Arumugam książę indyjski/Choroba i powrót do zdrowia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor anonimowy
Tytuł Arumugam książę indyjski
Wydawca Biblioteka Ludowa Karola Miarki
Data wydania 1898
Druk Karol Miarka
Miejsce wyd. Mikołów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

1. Choroba i powrót do zdrowia.

W pałacu bogatego i znakomitego księcia indyjskiego Ramy wielki był smutek i przerażenie. Jedyny syn radży (t. j. księcia), którego po długiej bezdzietności gorącemi modłami i hojnemi ofiammi wybłagał u bóstwa Bramy, ciężką złożony był chorobą. Łoże bladego i wychudłego chłopca otaczała liczna służba, chłodząc rozpalone oblicze chorego palmowemi wachlarzami. Tuż przy łożu siedział sam radża i trzymał w ręku gorącą dłoń umierającego dziecka, jak gdyby chciał wstrzymać uciekające życie jego, a łzą zwilżone oko spoczywało z obawą i troską na twarzy chłopczyka, strawionej cierpieniem. Usta księcia szeptały cichą modlitwę do bożyszcza, który jednakowoż głuchy być się zdawał na jego prośby. Z każdą bowiem godziną puls chłopca stawał się coraz słabszym, a z obecnych kapłanów i lekarzy indyjskich nikt nie wątpił, że chory następnej nocy życie zakończy.
W tem zbliżył się cichym krokiem jeden ze sług do radży i skłoniwszy się aż do samej ziemi, szepnął mu do ucha:
„Panie, poskromiciele żmij stoją przede drzwiami, czekając na twe rozkazy.“
Książe przebudził się jakby ze snu ciężkiego i spojrzawszy na sługę, rzekł:
„Niechaj wejdą!“
Po chwili rozwarła się zasłona z ciężkiej materyi, i weszli poskromiciele żmij, padając przed radżą na twarze. Książe zaś wskazując palcem na umierające dziecię, rzekł:
„Patrzcie, dziecię moje umiera na nieznaną chorobę, którą zesłał na nie zły duch. Nie szczędziłem ani modłów, ani ofiar mym bogom Szywie, Wisznu i Bramie, ale ani kapłani nie zdołali go uzdrowić, ani zapisywane przez mych doktorów lekarstwa nic nie skutkują. Czyż możecie zakląć złego ducha, aby odjął od chłopca chorobę?“
„Tak jest Panie,“ odpowiedzieli kuglarze, „dokazać tego możemy; ale duch nie wyleczy naraz twego syna, chyba powoli, stopniowo, i wtedy dopiero, gdy mu złożysz odpowiednią ofiarę ze złota i mleka.“
Z pogardą i powątpiewaniem spojrzeli lekarze na oszustów, którym widocznie nie chodziło o nic innego, jak o sowite łapowe, po którego odebraniu nigdyby się na oczy nie pokazali. Ich sztuka bowiem była czystem oszustwem, i żyli tylko z łatwowierności ziomków. Radża jednak postanowił wszystkich chwycić się środków, aby tylko ocalić życie dziecka, rzucił kuglarzom wór pełen złota i kazał słudze przynieść złotą misę pełną słodkiego mleka, ulubionego napoju wężów.
Po przyniesieniu i postawieniu półmiska na podłodze usiedli dwaj zażegnacze na kobiercu, postawili przed sobą kosze z jadowitemi żmijami i zaczęli z cicha grać na fletach. Na odgłos ich gry żmije lubiące muzykę, wychyliły łby z koszów, poczęły się wkoło oglądać i widłowato rozłupanemi języczkami sięgać po mleko. Potem wydobyły się z koszów, przyczołgały do półmiska i poczęły chciwie chłeptać słodkie mleko. Napoiwszy się do syta, wzniosły ogon do góry i poczęły się w takt poruszać w tę i ową stronę. Wszystkich oczy były zwrócone na żmije i ruchy ich, gdy w tem rozległ się po sali krzyk głośny. Przerażeni obecni spojrzeli na chorego chłopca, który tak głośno wrzasnął, a wytrzeszczywszy oczy i drząc na całem ciele, przypatrywał się tanecznym żmij poruszeniom. Przelękły radża przytulił chłopca do siebie i starał się go uspokoić. Gdy mu się to nie udało, wpół gniewny, wpół przelękły spojrzał na kuglarzy i pytał, co to ma znaczyć. Ci gestem ręki dali znać, aby się zachował spokojnie i poczęli coraz prędzej i głośniej grać na swych fletach, skutkiem czego i żmije coraz szybsze wykonywały ruchy. Chory chłop — czyk jeszcze raz przeraźliwie zakrzyknął, zaczął się miotać i drgać tak gwałtownie, że stojący przy nim lekarze do ucha sobie szeptać poczęli, że już kona.
Przy drugim okrzyku dziecka przestraszone żmije podniosły gniewnie łeb, wydęły gardziele i rzuciły się nagłym skokiem ku łożu chorego. Radża rozjątrzony powstał i kopnięciem nogi odrzucił jadowity gad w kąt sali, mówiąc:
„Przeklęte oszusty, zabijacie mi dziecko, zamiast je uzdrowić. Precz mi z oczu, albo każę was osmagać!“
Na skinienie księcia porwała się służba na bezecnych kuglarzy, ale ci nie czekając pochwycili żmije za ogon i poczęli nimi wywijać ponad głową tak gwałtownie i szybko, że nikt się do nich nie śmiał zbliżyć, poczem spiesznie, porwawszy półmisek i worek z pieniędzmi wymknęli się z pałacu.
Zaledwie wyszli, uspokoił się chłopiec, którego strach przed wężami wprawił był w stan rozdrażnienia. Znużony i wycieńczony padł na łoże i zawarł powieki. Radża tym — czasem wzdychał głęboko i boleśnie, widząc, że nadzieja,jaką pokładał w poskromicielach wężów, całkowicie go zawiodła. Wkrótce przystapił do niego jeden z indyjskich lekarzy, miły starzec z siwuteńką głową i pomacawszy puls chorego) odezwał się do księcia:
„Jeśli książę chcesz ocalić życie syna, przywołaj którego z chrześcijańskich kapłanów. Tym białym duchownym — Żaden wąż zaszkodzić nie może[1], owszem są im posłuszne; już się bowiem kilkakrotnie i u wielu przez lekarzy opuszczonych chorych przekonałem, że posiadają sztukę rzucenia uroku na węża.“
„Jak to,“ odparł zdumiony radża, „nawet wy, czciciele dawnych bóstw naszych, śmiecie mi radzić, abym szukał ratunku u wrogów mej wiary? Czyż Brama mnie za to nie ukarze?”
„Potężny władzco, ” odpowiedział lekarz indyjski, „z pomiędzy wszystkich złych duchów, mających silną władzę i brojących złe na ziemi, jest zapewnie wąż najzawziętszym nieprzyjacielem Bramy i jego wielbicieli. Biali przeto Bramini zachodu, którzy jedyni mają władzę nad wężem, nie mogą być nieprzyjaciołmi Bramy. Jeszcze raz ci przeto radzę, przywołaj jak najprędzej białego Bramina, jeśli nie chcesz, aby ci twój syn umarł skutkiem złości węża. ’“
„Niechże tak będzie,“ zawołał radża, „zawołajcie białego Bramina.“
Po krótkim czasie stanął przy łożu książątka katolicki misyonarz w białej sutannie, z krzyżem na piersiach. Radża wskazał mu chorego i rzekł:
„Biały mężu, syn mój umiera, zatruty tchnieniem ducha wężowego; moi Bramini i poskromiciele wężów nie wiedzą rady na jego chorobę. Słyszałem, że złe duchy są ci posłuszne. Proszę cię więc, zaklnij je, ocal mego jedynaka i ulubieńca.“ Rzekłszy te słowa, nieszczęśliwy ojciec zasłonił twarz dłonią i wybuchnął płaczem rzewliwym.
Wzruszony jego boleścią misyonarz, rzekł: „Książę, poproszę Boga, Stworzyciela nieba i ziemi i jedynego władzcę życia i śmierci, aby pobłogosławić raczył lekom moim i wrócił twemu dziecku zdrowie i życie. “
„Cóż za to żądasz?“ zapytał radża.
„Niczego dla siebie nie żądam,“ odrzekł misyonarz, „Bóg bowiem, który mnie w nie — przebranej łasce uczynił sługą Swoim i dał mi władzę nad złymi duchami, nakazał mi, abym tej władzy, której mi udzielił darmo, używał dla dobra mych bliźnich takie bezpłatnie. Jednej ci jednak udzielę rady, jaką dał Daniel prorok pogańskiemu królowi Nabuchodonozorowi: Dawaj jałmużnę, odzież, i pożywienie ubogim, głodnym i nagim, gromadzącym się przed bramami twego pałacu, a może Bóg odpłaci ci miłosierdziem miłosierdzie, jakie im okażesz.“
Ze zdumieniem spojrzał pogański książę na misyonarza, poczem rozkazał każdemu z biednych, stojącym przy pałacowej bramie, dać po bochenku chleba, srebrnej monecie i jednej szacie. Potem prosił księdza usilnie, aby natychmiast przysposobił dla chorego lekarstwo łagodzące jego cierpienia.
„Czy wierzysz,“ zapytał misyonarz, „że mój Bóg twoje dziecko uzdrowić może?“
Radża wstrzymał się przez chwilkę z odpowiedzią, poczem rzekł stanowczo:
„Tak jest, wierzę, gdyż ten przyjaciel, (przyczem wskazał sędziwego lekarza indyjskiego), który mnie nigdy nie okłamał, zaręczył mi za to.“
„Błogo ci,“ rzekł ksiądz, „jeśli bowiem masz silną wiarę, nic nie jest niepodobnem. “
Potem ukląkł przy chorym chłopcu, wyciągnął stułę, przywdział ją i przytknął jej koniec do głowy dziecka: uczyniwszy nad nim znak krzyża świętego, dotknął ręką czoła dziecka i odmówił tak głośno modlitwę w języku hindustańskim, że go wszyscy zrozumieć mogli.
Za przykładem kapłana ukląkł i radia, skrzyżował ręce na piersiach, a na skinienie jego przyklękła cała służba, Bramini i le — karze, słuchając nabożnie słów modlitwy katolickiego księdza. Po modlitwie otworzył chłopczyk mdłe oczy, a widząc nad sobą schylone łagodne i poważne oblicze misyonarza, wlepił w niego wzrok zdziwiony, potem pochwycił jego dłoń, wzniósł z wysileniem głowę i pocałował go w rękę. Ten widok wzruszył wszystkich obecnych i rozczulił poczciwego misyonarza. Obróciwszy się do sług, polecił im kapłan przynieść soli i wody. Stawiono jedno i drugie przed nim w srebrnych naczyniach, on zaś pobłogosławiwszy jedno i drugie, rzucił cokolwiek święconej soli we wodę, kazał mu ją wypić, w końcu pokropił łoże i całą salę. Po kilku minutach zapadł chłopczyk w sen spokojny i orzeźwiający.
W milczeniu i spokojnie wyszli z komnaty Bramini, lekarze i słudzy; radża zaś ze łzami w oczach chwycił księdza za rękę i zawiódł go do sąsiedniego pokoju. Tam w te do niego odezwał się słowa:
,,Nie okłamano mnie, wy biali księża Chrystusowi macie rzeczywiście władzę nad złym duchem. Teraz wierzę, gdyż widziałem to na własne oczy. Jeżeli mój syn odzyska zdrowie, żądaj, czego chcesz, wszystko ci dam.“
„Mój książę,“ rzecze misyonarz, „już raz ci oświadczyłem, że podarunków nie przyjmuję. Jednego tylko żądam.“
„Cóż takiego?“ zapytał ciekawie radża.
„Abyś synowi, jeśli wyzdrowieje, nie zabronił być wdzięcznym Bogu, który mu przywrócił zdrowie.“
„Wymagasz zatem, abym swemu jedynemu synowi i spadkobiercy pozwolił zostać chrześcijaninem! “
„Nie o to prosiłem, lecz jedynie o to, aby chłopiec wdzięcznym był Bogu, który go wyleczył.“
„Owszem, niechaj mu będzie wdzięcznym, niechaj mu wystawi świątynię, niechaj go nawet i pozna, jeśli tego potrzeba, ale czcicielem niech nigdy nie będzie, gdyż ma być mym następcą i spadkobiercą.”
„A więc przyrzekasz mi, że synowi nie wzbronisz poznać Boga naszego, jeśli takie będzie jego życzenie?“
„Tak jest, przyrzekam.“
„Dobrze więc; będę błagał Boga, aby to życzenie powstało w sercu twego dziecięcia, a ziszczenie tego życzenia będzie moją jedyną nagrodą,“ oświadczył kapłan i pożegnał zdziwionego radżę.
Misyonarz wrócił do klasztoru, zwołał wszystkie dzieci indyjskie, nawrócone na chrześcijaństwo, które do niego chodziły na naukę i opowiedział im to zdarzenie, wzywając je, aby prosiły Boga o zdrowie małego poganina Arumugama i o wzniecenie w nim chęci poznania i umiłowania wiary chrześcijańskiej. Chłopcy poszli zaraz na modlitwę; jedni poklękli przed Najśw. Sakramentem w ołtarzu, drudzy przed posągiem Matki Boskiej w ogrodzie i poczęli gorliwie błagać Najwyższego o zdrowie i nawrócenie Arumugama.
Nazajutrz kazał radża przywołać księdza do pałacu. W drodze zapytał sługę, który mu towarzyszył, jak się ma młody książę.
„O wielki biały Braminie,“ odpowiedział zagadnięty, „lepiej ty to wiesz ode mnie, ty, któremu Bóg udzielił władzy nad złymi duchami. Panicz nasz jest prawie całko — wicie zdrów. Gorączka go opuściła, spał dobrze, a jak się obudził, spojrzał wesoło wkoło siebie, i zapytał, gdzieś się podział. Stary pan kazał swemu zarządcy napisać list, który ci wręczyłem.“
Gdy misyonarz przestąpił progi pałacu, wyszedł radża na spotkanie jego, pozdrowił go z szacunkiem i rzekł: „Wielki Braminie, dziękuję ci. Syn mój wyzdrowiał. Pójdź i patrz.“ To mówiąc, pochwycił księdza za rękę i wprowadził go do pokoju, w którym mały Arumugam siedział na wezgłowiach i z radością ku niemu ręce wyciągał.
„Ojcze!“ zawołał, „wszakże cię tak nazywają czciciele Krzyża? Oswobodziłeś mnie od złego węża, który mnie chciał życia pozbawić i przywróciłeś mi zdrowie. Serdecznie ci dziękuję.“
Kapłan pobłogosławił chłopca i rzekł: „Nie ja cię uzdrowiłem, lecz Bóg mój.“ Potem zapytał misyonarz, czy chory już jadł. „Nie,“ odpowiedział mu radża, „nie chciałem mu nic dać, nie poradziwszy się poprzednio ciebie.“
Ksiądz rozkazał mu przynieść cokolwiek pokarmu, pobłogosławił go i pozwolił się nieco posilić choremu, który przychodził coraz więcej do sił. Radża prosił misyonarza, aby i inne potrawy pobłogosławił i tym sposobem zapobiegł, iżby mu nie za — szkodziły. Kapłan uspokoił księcia, mówiąc: „nie miej obawy, książę, nic mu nie zaszkodzi, bylebyście poprzednio wszystkie potrawy pokropili poświęconą przezemnie woda.“
Usłuchano jego rady. Po kilku dniach Arumugam odzyskał siły, i na wielką pociechę i radość ojca biegał po wszystkich ścieżkach i ustroniach ogrodu, skacząc i śpiewąjąc. Z okna przypatrywał mu się zadu — many radża i pomyślał sobie: „Co za szczęście, że wyzdrowiał; byleby mu się teraz nie zachciało prosić mnie, abym mu pozwolił poznać Boga chrześcijan.“





Przypisy

  1. Jest upowszechnionem między hindusami mniemanie, że odkąd księża i zakonnicy katoliccy przebywają w Indyach, żaden z nich dotychczas nie został ukąszonym przez jadowitą żmiję.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: anonimowy.