Arumugam książę indyjski/List z Ceylonu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor anonimowy
Tytuł Arumugam książę indyjski
Wydawca Biblioteka Ludowa Karola Miarki
Data wydania 1898
Druk Karol Miarka
Miejsce wyd. Mikołów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
5. List z Ceylonu.

Dwa miesiące upłynęły od dnia, w którym Arumugam odwiedził biednego Paryasa i w nocy tajnie z Tryczynapalli wywieziony został. Następnego poranka doniósł woziwoda O. Frauciszkowi o nagłym wyjeździe księcia, dodając, że Tomasz poszedł w ślad słonia i da znać, co radża ze synem począł. Ale dzień upływał po dniu, a wiadomość o Arumugamie nie przychodziła. Po kilku dniach wrócił radża na słoniu, ale nikt nie wiedział, gdzie syna zostawił.
O. Franciszek, Winfried i inni chrześcijanscy przyjaciele Arumugama byli bardzo niespokojni i podwoili swe modły. Już nie — którzy poczęli tracić nadzieję, wtem nadszedł niespodzianie list z Ceylonu. List ten pisany był przez jednego z misyonarzy do Ojca Franciszka i mocno go zadziwił. Zawołał natychmiast do kolegium Winfrieda i wozi — wodę i powiedział im, jaka jest treść pisma.
Misyonarz z Ceylonu doniósł O. Franciszkowi, że przed kilku dniami odwiedził go chłopiec chrześcijański z Tryczynapalli, imieniem Tomasz, syn woziwody. Chłopiec ten był strudzony długą podróżą i tak pokaleczone miał nogi, ze ledwie mógł ustać. Odzyskawszy cokolwiek siły, opowiedział mu dziwną historyą o synu jedynaku radży Tryczynapalskiego. Historya ta nie zdaje się być wymysłem, gdyż rzeczywiście przybył do klasztoru Bonzow Suami-Widyadyszy młody książę z Tryczynapalli. Ten Tomasz prosił misyonarza, aby jak najspieszniej pisał do O. Franciszka i uspokoił ojca jego woziwodę, Winfrieda i innych przyjaciół względem losu młodego księcia. Chłopiec ten misyonarzowi tak opowiadał dzieje swej podróży:
„Wieczorem dnia owego, w którym młody książę moją chorą matkę odwiedził, zaczaiłem się w pałacu radży, wiedząc, że zakładano siodło na słonia. Około północy wyprowadzono zwierzę ze stajni; radża, Arumugam i podwładny urzędnik Knagor siedli na niego. Słyszałem, jak książę mówił: „Do Negapatam !“ i szybko jak gazela pobiegłem manowcami naprzód. Pierwszego i drugiego dnia żwawo pędziłem za nimi, ale trzeciego nogi mi mdleć poczęły, i nie byłbym za zwierzęciem zdążył, gdyby mi nie była zesłała pomocy Matka Boska, do której się gorąco modlić począłem. Nadjechał bowiem Anglik w lekkim koczyku, przyczepiłem się z tyłu i stanąłem nieomal równocześnie z radżą w nadmorskiem mieście Negapatam. Straciłem z oczu słonia, i już się obawiałem, że nie ujrzę młodego księcia, aż tu naraz widzę go w porcie żegnającego się z ojcem i wsiadającego na statek parowy.
„Byłbym chętnie go powitał, ale nie śmiałem się pokazać, aby mnie Knagor nie poznał. Z drugiej strony lękałem się, abym nie stracił śladu, wsiadłszy na inny statek. Błagałem swego Anioła Stróża, aby mi pomógł dostać się na parowiec. Gdym stał tak zadumany, spostrzegłem, że wielu posługaczy w małych koszykach znoszą węgle na spód okrętu. Przyszło mi coś na myśl. Szybko pochwyciłem koszyk i pytałem posługaczy, czy pozwolą mi pomódz w znoszeniu węgli. Robotnicy chętnie się na to zgodzili. Gdym stanął na pokładzie parowca, zapytałem marynarza mającego dozór nad robotnikami, czyby mnie nie chciał zabrać za palacza do kotła parowego. Ten obejrzał mnie z razu od stóp do głów, jak gdyby chciał ocenić me siły i zapytał: "Dokądże cię mam zabrać?"
„To mi obojętne," odparłem, "bylebym tylko miał co jeść, bo tutaj zarobek trudny."
„Zobaczymy, co umiesz: naprzód pomagaj nosić węgle, a później ci powiem, czy możesz z nami jechać.“
Robiłem, co mógłem; biegałem tam i tu, i zabierałem tyle węgli naraz, ile tylko podobna było udźwignąć. Po godzinie ukończyła się praca, a dozórca rzecze:
„Jedź z nami, ale trzeba ci będzie pozostać przy składzie węgli!"
Ucieszyłem się mocno i zeszedłem na spód okrętu do mych obowiązków. Nasamprzód przybił parowiec do brzegu w Dżaffnie. Wyglądałem ciekawie przez lukę, czy Arumugam nie wysiądzie na ląd, ale wyładowano tylko kilka beczek. Potem szła dalej jazda do Kolombo. Gdyśmy tam przybili do brzegu, prosiłem gorąco Anioła Stróża, aby mi pomógł zemknąć, gdyby Arumugam miał w miejscu pozostać. Widząc ze swej kryjówki Arumugama i Knagora idących przez pomost, przechodziłem śmiertelne strachy, nie wiedząc, jak się wydostać. Wpełzłem po schodach na pokład i oglądałem się bacznie.
Wszyscy byli zatrudnieni przy pomoście. Gdy tak rozmyślałem, co począć, widzi mnie sternik i woła:
„Chłopcze, pomóż wydobywać kistyiskrzynie, nie zaszkodzi ci odetchnąć świeżem powietrzem. “
„Jakby na zawołanie anioła poskoczyłem łem ochoczo i wziąłem na plecy sporą skrzynkę. Złożywszy ją na brzegu, pobiegłem co tchu do miasta i straciłem się w tłumie ludu.“.
„Pędząc tak z pospiechem i obawą przez głóvne ulice Kolomho, zacząłem się zastanawać, jakby się spotkać z Arumugamem. W zaufaniu do Anioła Stróża i w obawie, aby mnie nie szukali i nie pojmali majtkowie, wybiegłem z miasta, wszedłem na wzgórze i rzuciłem się na ziemię, aby spoczać w cieniu drzewa. Wtem widzę idącego ulicą słonia, poznaję Knagora i młodego księcia. Ledwiem nie zakrzyknął z radości. Poszedłem z daleka za podróżnymi. Po kilku godzinach stanęliśmy przed wielkim kasztorem Braminów w górzystej okolicy, gdzie Knagor kazał stanąć i zeskoczył z siodła. Widziałem, jak go przyjmował przełożony, stary Bramin.“
„Teraz wiedziałem, gdzie jest miejsce pobytu czyli więzienie biednego radżputa (młodego księcia;) chodziło tylko o to, jakby się nim potajemnie widzieć. Ukryłem się w poblizkiem krzaku i patrzałem na furtkę klasztorną. Po dwóch godzinach wyszedł Knagor w towarzystwie starego Bramina, wsiadł na słonia i odjechał. Ucieszyłem się mocno, gdyż z jego strony nie potrzebowałem się odtąd niczego obawiać. Obszedłem wkoło cały gmach i otaczające go mury, aby się przekonać, czy nie ma jakiego tajnego wejścia, ale nie znalazłem."
„Do tylnej części ogrodu przytykał jednak lasek palmowy. Wspiąłem się na jedno z najwyższych drzew, skąd miałem widok na cały ogród. Nie zawiodły mnie oczekiwania moje. Nie minęło pół godziny, gdy się młody książę pokazał z sędziwym przełożonym klasztoru na jednej z ścieżek ogrodowych. Już go pozbawiono szat książęcych i przyodziano w długą białą branińską sutanę. Gdy przechodzili w odległości może 20 kroków około mego posterunku, patrzałem na nich z naprężoną uwagą. Stary Bramin rozmawiał z radżputem łagodnie, ale nie dosłyszałem co do niego mówił. Arumugam kroczył obok niego w posępnem milczeniu i ze spuszczoną głową. Po niejakim czasie przełożony wrócił do kasztom i zostawił radżputa samego. Zacekałem cierpliwie, póki się książę do mnie zbliżył, potem zawołałem głośno i wyraźnie: „Tryczynapalli, Tryczynapalli!“
Gdy radżputa uszu doszła nazwa rodzinnego miasta, zadrgnął, obrócił się i spojrzał w tę stronę, gdzie ja siedziałem ukryty. Jeszcze raz krzyknąłem: „Tryczynapalli, Tryczynapalli!“
Wtedy spiesznym krokiem i w tak wielkiem rozdraźnieniu przybiegł, że zdjęła mnie obawa, aby mnie i siebie nie zdradził, gdyby go miano na oku. Gdy stanął tak blisko, iż mnie mógł dosłyszeć, przemówiłem do niego o wiele ciszej:
„Radzpucie Arumugamie, zaklinali cię, przechadzaj się powoli; jestem Tomaszem, synem roznosiciela wody.“
Wtedy załamał ręce i rzekł pół z płaczem, pół ze śmiechem:
„Tomaszu, poczciwa duszo, skąd się tu wziąłeś?
Wysłał mnie na zwiady pan Winfried,“ odpowiedziałem, „pobiegłem w ślad za tobą, drogi dobroczyńco, aby się dowiedzieć, gdzie cię radża umieści.“
„Dziękuję ci,“ zawołał Arumugam chodząc po ścieżce.
„Radżpucie,“ mówiłem, „jeśli chcesz uciekać, pomyślę, jakby ci dopomódz do ucieczki. “
Ale biedak potrząsnął smutnie głową i z westchnieniem szepnął: „Nie, nie, uciekać nie mogę, bo przyobiecałem ojcu dopóty pozostać, póki nie obeznam się z nauką Braminów i póki po mnie sam nie przyjedzie, aby mnie zabrać do domu.“
„Ale jakże to będzie, gdy cię zaczną karać i zechcą cię kusić do złego?“zawołałem.
„Na to się nie odważą,“ odpowiedział, „Knagor surowo im tego zakazał w mej przytomności, gdyż oświadczyłem mu, ze zemknę natychmiast, skoro mnie będą chcieli zmusić do czegoś, co się sprzeciwia przekonaniu i sumieniu memu. Ale posłuchaj no Tomaszu; pozostań tu jeszcze z kilka dni i powróć pojutrze albo dnia następnego, wtedy ci powiem, jak się ze mną obchodzić będą“
„I owszem,“ odparłem, „tymczasem bądź zdrów, radżpucie, niech cię Pan Bóg ma w Swej świętej opiece!“
„I ciebie, poczciwy chłopcze; niech będzie pochwalony Jezus Chrystus,“ rzekł radżput i wrócił do klasztoru.
„Na wieki wieków,“ odpowiedziałem i ukryłem się w gąszczu gałęzi.
„Zlazłem dopiero z drzewa, gdy noc zapadła i zebrałem kilka sztuk owoców, leżących na ziemi tuż przy murze ogrodowym.“.
„Tak żyłem przez trzy dni w gęstwinie leśnej, strzegąc się, aby mnie kto nie zobaczył.“.
„Czwartego dnia wlazłem jeszcze przed wschodem ońca na drzewo przytykające do muru, czekając na radżputa. Zaledwie się rozjaśniło, wyszedł do ogrodu i powolnym krokiem, jakby od niechcenia, zbliżył się do mej kryjówki. Przywitawszy mnie, rzekł:
„Tomaszu, powiedz mym przyjaciołom w Tryczynapalli, a mianowicie Ojcu Franciszkowi, żeby się o mnie nie frasowali. Bramini obchodzą się ze mną grzecznie i uprzejmie i nie zmuszają mnie wcale do brania udziału w swem bałwochwalczem nabożeństwie. Moim jedynym obowiązkiem jest słuchać codziennie po kilka godzin ich wykładu religii Bramińskiej, poczem dysputują ze mną o prawdach i nauce religii chrześcijańskiej. Ale nie przywiodą mnie do odstępstwa, powiedz to mym przyjaciołom. A teraz, Tomku, wracaj i pozdrów wszystkich odemnie, a mianowicie twego ojca. Oby ci Bóg to zapłacił, że nie uląkłeś się niebezpieczeństw i trudów podróży, idąc w ślad za mną. Bądź zdrów!“
„Musieliśmy się rozstać, gdyż wyszło z klasztoru kilku Braminów, zbliżając się ku nam powolnym krokiem. Teraz dopiero gdy spuściłem się z drzewa i dopiąłem celu mej podróży, owładło mnie takie znużenie, że myślałem, iż przypłacę to życiem. Zaledwie mogłem zawlec się do wybrzeża i doszedłem schorzały do wsi, zamieszkałej przez biednych chrześcijan, trudniących się połowem pereł. Poznałem w nich braci współwierców, gdyż żegnali się przed pracą i po pracy. Ci zawiedli mnie do ciebie, kochany Ojcze; proszę cię teraz, abyś napisał list do Tryczynapalli i doniósł o wszystkiem co, ci powiedziałem.“

∗             ∗

„Takie jest sprawozdanie Paryasa młodego,“ pisał misyonarz ceyloński.
„Nie miejcie obawy o księcia. Ja sam o tem pomyślę, co wypada czynić. Jest to próba, na którą go Pan Bóg wystawił. Módlcie się, aby z tej walki wyszedł zwycięzko.“
Gdy O. Franciszek przeczytał przyjaciołom list z Ceylonu, wszystkich ogarnęło wielkie wzruszenie. Poszli społem do kaplicy, aby się pomodlić na intencyę Arumugama, poczciwego Tomka i zacnego misyonarza z Ceylonu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: anonimowy.