia zupełnie nieudane. Jedna z dziewcząt odeszła od stołu do studni napić się wody, zamiast śniadania, którego jeść nie mogła. Przyszedłszy do studni, zastała sznur zerwany i nie mogła napić się wody. Nie wiedząc, że jestem niedaleko, odeszła, mówiąc zniechęcona:
— I pomyśleć, że w tej szkole nie można nawet wody się napić!
Nigdy chyba skarga nie przygnębiła mnie do tego stopnia.
Pan Bedford, o którym już wspomniałem, jeden z naszych administratorów i wierny przyjaciel naszego zakładu, przyjechał nas odwiedzić. Pokój, który zajmował, był nad jadalnią, i jednego dnia obudziła go gwałtowna kłótnia pomiędzy dwoma uczniami, sprzeczającymi się o filiżankę do kawy. Jeden z nich dowiódł, że od trzech dni jej nie używał, i wygrał sprawę.
Dzięki cierpliwości i staraniu, wydobyliśmy się z tego zamętu, jak zwykle bywa z każdą trudnością jakiejkolwiek natury, byle się tylko nie poddać zniechęceniu.
Gdy wspominam te czasy, nie żałuję nigdy tego, com przeżył. Uważam, że korzystniej było dla nas mieć na początku kłopoty i nieprzyjemności. Uważam i to za dobre, że uczniowie umieli kopać fundamenty pod kuchnię i jadalnię.
Nie żałuję tego mieszkania ponurego, źle oświetlonego i wilgotnego, które musieliśmy zajmować. Piękne pokoje byłyby nam może pozawracały od początku głowy i przejęły dumą. Nie każdemu dano jest prowadzić w dalszym ciągu dzieło, którego podstawy sam założył.
I dziś, kiedy nasi dawni uczniowie przyjeżdżają do Tuskegee, co się często zdarza, i widzą piękną jadalnię obszerną i dobrze przewietrzoną, jedzenie smaczne i dobrze przyrządzone z tego, co sami uczniowie wyhodują, a podane na stolach nakrytych obrusami i serwetami nieposzlakowanej białości: kiedy widzą kwiaty na stole i słyszą śpiew ptaszków; kiedy obiad podany jest prędko i składnie, a nie słychać ani jednej skargi ze strony setki uczniów siedzących w jadalni — ci dawni upewniają mnie, że nie żałują swoich trudnych początków i że przyjemniej dochodzić stopniowo — postępując ciągle, choć powoli — do tak pięknych wyników.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Booker T. Washington i tłumacza: Maria Gąsiorowska.