Strona:Booker T. Washington - Autobiografia Murzyna.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


by pomieścić pensyonarzy, a stało się to w połowie drugiego roku szkolnego.
Uczniowie przyjeżdżali zdaleka i w tak znacznej liczbie, że rozumieliśmy dobrze, iż nie dokonamy nic ważniejszego, jeżeli nie będziemy ich mieli ciągle przy sobie.
Na założenie internatu brakowało nam środków — nie brakowało nam tylko uczniów z dobrym apetytem. Nie myśleliśmy też dotąd o zbudowaniu kuchni i sali jadalnej. Na szczęście, mogliśmy urządzić w suterenach dwie izby na kuchnię i jadalnię. Raz jeszcze musiałem odwołać się do dobrej woli uczniów przy tej robocie. Po kilku tygodniach mieliśmy już wszystko, co potrzeba: kuchnię i pomieszczenie — choć bardzo pierwotne i puste, o wyglądzie mało ponętnym. Ten, ktoby dziś obejrzał te sutereny, z trudnością uwierzyłby, że były w nich kiedyś jadalnie.
Nie wystarczało jednak mieć kuchnię — potrzeba było kuchennych naczyń i pieniędzy na ich kupno. O zapasy kuchenne nie troszczyłem się: wiedziałem, że dostaniemy na kredyt, co nam będzie potrzebne. Wyznaję, że nawet w owym czasie byłem trochę zakłopotany, widząc, jaką ufność pokładają wszyscy we mnie wtedy, gdy ja sam tak mało jej miałem. Niepodobna było gotować bez komina w kuchni, ani jeść bez talerzy. Próbowaliśmy z początku gotować dawnym zwyczajem, na otwartem powietrzu, w kociołkach i rondlach zawieszonych nad ogniem. Warsztaty stolarskie, zrobione w czasie budowania domu, zostały użyte zamiast stołów; a co do naczyń stołowych, było ich tak mało, że nie warto o nich wspominać.
Ci, którzy mieli obowiązek gotowania, nie mieli pojęcia o staranności, której wymaga ta robota, i było to dla mnie źródłem nieustannych przykrości. Nic nie było zrobione porządnie; panowało zupełne rozprzężenie i przez pierwsze dwa tygodnie nie było jednego obiadu, któremuby czegoś nie brakowało. Raz