Strona:Booker T. Washington - Autobiografia Murzyna.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pomimo że gmach nie był jeszcze w zupełności wykończony.
Poszukując kaznodziei na ten dzień świąteczny, miałem szczęście poznać człowieka najwybitniejszego, jakiego kiedykolwiek znałem, Wielebnego Roberta C. Bedforda, białego, ze stanu Wisconsin, który w owym czasie był pastorem przy kościołku murzyńskim w Montyomery (Alabama). Nie słyszałem przedtem nic o nim, on także nie wiedział nic o mnie. Zgodził się chętnie przyjechać do Tuskegee dla odprawienia dziękczynnych modłów. Nigdy jeszcze murzyni nie widzieli podobnego nabożeństwa, więc budziło to w nich wielkie zajęcie. Widok nowowystawionego gmachu upamiętnił ten dzień dla nas wszystkich.
Pan Bedford zgodził się zostać członkiem Rady Zarządzającej i oddawał nam na tem stanowisku wielkie usługi przez lat ośmnaście. Od pierwszego dnia przejął się żywo interesami i powodzeniem szkoły; nie ma dlań większego szczęścia, jak gdy może oddać naszemu zakładowi jaką przysługę, choćby najdrobniejszą. Na każdym kroku poświęca się i podejmuje się tego, przed czem cofnęliby się inni. Ze wszystkich ludzi, jakich kiedykolwiek znałem, on najwięcej przejął się duchem Chrystusowym.
Trochę później zdobyliśmy doskonały nabytek w osobie młodego człowieka, świeżo wypuszczonego w Hamptonu, bez pomocy którego nigdy szkoła nie stałaby się tem, czem jest obecnie. Mówię tu o p. Warrenie Logau, który od lat siedmnastu jest skarbnikiem szkoły i moim zastępcą w czasie mej nieobecności. Dawał on zawsze dowody zupełnego zapomnienia o sobie, wielkiego taktu w interesach i trafnego sądu, tak, że szkoła nie odniosła nigdy szkody z powodu moich wyjazdów, a we wszystkich pieniężnych trudnościach jego cierpliwość i ufność w ostateczne powodzenie nie zawiodły nigdy.
Pierwszy nasz dom był zaledwie na pół wykończony, kiedy musieliśmy w nim zamieszkać, że-