Autobiografia Murzyna/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Booker T. Washington
Tytuł Autobiografia Murzyna
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Drukarz J. Sikorski
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz M. G.
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.
DNI NIEPOKOJU I BEZSENNE NOCE.


W pierwszym roku naszego pobytu w Alabamie, święta Bożego Narodzenia dały nam lepiej poznać prawdziwe życie ludu.
Święta zapowiadały nam ciągłe odwiedziny dzieci pukających do drzwi z wołaniem:
— Gwiazdka! Gwiazdka!
Przypuszczam, że od drugiej po północy do piątej rano musieliśmy przyjąć przeszło pięćdziesiąt takich wizyt. Zwyczaj ten utrzymuje się do tej pory w tych stronach Południa.
Za czasów niewolnictwa było zwyczajem na całem Południu udzielać murzynom tydzień wakacyi. Kobiety i mężczyźni upijali się wtedy i wszyscy uważali to za rzecz naturalną. W Tuskegee i w okolicy zauważyliśmy, że murzyni przerywali pracę na cały tydzień, zacząwszy od wigilii Bożego Narodzenia i trudno było mieć jakąkolwiek usługę do samego Nowego Roku. Nawet ci, co nie pili nigdy, uważali za stosowne nadużywać trunków podczas Bożego Narodzenia. Z oddali dochodził odgłos śmiechów; słychać było ciągłe strzelanie z pistoletów i strzelb i wybuchające petardy. Zdawało się, że wszyscy zapomnieli o właściwem znaczeniu tych dni uroczystych.
Podczas tych pierwszych świąt Bożego Narodzenia poszedłem na plantacyę, położoną opodal od miasta, w odwiedziny do jej mieszkańców. Pojęcia ich o tem, jak przepędzać te święta, tak drogie i uroczyste dla większości mieszkańców Ameryki, były istotnie przykre. W jednej chacie pięcioro dzieci dzieliło się paczką petard; w drugiej na sześć osób było za kilkanaście centów pierników, kupionych poprzedniego dnia w sklepie korzennym. W innym domu było dwa, czy trzy kawałki trzciny cukrowej dla całej rodziny; gdzieindziej zastałem naczynie z tanią gorzałką, której nie żałowali sobie mąż, ani żona, a ten mąż był jednym z miejscowych duchownych. Byli i tacy, którzy za całą zabawę mieli tylko rysunki reklamowe zkądciś nabyte; inni pokupowali nowe pistolety. Nic w tych chatach nie przypominało święta narodzin Zbawiciela; jedyną oznaką było przerwanie pracy na polach i wałęsanie się bezczynne wszystkich wokoło domu. Wieczorami w tygodniu świątecznym odbywały się tak zwane „skakanki“ w jednym z domów na plantacyi. Tą nazwą oznaczono pierwotny taniec i obfite picie whisky, co nie obeszło się nigdy bez strzałów i ciosów noża.
W ciągu tego tygodnia spotkałem starego murzyna, jednego z licznych pastorów w tej miejscowości, który usiłował mnie przekonać, że grzechem jest pracować, ponieważ Bóg jeszcze w raju uważał pracę za klątwę. Murzyn ten z tego powodu starał się jak najmniej pracować. Zdawało się, że w tej chwili używał w pełni szczęścia, bo — jak mówił — przeżywał tydzień bez grzechu.
Usiłowaliśmy w szkole zaszczepić w naszych uczniach odrębne pojęcie o świętach Bożego Narodzenia i sposobie obchodzenia ich godnie, i mogę rzec śmiało, że udało się nam to zupełnie; święta mają teraz inne znaczenie, którego nauczają z kolei swoich uczniów.
Mamy wielkie zadowolenie, widząc, z jaką powagą obchodzą nasi uczniowie teraz święta Bożego Narodzenia i dzień Dziękczynny[1], spełniając w te dni czyny miłosierdzia i dobroczynności względem nieszczęśliwych. Przytoczę tu dla przykładu niektóre z nich, jak np. odbudowanie w wolnych chwilach przez uczniów naszej szkoły domostwa biednej, starej, niedołężnej murzynki. Innym razem głosiłem wieczorem w kaplicy, że jeden z naszych uczniów ziębnie z braku ciepłego ubrania. Nazajutrz rano przysłano mi dwa ubrania dla niego.
Wspomniałem już o przyjaznem usposobieniu białych w Tuskegee i w okolicach dla budującej się szkoły. Pragnieniem mojem było, ażeby istotnie szkoła ta należała do gminy, w której była położona. Nie chciałem, ażeby patrząc na nią, ludzie miejscowi uważali ją za instytucyę obcą, która wyrosła wśród nich nagle, jakby za pomocą czarów i nie mając z nimi żadnej wspólności, nic ich nie obchodzi.
Udział, jaki mieli przy nabyciu gruntu dla szkoły, obudził w nich uczucie, że ta szkoła w znacznej części należy i do nich. Zauważyłem, że zachowanie się białych stawało się coraz przyjaźniejsze, gdy daliśmy im do zrozumienia, że lubo mamy przyjaciół w Bostonie, dbamy bardzo o przyjaźń białych z Tuskegee, i pragniemy, ażeby nasza szkoła mogła oddać rzeczywiste usługi wszystkim.
Dodam na tem miejscu — co się okaże z dalszego ciągu opowiadania — że o ile wiem, zakład w Tuskegee nie ma obecnie lepszych i gorliwszych przyjaciół w białych mieszkańcach tego miasta, niż stan Alabama i wszystkie Stany Południowe.
Od samego początku zalecałem naszym uczniom, ażeby zaznajamiali się ze wszystkimi sąsiadami bez względu na barwę ich skóry, i postępowali z nimi przyjaźnie i szczerze. Radziłem im także, ażeby — o ile ich zasady nie staną temu na przeszkodzie — zawsze przejmowali się żywo interesami gminy i doradzali swym znajomym, jak mają głosować.
Przez kilka miesięcy musieliśmy zdobywać się na wysiłki, żeby zgromadzić fundusze potrzebne na opłatę za grunta, i w ciągu trzech miesięcy zebraliśmy dwieście pięćdziesiąt dolarów pożyczonych od generała Marshalla; we dwa miesiące później mieliśmy już całe pięćset dolarów i mogliśmy podpisać umowę, zapewniającą nam na własność sto akrów ziemi. Radość nasza była niewymowna — tem większa, że nam się udało zdobyć stałe pomieszczenie dzięki ofiarom złożonym i przez białych i przez czarnych w Tuskegee. Zebraliśmy te pieniądze za pomocą zabaw, koncertów i różnych składek.
Trzeba było teraz uprawić ziemię, żeby z niej wyciągnąć produkty potrzebne do wyżywienia uczniów i dla wpojenia w nich zamiłowania do zajęć przy roli. Wszystko w Tuskegee rozwijało się w sposób naturalny i logiczny, stosownie do potrzeb danej chwili. Zaczęliśmy od uprawy ziemi, bo potrzeba nam było nadewszystko żywności. Musieliśmy przyjąć system pracy płatnej, ażeby dać uczniom możność zapracowania pieniędzy na opłatę całego roku szkolnego, to jest dziewięciu miesięcy, bo wielu uczniów przybywało na kilka tygodni dlatego tylko, że nie byliby w możności opłacenia całkowitego roku.
Pierwszem zwierzęciem, jakie dostała szkoła, był stary, ślepy koń, którego ofiarowali nam biali w Tuskegee. Obecnie mamy dwieście koni, źrebiąt, mułów, krów, cieląt, wołów i blizko siedmset świń, oprócz znacznej liczby kóz i baranów.
Szkoła rozwijała się tak śpiesznie, że raz opłaciwszy ziemię, uprawiwszy ją i naprawiwszy jako tako zrujnowane budynki, musieliśmy pomyśleć o wzniesieniu nowego, obszerniejszego domu. Kazaliśmy zrobić plan nowego gmachu, którego budowa miała kosztować sześć tysięcy dolarów. Suma ta przerażała nas, ale była to rzecz niezbędna. Trzeba było albo upaść — albo iść naprzód, a dzieło nasze mogło oddać usługi tylko rozwinięte na wielką skalę.
Zaledwie rozeszła się po mieście wiadomość o naszym zamiarze, spotkała mnie miła niespodzianka. Jeden biały Południowiec, właściciel tartaku w okolicy Tuskegee, ofiarował się dostarczyć nam budulcu bez innej gwarancyi, prócz zobowiązania, że spłacimy należność, doszedłszy do potrzebnych funduszów. Powiedziałem mu otwarcie, że w tej chwili nie mamy pieniędzy do rozporządzenia, nalegał jednak i przyjęliśmy jego propozycyę, gdy tylko udało nam się zgromadzić trochę pieniędzy.
Miss Davidson zabrała się znowu do dzieła i w samem Tuskegee zaczęła zbierać pieniądze. Nigdy chyba nie było ludzi szczęśliwszych od naszych murzynów, gdy się dowiedzieli o budowie nowego gmachu. Jednego razu, gdy odbywaliśmy posiedzenie w celu zebrania funduszów na budowę, przybył do miasta stary murzyn z czasów wojny domowej, z miejscowości odległej o mil dwanaście, wioząc na wózku ogromnego wieprza. Upatrzył odpowiednią chwilę na zebraniu, powstał i oznajmił, że nie ma pieniędzy do ofiarowania, ale wyhodowawszy dwa piękne wieprze, przywiózł jednego na rzecz budowy nowego gmachu. Zakończył zaś temi słowy:
„Każdy murzyn, który kocha swój naród i ma szacunek dla samego siebie, powinien przywieźć wieprza na następne zebranie“.
Wielu murzynów zaofiarowało nam znaczną liczbę dni pracy przy budowie.
Wyczerpawszy już wszystkie źródła w Tuskegee, miss Davidson zdecydowała się odwołać do ofiarności ludzi z Północy. Kwestowała po domach, przemawiała w kościołach i do dzieci w szkołach niedzielnych i w rozmaitych stowarzyszeniach. Było to dla niej bardzo przykre i narażało na trudności różnego rodzaju. Szkoła nasza nie była znana, ale miss Davidson potrafiła zjednać sobie zaufanie najlepszych żywiołów na Północy.
Pierwszą składkę złożyła osoba, z którą miss Davidson zaznajomiła się w podróży. Zaczęły rozmawiać i pani ta tak była przejęta opowiadaniem miss Davidson, że w chwili rozstania ofiarowała jej czek na pięćdziesiąt dolarów. Przed naszem pobraniem się i później, miss Davidson listownie i ustnie budziła zainteresowanie pomiędzy mieszkańcami Północy i Południa i gromadziła fundusze na szkołę. Jednocześnie pełniła w Tuskegee obowiązki dyrektorki i nauczycielki, zajmowała się przytułkiem dla starców i niedzielną szkołą dla miejskich dzieci. Nie była ona nigdy bardzo silnego zdrowia, jednakże wtedy tylko czuła się szczęśliwą, kiedy poświęcała wszystkie swe siły sprawie, którą tak ukochała. Wieczorami była tak wyczerpana, że nie była w stanie rozebrać się. Jedna osoba z Bostonu, do której miss Davidson wybrała się w odwiedziny, opowiadała mi, że przyszedłszy do salonu w chwilę po jej przybyciu, zastała ją w salonie uśpioną.
Pierwszy nasz budynek „Porter-Hall“, nazwany tak na cześć tego, kto nas obdarzył najhojniej — M. A. H. Portera, nie był jeszcze wykończony, gdy okazała się nagląca potrzeba pieniędzy. Przyrzekłem jednemu z naszych wierzycieli, że otrzyma na termin czterysta dolarów; w oznaczonym dniu rano nie miałem w kasie ani dolara. Byłem w rozpaczy, kiedy w południe przyniesiono mi z poczty czek od miss Davidson na takąż właśnie sumę. Mógłbym przytoczyć więcej podobnych wypadków. Sumę wzmiankowaną ofiarowały jakieś dwie panie z Bostonu. We dwa lata później, kiedy nasze dzieło rozrosło się znacznie i znowu byliśmy w dotkliwych kłopotach, a przyszłość przedstawiała się ponuro przy zupełnym braku środków, te same panie nadesłały nam sześć tysięcy dolarów. Zdumienie nasze było nieopisane, a dar ten pokrzepił moją odwagę. Muszę dodać, że przez lat czternaście te same przyjaciółki przysyłały nam corocznie po sześć tysięcy dolarów.
Gdy plany na nowy budynek zostały zatwierdzone, uczniowie zabrali się do kopania fundamentów, ale i tę robotę wykonywali dopiero po skończonych lekcyach wieczornych. Niechętnie z początku godzili się na tę dodatkową pracę, bo — jak jeden z nich mi powiedział — „przybyli tu po to, żeby się uczyć, a nie po to, żeby pracować ręcznie.“ Powoli jednak zauważyłem pewną zmianę pod tym względem i w końcu praca ta znalazła uznanie u wszystkich. Po kilku tygodniach ciężkiej pracy fundamenty zostały wykopane i mogliśmy oznaczyć dzień na położenie kamienia węgielnego.
Gdy się pomyśli, że ten kamień węgielny miał być położony w samym środku „Czarnego Pasa“ — to jest w okolicy, gdzie najwięcej kwitło niewolnictwo — gdzie zostało ono zniesione zaledwie przed szesnastu laty, gdzie szesnaście lat przedtem każdy murzyn uczący się czytać, ściągał na swego nauczyciela surowe kary prawne i potępienie opinii publicznej — gdy się o tem pomyśli — widok, który mieliśmy przed oczyma tego wiosennego dnia w Tuskegee, był jednym z najbardziej zdumiewających widoków w naszych czasach.
Pierwszą mowę wygłosił p. Waddy Thompson, dyrektor Rady Wychowawczej hrabstwa. Na uroczystość zgromadzili się nauczyciele, uczniowie, rodzice i przyjaciele, urzędnicy hrabstwa, i wszyscy biali, którzy tak niedawno posiadali na własność murzynów — tych, którzy dziś stali na równi z nimi. Wszyscy pragnęli wziąć udział w położeniu tego pierwszego kamienia węgielnego.
Musieliśmy przecierpieć niemało kłopotów, zanim budynek został ukończony. Nieraz zdawało się, że nam zabrakło odwagi, kiedy nadchodził termin wypłaty, a nie było na nią pieniędzy. Trudno sobie wyobrazić jak ciężko jest znosić miesiąc za miesiącem ciągłe niepokoje, jakie sprowadza przedsięwzięcie — rozpoczęte tak, jak nasze, bez potrzebnych funduszów. Nie zapomnę nigdy pierwszych lat mego pobytu w Tuskegee i nocy, przepędzonych bezsennie, gdym się przewracał w łóżku z jednego boku na drugi, trawiony troską o pieniądze. Bo szło nam o to, ażeby przekonać wszystkich, że murzyni zdolni są utworzyć zakład naukowy i wychowawczy i poprowadzić go odpowiednio. Nasze niepowodzenie byłoby klęską dla całej rasy. Wszystko mieliśmy przeciw sobie. Wszyscy uważali, że powodzenie — naturalnie tam, gdzie działają biali — u murzynów będzie czemś niesłychanem. Te wszystkie troski przygniatały nas srodze, z siłą tysiąca funtów na każdy centymetr kwadratowy, jeśli można tak powiedzieć.
Muszę tu nadmienić, że w chwilach trosk i trudności nie zwracałem się nigdy daremnie z prośbą o pomoc czy to do białych, czy murzynów w Tuskegee, otrzymałem od nich zawsze zasiłek według ich możności. Ileż razy — otrzymawszy przekaz na sto dolarów — dzieliłem te pieniądze więcej niż między sześć osób, ażeby uratować dobrą sławę naszej wypłacalności. Najpierwszem mojem staraniem było podtrzymywać kredyt naszej szkoły i nie pochlebiając sobie, mogę przyznać, że udawało się nam to przez te trudne, początkowe lata.
Nie zapomnę nigdy rady, jaką mi dał p. Jerzy W. Campbell, biały, który mnie sprowadził do Tuskegee. Powiedział mi po ojcowsku na samym wstępie:
— Washington! Pamiętaj zawsze, że kredyt — to kapitał.
Raz, kiedy byliśmy w wielkim kłopocie, zwróciłem się do generała Armstronga, przedstawiając mu szczerze położenie. Przysłał bez zawahania czek, którego wysokość równała się wszystkim jego oszczędnościom i nie był to jedyny wypadek przyjścia z pomocą szkole w Tuskegee przez generała. Do tej pory nie miałem nigdy sposobności ujawnienia tego faktu.
Podczas lata 1882 r., w końcu pierwszego szkolnego roku, ożeniłem się z miss Fannie M. Smith, z Maldenu. Na jesieni osiedliliśmy się na dobre i dom nasz stał się miejscem zebrań dla nauczycieli, których było czterech. Moja żona także miała dyplom ze szkoły w Hamptonie, a zajmując się żywo wszystkiem, co dotyczyło szkoły, wypełniała obowiązki pani domu. Na nieszczęście, cieszyłem się nią tylko dwa lata: umarła w maju 1884 r., pozostawiając mi córeczkę, Porcyę M. Washington.
Moja młoda małżonka dzieliła ze mną wszystko, co dotyczyło szkoły; oddana jej była duszą i ciałem, ale umierając, nie przewidywała nawet, jaki rozwój czeka w przyszłości zakład przez nas stworzony.




Przypisy

  1. Święto obchodzone w całej Ameryce w ostatni czwartek listopada (P. tł.).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Booker T. Washington i tłumacza: Maria Gąsiorowska.