„Przysięga Kościuszki”

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł „Przysięga Kościuszki”
Podtytuł Urywek z niewydanej jeszcze powieści p. t. „Kościuszko”
Data wydania 1917
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Piotr Laskauer
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

DRUKOWANE JAKO MANUSKYPT
Wł. St. REYMONT
„PRZYSIĘGA KOŚCIUSZKI”
URYWEK Z NIEWYDANEJ JESZCZE POWIEŚCI
P. T. „KOŚCIUSZKO”
OFIAROWANY PRZEZ AUTORA
NA RZECZ OGÓLNO-KRAJOWEJ KWESTY „RATUJCIE DZIECI!”
Gebethner i Wolff - logo.jpg
GEBETHNER I WOLFF — WARSZAWA 1917.


DRUK PIOTRA LASKAUERA,
WARSZAWA, MARJENSZTAD 8.




Geprüft und freigegeben durch die Kais. Deutsche Presseabteilung
Warshau, den 16/V 1917. T. № 5640. Dr. № 310.


Jedenasta zaczęła wybijać, kiedy skończyła się narada i ostateczna decyzya zapadła; zwarły się mocno dłonie jakby w niemej przysiędze, skrzyżowały się wierne spojrzenia, i pierwszy przemówił Wodzicki, pochylając głowę przed Kościuszką:
— Powszechna ufność w twoje ręce składa ster skołatanej Rzeczypospolitej.
— Wola narodu w tobie upatruje jedynego pana i zbawcę.
— Twoje cnoty, twoje czucia i twój jeniusz, oto czem zbawisz i podźwigniesz.
— Obywatelu-Naczelniku, w tobie wszystka wiara i nadzieja Polski.
— Każesz umierać — padniemy co do jednego. Rozkazuj, Dyktatorze.
Leciały korne słowa do stóp prawego Naczelnika Narodu. Nie odzywał się, może udawał, że nie słyszał, co do niego mówiono. Stał podobien ognistemu posągowi, w żarach wszystek i płomieniach. Majestat bił od niego, nieledwie świętość. Chwila była wzniosła i poruszająca do łez. Wiedzieli, jako tylko śmierć prowadzi do wolności, i dobrowolnie wybrali śmierć. Nikt się nie zawahał. Sami się dawali na ołtarz całopalenia, by ofiarą własnej krwi kupić u losów szczęście Ojczyzny. Zaiste, obraz to był bohatyrów. Odchodzili w uroczystem milczeniu spełnionej powinności. Szli amfiladą ziemnych pokojów do tajnego wyjścia, poprzedzani przez adjutantów z zapalonemi światłami. Nie wiedział nawet kiedy odeszli, dopiero trzask zawieranych drzwi zbudził jego uwagę. Obejrzał się na strony. Był sam jeden. Wielka komnata, pogrążona w słabych brzaskach świateł, zaledwie dawała się objąć oczami. Ze ścian wyzierały konterfekty mężów zasłużonych w narodzie, niegdzie widniały starożytne zbroje, stały farfurowe wazy, dające podobieństwo bukietów rozkwitłych, polśniewały oślepłe ze starości zwierciadła i przygasłe złocenia. Staroświecki sprzęt surowym kształtem gęsto zalegał pawimenty. Obejrzał się raz jeszcze i ruszył do stancyi, przeznaczonej sobie na kwaterę, lecz nagle zatrzymał się przed progiem. Owo między oknem a drzwiami wyłoniła się przed nim jakby groźna chmura: dźwigał się na koniu olbrzymim skrzydlaty rycerz z kopią złożoną do ataku. Orle skrzydła ramion, czarna, złotem nabijana zbroja i szyszak, powiewający czubem czarnych piór strusich, nadawały mu pozór majaczenia. Z poza opuszczonych krat przyłbicy jakby świeciły spojrzenia, zaś koń, cały w blachach i łuskach, zdawał się brać pęd bojowy. Skrzydlaty rycerz uderzał z furyą na niewidzialnego wroga, porywała go jakaś moc, niczem nie pohamowana. Zdał się być wichrem w kształt rycerza zaklętym, posępnem widmem chwały i świetności dawno struchlałych pokoleń.
Kościuszko pochylił głowę jakby przed cieniem zjawionej w tej wielkiej godzinie duszy praojców i nawrócił z powrotem do stołu. Ale skrzydlaty majak przysłonił mu sprawy najbliższe i zażegł niepokojące myśli. Upłynęło sporo czasu, nim jął odczytywać na nowo gotowy już do podpisów i proklamowania publicznego akt insurekcyjny.
— Za kilka godzin, a słowo stanie się ciałem! — pomyślał i odwrócił się gwałtownie, odniósł bowiem wrażenie, jakby ktoś wypowiedział te słowa. Nie było jednak nikogo w komnacie. Pałac Wodzickich, gdzie okoliczności zakwaterowały go na tę pamiętną noc z 23 na 24 marca, zdawał się jakby wymarłym. Za oknami również leżało milczenie i czaiła się zimna, przymglona noc. Na niebo, zawalone skołtunionemi chmurami, wypływał księżyc, podobien srebrnemu korabiowi, wynurzającemu się z odmętów. Odłożył manifest, gdyż myśli o jutrze — o tem jutrze przygotowywanem i wymarzonem w długie, nieprzespane noce, porwały go w szpony udręczeń. Spróbował zajrzeć w przyszłość i cofał się w zabobonnym lęku, jakby przed obliczem groźnej prawdy, wyłaniającej się z ciemności przeznaczeń. Biorąc taką dyspozycję umysłu za skutek przemęczenia trudami dni ostatnich, poszedł do swojej stancyi i, jak był stał, rzucił się na łoże, nagotowane za parawanem z zielonej kitajki. Ale i tam nie opuściła go troska czująca, i tam dopadły dręczące pytania i, obsiadłszy duszę jakoby stadem drapieżnego ptactwa, złowróżbnie zakrakały.
Po chwili Zaręba zobaczył go znowu na wielkiej sali pochylonym nad planami. Późno już było, świece w pająku gasły jedna po drugiej, coraz mroczniej spozierały ze ścian oczy konterfektów, coraz mgliściej rysowały się sprzęty, a skrzydlaty rycerz stawał się jeno cieniem ledwie dojrzanym. Wtem jakieś krzesło odsunęło się gwałtownie i zaskrzypiała posadzka. Zaręba stanął we drzwiach. Kościuszko promenował się zwolna, cyrkulując dokoła stołu, i raz po raz przystawał, by coś zobaczyć na mapie, lub przeczytać w rejestrach. Uderzyła północ. Duszno mu się naraz zrobiło, powietrze, nazbyt nagrzane i przejęte zapachami świec dogasających, przyprawiało o zawroty głowy, zaś ta sala wydała się naraz jakby grobową izbą, pełną ciemności i nieodgadnionych przerażeń.
— Otworzyć okna! — rzucił krótki rozkaz, spełniony w milczeniu przez Zarębę.
Wystawił zgorączkowaną twarz na chłodne powiewy. Noc wtargnęła do sali, a wraz z nią spłynęły dźwięki jakiejś oddalonej muzyki.
— Kapela o północy! Co to znaczy? — spytał oczekującego rozkazów Zarębę.
— Hejnał z wieży Maryackiej, jak zwyczajnie przegrywany co godzina.
Hejnał rozgłaszał się coraz cudniej. Jakby noc zaśpiewała senną litanię mrących godzin. W niezgłębionej cichości i ciemnościach rozświergotały się złociste trele niby ptakowie przed wschodem, śpiewający radosną pieśń do słońca. Polały się perliste kaskady i wytrysnęły dzwonne fontanny. Słodko zaszeleściły deszcze niebiańskich melodyi. Gorącym i niebosiężnym pacierzem grała niewidzialna kapela. Płomiennemi usty zdały się śpiewać zburzone ciemności. A kiedy hejnał przechodził w ledwie dosłyszalne pianissima, powietrze zdawało się drgać jakby warem szemrzących w południową spiekotę kwiatów, jakby wonnym pogłosem zbóż, przegarnianych skrzydłami omdlewających żarów. Ziemia śpiewała niebu hymn szczęścia. Zasię chwilami dominował głos mocny, uroczysty i rozległy — niby głos duszy samotnej, wyznający się wszystkiemu światu ze swoich nieśmiertelnych tęsknot i marzeń. Zaczem podniosły się jakieś skargi jękliwe, jakieś żałosne błagania zawodziły w przemglonych pustkach, jakieś szlochy zrozpaczonych. Lamentowała straszna nędza żywota. Odstąpił na stronę przejęty do żywego i wzburzony. Nagła niemoc ogarnęła go, że zasiadł ciężko przy stole. Myśli wzięły inny zgoła obrót, chwiejny i smutny. Poczuł się jak człowiek, gdy mu zabraknie gruntu pod nogami, a zostanie w bezradnej męce zrozpaczenia i niepewności.
„Powszechna ufność składa w twoje ręce ster Rzeczpospolitej” — zadźwięczały mu w mózgu słowa Wodzickiego. Zatargał się w sobie, w skroniach zabiło młotami, serce przestawało bić, cofał się w przerażeniu, jakby przed straszliwą zjawą Golgoty.
— A gdzież król, strażnik namaszczony? Gdzie hetmani? Gdzie urodzeni przewódcy tej ziemi nieszczęsnej? Czemuż nie stają na czele? — szeptały pobielałe wargi w stronę skrzydlatego rycerza. — Czemuż złożyli na moje słabe barki ten ciężar nadludzki? Zali godzien jestem takiego wywyższenia?
— Zali podołam i wydźwignę? — myślał coraz trwożniej i w tym chwilowym upadku ducha zobaczył wszystko zgoła niemożliwem do dokonania. Zdumiewał się nawet własnemu zuchwalstwu. Słabym się naraz poczuł, samotnym i bezradnym, jak źdźbło, przymuszone stawiać czoło nawałnicom. Walczył jednak ze sobą, łamał się i szamotał. Burza się w nim rozszalała. Myśli się rwały, niby ogniki szarpane przez wichry. Bezsilność dawała gorzki posmak rozpaczy. Klęski widział, upadek, zatratę. A co jeszcze przed godziną zdawało mu się niezłomne i pewne, waliło się teraz struchlałem rumowiskiem. Straszna noc zwątpienia opadła duszę.
— Boże miłosierdzia! Boże! — jęczał rozpięty na krzyżu nadludzkiej męki.
Wybiła pierwsza. Zaręba, jakby skamieniały, stał w drzwiach kordegardy, nie spuszczając z niego oczu. Rozumiał, co się w nim dzieje, i ujrzawszy respons na swoje niepokojące pytania, cierpiał wraz z nim nieopisane udręki.
Naraz Kościuszko, jakby uciekając przed ostatecznem zwątpieniem, rzucił się do planów, porozkładanych na stole. Szukał ratunku w rejestrach i sumaryuszach sił zbrojnych, czytał długie litanie spiskowców po województwach. Przeglądał ranglisty oficyerów, podkreślając niektóre nazwiska. Rozpatrywał miejsca, zajmowane przez nieprzyjaciół, wykreślał marsze, konotował jakieś dyspozycye, obliczał zasoby i snadź generalny obraz przedstawiał się pomyślnie, gdyż odetchnął z widoczną ulgą. Rumieniec okrasił jagody i oczy nabrały blasków. Tak się jednak utrudził tą gorączkową pracą, że przystąpił do okna zaczerpnąć powietrza. Owiał go przejmujący chłód i myśli wróciły do dawnego biegu. Pojrzał w niebo, w przymglone migoty gwiazd, w bezkresy ciemności, w niepojęte dalekości. Nieopowiedziana tęsknota poniosła go na jakąś wyżę, z której oczyma duszy ogarnął całą polską krainę. Leżała w mrokach i w milczeniu. Zasnęły nawet wichury i burze. Sama noc zdawała się być snem.
Jako ptak, powracający z dalekich lądów, krążył w głuszy, aż przypadł piersią do ziemi ojczystej i, ogarnąwszy ją wszystką mocą miłowania, poczuł, że jego serce bije zgodnie i zajedno z milionami serc współbraci. I wraz z tem przeświadczeniem spływała w niego moc całego narodu, niezłomne męstwo i determinacya walki usque ad finem. W tej chwili łaski stawał się duszą i czuciem powszechności, jej sumieniem, nieśmiertelną wiarą i prawem.
— Podołam i wydźwignę! — ślubował, podnosząc czoło opromienione gloryą bohaterskiego posłannictwa. I taką mocą zestrzeliły się w nim wszystkie potęgi, że zajaśniał nadziemską pięknością.
Poczuł się wodzem narodu i sprawcą jego przyszłych losów.
Słuszna duma zagrała mu w piersiach mocą wywyższenia i dobrowolnie przyjętej ofiary. Rozumiał bowiem, jako bierze na barki ciężki krzyż i dźwigać go powinien aż do końca dni swoich. Los wynosił go na szczyty niedostępne zwykłym śmiertelnikom, na szczyty Golgoty. Nie uchylił się jednak przed cierniową koroną przeznaczenia. Wszak już umierał dla siebie, aby żyć dla ojczyzny i ludzkości. Przeznaczenie formowało z niego nieśmiertelny płomień, by narodowi rozświecał ciemne i straszne drogi niedoli.
— „Ani z soli, ani z roli, ale z tego, co mnie boli wyrosłem” — przyszły do pamięci słowa Czarnieckiego. Treścią były najgłębszą i jego istności. Wszak z bólu wzięła się jego moc. Męką karmiła się jego dusza przez wszystkie lata żywota. Przemoc, tyrania, niesprawiedliwość — oto wiecznie krwawiące rany jego serca. Oto generalni wrogowie. I niedość będzie wypędzić nieprzyjacioły, niedość uwolnić Polskę od hańbiącego jarzma i uratować dobytek wieków — trzeba jeszcze podźwignąć rodaków do słońca cnoty i prawdy.
Bo służyć Polsce, to służyć powszechnemu szczęściu, to pomnażać i utrwalać sprawiedliwość, to służyć ludzkości. Zagłębiał się w górne rozważania.
Wybiła druga godzina. Ostatnia świeca w pająku dogasała i w jej konającym blasku dojrzał po raz ostatni skrzydlatego rycerza. Zdał się unosić w powietrzu, furyą bojową porwany. Jakby słyszeć się dawały poszumy jego skrzydeł, szczęk zbroi, tętenty rumaka i ogromny, niebosiężny krzyk. A tak wyraźnie, aż mu się to widziało całe niezwyczajnem.
— Obraz to polskiej duszy doskonały — szepnął w zadumie i z tem dziwnem wrażeniem rzucił się na kanapę, żeby nieco rozprostować kości. Spać mu się zgoła nie chciało. Ale przemogły go trudy i zmęczone myśli i czucia osunęły się bezsilnie w ramiona zapomnień. Zasnął głęboko pod strażą milczenia. Skrzydlaty rycerz czuwał nad nim. Strażowały dostojne męże, spozierające z konterfektów tkliwemi oczami. Wartę trzymał Zaręba.
Godziny przechodziły niby wędrowce, niewiadoma dokąd śpieszące. Biły, jak ślepe ciosy przeznaczeń, a każda przynosiła jakąś wieść tajoną o jutrze, a każda, niby harfa rozdrgana czuciami całej Polski, a każda błogosławiła go na dzień jutrzejszy. Na wielki czyn zmartwychpowstania.
Wiatr uderzył w okna, szyby rozbieliły się świtaniem, budził się przemglony dzień; na mieście, pomimo wczesnej pory, podniosły się gwary i ruch zgoła niezwyczajny: dudniały przetaczane harmaty, grały trąbki, dawał się słyszeć akuratny tupot maszerujących wojsk, niekiedy przelatywały konne oddziały, nawet sygnaturki kościołów rozświergotały się dzisiaj wcześniej.
Równo też z uderzeniem szóstej Kościuszko zerwał się na nogi.
Fiszer, oczekujący już z raportami w małej stancyi, aż oniemiał na jego widok, tak mu się wydal przemienionym. Kamienna szarość powlokła mu twarz, brwi spinały się groźnie niby lwie, oczy patrzyły jako niezgłębione otchłanie, wyraz znaczył się w twarzy surową powagą i namaszczeniem. A wszystka postać pokazowała jakoby obraz Mojżesza po rozmowie z Panem. Zdawał się, jako i tamten, powracać na świat z tablicami Nowego Zakonu. Bił od niego majestat i potęga prawego Wodza Narodu.
Fiszer, z przyrodzenia wesoły i krotochwilny, a jako adjutant, socyusz i przyjaciel, przypuszczony do wszystkich sekretów, w tej jednak chwili stracił zupełnie kontenans, nie wiedząc, co z sobą począć. Dał spokój raportowaniom i, nie śmiejąc przerywać milczenia, jął niby porządkować kancelaryę, lecz wszystko leciało mu z rąk i serce tłukło się coraz niespokojniej.
Dopiero, kiedy Kościuszko zwrócił na niego oczy, sprężył się, ponawiając raporty.
— Na potem sprawy. Pójdziemy na mszę do Kapucynów. Gwardyan czeka — przerwał mu i, przypasawszy szablę, okrył się płaszczem i ruszył naprzód.
W ulicach leżał jeszcze mrok i tłukły się rzadkie, wilgotne mgły. Gdzieś zrzadka człapały po błocie niedojrzane postacie żołnierzy i w różnych stronach miasta głucho warczały bębny.
— Obsadzają bramy. Rozprowadza wojsko kapitan Wasilewski.
Kościuszko, nie odpowiadając, wyprzedził go nieco i do klasztornej furty zakołatał. Otwarła się przed nimi posępna ulica korytarza. Weszli bocznemi drzwiami do kościoła, w głębokie mroki ledwie zmącone świtaniem, lejącym się przez wązkie witraże. W pustych i mrocznych nawach leżała taka cichość, że kroki rozlegały się łomotem grzmotów. Ogarnęło ich powietrze, przesycone zapachami kadzideł, wosku i pleśni.
Właśnie, gdy wchodzili, zapalano świece na wielkim ołtarzu i posunął się na przywitanie Wodzicki w asyście J. Ślaskiego, Linowskiego, Dębowskiego i generała ziemiańskiego G. Taszyckiego. Przywitali się w milczeniu, bowiem gwardyan już wychodził ze mszą, że tylko Linowski zdążył szepnąć:
— Ksiądz Dmochowski eksplikuje się z nieobecności słabością.
Kościuszko, przyklęknąwszy na środku przed ołtarzem, wsparł czoło na głowni szabli i znieruchomiał w jakichś kontemplacyach.
Msza była cicha i tylko niekiedy rozbrzmiewał starczy głos księdza lub dzwonki wybuchały brzękliwie. Gwardyan, biały jak gołąb, z brodą siwą i długą, wyschnięty na szczapę, dawał postać świętego ze starych obrazów. Odprawiał nabożeństwo na intencyę insurekcyi ze szczególną żarliwością. Zaś ilekroć odwracał się od ołtarza, jego przełzawione oczy spływały na głowę Kościuszki warem niemych, serdecznych błogosławieństw.
I wszyscy zdawali się modlić również gorąco, zarówno jakobin Taszycki, jak i człowiek starego autoramentu Wodzicki, jednako w tym momencie błagali Opatrzności o pomyślność sprawy. Wszak nie o partykularne sukcesy prosili Pana Zastępów, a o zmiłowanie nad Ojczyzną, choćby kupione własnemi ranami lub śmiercią. I snadź całe dusze zawierali w modłach serdecznych, bowiem rozogniały się im twarze, trzęsły wargi spieczone, a w oczach świeciły łzy. Na ofertoryum, starym zwyczajem, wyrwał szablę z pochwy Kościuszko, a potem złożył ją na stopniach ołtarza. Wraz też zamigotały błyskawice i wszyscy rzucili obnażone żelaza i poklękali pokornie. Gwardyan przystąpił do ceremonii poświęcenia, lecz kiedy, odmówiwszy modlitwy, zaczął kropić wodą święconą złożone szable, ręce mu się zatrzęsły, zbrakło sił, że leciwie powstrzymując łkania, zaszeptał z niezwyczajnym żarem:
— Za znieważony majestat Rzeczpospolitej! Za wolność! Za niepodległość! Za...
Reszta słów uwięzła w gardle i, wsparłszy się na ołtarzu, rzewnie zapłakał. Zaś te męże hartowne w ogniach bitew, te męże azardom śmierci nieulękle zazierające w oczy, te męże wybrane z pośród tysięcy, zaszlochały długo tajonym, ciężkim płaczem. Ważyli się na święte dzieło podźwignięcia Ojczyzny, więc wszystkie troski, wszystkie obawy i nadzieje sparły im serca w tej chwili ostatniej takiem udręczeniem, że łzy wytryskiwały z samego dna wzburzenia i denerwacyi.
Gwardyan, opanowawszy nieco rychlej roztkliwienie, podał im patynę do ucałowania i, pobłogosławiwszy każdego z osobna, dokończył mszy.
Wyszli z kościoła dziwnie ukrzepieni na siłach i zdeterminowani.
Dzień się był zapowiadał pogodny, mgły zwolna opadały, odsłaniając spiętrzone wieże i dachy Krakowa. Było już po siódmej, miasto wylegało na ulice. W głównym Rynku rozgłaszały się łoskoty bębnów, kroki tysięcy i niemałe gwary. Ratuszowy dzwon nieustającem dzwonieniem zwoływał obywatelów.
— Mamy jeszcze sporo czasu! — zauważył Kościuszko i, pozostawiwszy towarzyszów w bramie pałacu Wodzickich, oddalił się z Fiszerem na swoją kwaterę.
Tymczasem w sali pałacu na pierwszem piętrze, widnej, ogromnej i za dnia jeszcze wspanialej się pokazującej, zbierali się ci wszyscy, którzy mieli asystować przy ogłoszeniu aktu powstania. Pierwsze miejsce, jako gospodarz i wiekiem najstarszy, brał generał Wodzicki. Potem szli: Kapostas, ks. Dmochowski, kasztelan Dębowski, hr. Moszyński ze Zbylitowskiej Woli, szambelan Linowski, T. Czacki, G. Taszycki, dwaj Ślascy: Andrzej i Jan, obaj wielcy patryoci, formujący oddziały kosynierów z niemałym uszczerbkiem własnych fortun, oraz paru oficyerów. Liberya roznosiła kawę i jej rzeźwiący zapach przepełniał komnatę. Tak jednak byli rozanimowani, że mało kto wyciągał rękę po filiżankę.
Godzina, wyznaczona na ceremonię, zbliżała się zwolna lecz nieubłaganie, przejmując wszystkich coraz większem zdenerwowaniem. Głosy wybuchały nieoczekiwanie i niewiadomo dlaczego zalegały niepokojące, długie milczenia. Spojrzenia szarpały się, jak pobłąkani ptakowie. Ktoś promenował się nieustannie, przeraźliwie skrzypiąc butami. Byli, którzy wciąż wyglądali oknami. Żadna rozmowa się nie wiązała, urywano w pół zdania i rozchodzono się bez widocznych powodów. Dygotały udręczone serca, zrywały się ciężkie westchnienia i przyśpieszone oddechy. Ktoś gorzko użalał się na własny pektoralik za fałszywie pokazywane godziny. Ktoś znowu natarczywie indagował Kapostasa o Warszawę, pomimo iż nie dostał ani słowa responsu, gdyż bankier, wciśnięty w głęboki fotel, przyglądał się z natężoną uwagą skrzydlatemu usarzowi. Linowski, z papierami pod pachą, nieustannie kogoś zagadywał i, obdzielając wzamian cichemi uwagami, kręcił się niespokojnie po sali. Czacki po sto razy zbliżał się do półek z książkami, wyciągał po nie łakomie ręce i, nawet nie tknąwszy, odchodził śpiesznie przyglądać się konterfektom. Tylko generał Wodzicki pozostawał zimny i spokojnie baczący na wszelkie okoliczności. Co chwila bowiem odbierał od ordynansów jakieś ciche doniesienia z miasta, i co chwila również rozsyłał rozkazy przez Biegańskiego i drugich oficyerów, że prawie nie zamykały się drzwi od kordegardy. On zaś przybrany, jak na taką chwilę przystało, w paradny mundur, przepasany orderową wstęgą, w białej peruce, wysoki, chudy, z poradloną twarzą żołnierza, któremu życie zbiegło w posługach Rzeczpospolitej, siedział pod jednem z okien, zapamiętale kurząc lulkę i ledwie dojrzany w obłokach dymów.
Czas wlókł się tak niemiłosiernie wolno, że już ogarniało wszystkich wzburzenie z denerwacyi wyczekiwań. Więc gdy się ukazał pomiędzy nimi Kościuszko, w sali uczyniło się jakby jaśniej i weselej. Porwali się witać jakby dawno niewidzianego. Wszystkie oczy wpiły się w niego z natarczywością. Zarzucono go pytaniami, a otoczywszy, nie pozwalano prawie ruszyć się z miejsca.
W obejściu dworny i prosty zarazem, foremnej postaci, z włosem nieco zwichrzonym, z czołem jasnem i otwartem, piękny wyrazem dobroci, o spojrzeniu wyniosłem i jakby zadumanem, ujmujący słodyczą uśmiechu i szlachetnością, dawał ze siebie obraz człowieka, w którym nie mogła postać nikczemność, fałsz i egoizm. Promieniował niby słońce — ogrzewał i rozjaśniał. Może byli w narodzie więksi od niego wodzowie i statyści, ale nie było większego serca, większego umiłowania Ojczyzny i większej cnoty poświęceń. Przeto górował, jako orzeł w locie podniebnym nieprześcigły.
Spoglądano w niego z uwielbieniem. Rozjaśniły się najchmurniej zasępione oblicza i spokój wracał do serc. Ożywili się, jakby im nagle do żył zwątlałych napuszczono świeżej i bujnej krwi.
Kościuszko, pomówiwszy prawie z każdym, zabrał się do picia kawy, gdy kapitan Wasilewski wpadł do sali, meldując zadyszanym głosem:
— Imć Lichocki z rajcami miejskimi. Mają sobie za dyshonor powolność rozkazom p. Generała! — dodał nie bez ukrytej intencji.
Jakoż wszedł F. Lichocki, prezydent Krakowa, w asyście imć pp. Czałczyńskiego, wice-prezydenta T. Krzyżanowskiego, syndyka i J. Wytyżkiewicza, zarządce. Wchodzili odęci i rozsrożeni, dając poznać minami, jako ulegają jeno przymuszeniu. Szczególniej Lichocki, nad miarę ambitny i zadufany w swojem dostojeństwie, pokazywał lekceważenie dla zgromadzonych, uważając ich za uzurpatorów i natrętów.
Wodzicki powstał na niego z gniewem:
— To ty, niegodziwcze, jesteś prezydentem Krakowa?
— Ja nim jestem — odparł, czerwieniąc się, srodze dotknięty traktamentem i rozumiejąc, że to nic dobrego nie wróży.
— Wiedziałeś, że Łykoszyn będzie uciekał z miasta, i znać mi o tem nie dałeś!
— Nie wiedziałem — wystawił się mężnie — a że tam krupne baby na trecie mełły ozorami o spodziewanem wyjściu Moskali, nie sądziłem powinnością moją takowe bajki generałowi donosić...
— Nie rzucaj mi kilimkiem w oczy, niegodziwy arystokrato!
— Nigdy nie miałem dyspozycyi do łgarstwa — zaperzył się. — Opowiem z rzetelnością, jak było. Owo wczoraj rano o piątej godzinie, kiedym jeszcze spał, dobił się do mnie sierżant moskiewski i powiada: „Jest rozkaz od JW. Łykoszyna, komendanta, byś panie prezydent zaraz do niego przyszedł, bo będziemy wychodzili z miasta. Kazałem przywołać Zajdlera, prowentowego, i poszliśmy. Kiedym dochodził do jego kwatery, właśnie z bramy wyjeżdżała w kolasce Łykoszynowa, a szwadron jazdy i kozacy stali gotowi pod kamienicą. Na kwaterze, już w pustych pokojach, zastałem Łykoszyna. Oddał mi książki pożyczone od p. Heppena, klucze od wypróżnionych magazynów i powiada:
— Bądź zdrów, prezydencie, a daleko do Pińczowa? Czy zdążę tam na południe?
Poczem wypadł z domu, siadł na konia i na czele jazdy wyjechał z Krakowa przez bramę Sławkowską. Prawdziwość mojej relacyi mogą poświadczyć wszyscy. Ani słowa nie ująłem, ni też dodałem.
General Wodzicki, mimo takich eksplikacyi powsiadłszy na niego, zekpał od ostatnich, a Kościuszko, chcąc nieco złagodzić sytuacyę, przytrzymał Lisickiego za pas i powiedział:
— Mój panie prezydencie, nie wchodzę ja w to, jakim byłeś względem Moskali, ale spodziewam się, że i dla mnie będziesz grzecznym. Cóż, rozkazałeś swoim pachołkom zwoływać lud pod Ratusz?
Rumor wchodzących zgłuszył dalszą rozmowę, weszło bowiem kilku oficyerów, a pomiędzy nimi Fiszer z Zarębą.
Naraz bębny zagrały i zadudniała ziemia pod ciężkimi krokami.
— Batalion Czapskiego, bierze dyrekcyę na Rynek, i my zaraz ruszymy — objaśniał cicho Fiszer.
— Ja się wysunę naprzód. Mój moderunek tak w drodze ucierpiał, że wstyd mi ściągać na siebie oczy. Wolę się zaszyć między pospólstwo. Radbym się też dowiedział o duchu Krakowa, co mi snadniej dopiąć w pojedynkę — odpowiedział Zaręba i, upatrzywszy sposobną porę, wydostał się z pałacu.
Ogarnęło go prawie wiosenne powietrze. Nad miastem wisiały postrzępione mgły, przez które tu i owdzie przecierały się błękitne płaty nieba, zwały białych chmur, a chwilami słońce blacie niby opłatek. Dzień podnosił się pogodny. Od pól pociągał wilgotny chłód, przejęty surowym oddechem ziemi, a chociaż po ogrodach i głębokich fosach leżały jeszcze kupy śczerniałych śniegów, już pierwsza wiosna pachniała w dziwnie słodkiem powietrzu. Ptaki świergotały po nagich drzewach i blankach murów, a coś niepojęcie radosnego dźwięczało w głosach i zdawało się rozpierać wszystkie serca. Snadź i te wiośniane podmuchy robiły swoje, bo Kraków przybierał zgoła niezwyczajny wygląd, gdyż tłumy, świątecznie wystrojone, rozanimowane, burzliwe i wesołe, wylegały ze wszystkich domów. Każda z ulic stawała się bełkotliwym, szumiącym strumieniem, którym mrowia ludzkie spływały w główny Rynek, jakoby w morze rozburzone, sfalowane i tysiącami głosów bijące. A nad tem zlewiskiem, ujętem w cembrowiny prawiecznych kamienic przedziwnej struktury, wieże Marjackie strzelały w błękity, wynosiły się spiętrzone dachy i atyki, misterne zręby Sukiennic, strażowała potężna wieża Ratusza i, jakoby w czas przypływu mewy, tak kołowały nad głowami stada białych gołębi. Prospectus był bardzo cudny i do zastanowienia zmuszający.
Martwe zazwyczaj miasto budziło się z długiego letargu i na głos powinności Ojczyźnie stawało do apelu. Bowiem wielkie polskie święto miało się obchodzić na tym prastarym Rynku, wpośród tych murów odwiecznych, które widziały Łokietków, widziały Kazimierzów, widziały Jagiellonów, widziały Batorych i Sobieskich. Gdzie przez długie wieki srebrne surmy rozgłaszały chwałę zwycięstw! Gdzie odprawowały się hołdy pruskie i moskiewskie. Gdzie koronacyjne pochody, tryumfalne wjazdy, przewagi głośne na świat cały, zasługi bohatyrów i wielkość Rzeczpospolitej świeciły nieśmiertelnymi blaski. Gdzie snuły się nieprzeliczone pokolenia, gdzie przepływały czasy świetności zarówno jak i klęsk, gdzie każdy kamień przemawiał głosem przeszłości, gdzie każdy wiek stał zaklęty w kształt godny siebie. W tem przenajświętszem sanktuaryum Polski, pod Wawelskiem wzgórzem, stojącem na straży „narodowego pamiątek kościoła“, miał znowu zahuczeć dzwon, Zygmuntowski na zmartwychwstanie. Wśród tych murów, niby w arce przymierza między dawnemi a nowemi laty, miała się rozgłosić Ewangelia nowego żywota narodu. Więc też z pod łachmanów nędznego bytowania zaczynała przezierać królewska purpura odwiecznej stolicy. Dumny majestat przeszłej wielkości zdawał się mieć swój tron w każdym, choćby najlichszym pachołku. Snadź czucie tego było powszechnem, gdyż kto jeno żył śpieszył na rynek i, dając duszę wzniosłym uniesieniom, prostował się w słusznej pysze i toczył zadzierzysto oczyma. A tłumy narastały z minuty na minutę, że gwary były już jednym ogromnym szumem, z którego tu i owdzie wydzierały się strzeliste okrzyki nawoływań, dźwięki jakowychś trąb, to nawet piosenki, niewiadomo przez kogo rzucane. Że zaś ruch kołowy był powstrzymany, tem głośniej słyszały się wrzawy, tupoty kroków i tysiączne pogłosy i dzwony.
Jakoś po dziewiątej, gdy Maryacki hejnał prześpiewał, cechy krakowskie zaczęły ściągać na Rynek. Szły w ordynku, ze sztandarami na przedzie i odznakami, a przy odgłosie trąb i wtórze dzwonów ustawiały się pod Ratuszem. Nieco z boku wzięła miejsce deputacya żydowska: siwe brody, kunie kołpaki, atlasowe chałaty i białe pończochy znacznie ją wyróżniały.
Ciżby tak gęstniały, że między Sukiennicami, Ratuszem a połacią domów przeciwną nie sposób się było przecisnąć. Niekiedy tłumy kolebały się gwałtownie i parły ku ulicy Św. Anny, skąd miał się ukazać Kościuszko.
Powstawały z tej przyczyny niemałe sprzeczki, zamęty i warchoły, zwłaszcza iż akademicy łącznie z młodzieżą kupiecką i rzemieślniczą poczynali sobie coraz bujniej. Na każdym kroku widziało się ich poprzepasywanych czerwonymi bandoletami, na których: „Śmierć lub zwycięstwo!”, „Równość i wolność!”, „Wiwat Kościuszko!”, „Jedność i niepodległość!”, „Za prawa i Ojczyznę!” i wiele rozmaitych zdań wyrażone były białemi literami. Byli, którzy jeno czarne sylwetki Kościuszki pokazywali przypięte na kapeluszach lub piersiach. Wszędy zaś spotykało się ludzi uzbrojonych. Kto przy szabli, nieraz odwiecznego kształtu, kto ze strzelbą na ramieniu, kto z całym arsenałem nożów i pistoletów za pasem, kto nawet z halabardą lub kosą na sztorc obsadzoną. Nie brakowało wideł i prostych, okutych drągów, co przy zadzierzystych minach, kawalerskich fantazjach, pobudzonych animuszach i zawziętości przeciw nieprzyjaciołom ojczyzny niemało przyczyniało się do ustawicznych tumultów i groźnych zajść. Nierzadko też, na widok person pomawianych o przyjaźń dla Łykoszyna lub o wyznawanie targowickich principiów, wszczynały się zapamiętałe wrzaski:
— Na szubienicę zdrajców! Rozsiekać! Bigosować! Dawać ich tutaj!
I wraz z gradem złorzeczeń setki rąk chciwie się darło ku jaśnie wielmożnym gardzielom. Szczęściem stłumiono te ekscesy w samym zarodku. A przytem uwagę powszechności ujarzmiała coraz gorętsza chęć zobaczenia Kościuszki. Jakoż nadeszła ta chwila, gdyż przed samą dziesiątą zagrały bębny.
— Idzie! Kościuszko! Cicho, mospanowie! Cicho! — zawrzały przeciwne głosy. Tłum nagle przycichnął, zwarł się w jednym dreszczu, serca załomotały, a oczy wszystkich poniosły się w jedną stronę.
Bębny warkotały coraz bliżej, potem trąby wrzasnęły niebosiężnymi głosy. Huknęła sfornie kapela wojskowa i z ulicy św. Anny wypłynęła wielka chorągiew i, niby amarantowy obłok, powiała nad głowami. Biały orzeł, rozwijając władcze skrzydła, unosił się coraz wyżej. Niezmierny krzyk wstrząsnął powietrzem i, ustokrotniony odbiciem o mury, bił pod niebo niemilknącemi długo echami. Zadygotała ziemia pod ciężkimi, mierzonymi krokami żołnierzy.
— Miejsca! Na strony! Na strony! — padły rozkazy i w mgnieniu oka uczyniła się przed wojskiem szeroka, pusta ulica. Błysnął gęsty las bagnetów, zażółciły się rabaty, rozbłysły mosiężne blachy u kapeluszy. Batalion regimentu Czapskiego, w bojowym moderunku, zwarty na mur, rypał krokiem mocnym i uroczystym. Na czele, pod chorągwią, postępował Kościuszko w asyście oficyerów i cywilnych. Kiedy znaleźli się naprost wylotu Szewskiej, batalion rozłamał się na cztery części i, utworzywszy wielki czworobok, stanął z bronią u nogi. Wtedy wszystkim oczom odsłoniła się postać Kościuszki.
Stał w pośrodku wojsk i ludu, wyniosły, surowy, wielki, jakoby posąg wszystkiej Polski, zjawiony tęskniącym oczom w tej cudów godzinie.
Właśnie słońce wybłysło z poza chmur, otaczając go złocistą gloryą majestatu, że z piersi tysięcy wybuchnęły grzmiące okrzyki. Jakoby szał ogarnął ciżby, wrzeszczano ze wszystkiej mocy, machano rękami, a z okien i balkonów, z galeryi Sukiennic i Ratusza powiewano chustami, rzucano kwiaty, płakano.
Lecz kiedy bębny nakazały spokój, zaległa taka cisza, że słychać było trzepotanie chorągwi i wystraszony lot uciekających gołębi.
Wystąpił naprzód Linowski, a rozwinąwszy wielki papier, rozpoczął odczytywać akt powstania obywatelów i mieszkańców województwa krakowskiego.
Czytał głosem wyraźnym, równym i niezmiernie doniosłym:
„Wiadomy jest światu stan teraźniejszy nieszczęśliwej Polski. Niegodziwość dwóch sąsiedzkich mocarstw i zbrodnie zdrajców ojczyzny pogrążyły ją w tę przepaść”.
Słuchano z zapartym tchem i nadzwyczajną uwagą.
....„niemasz rodzaju fałszu, obłudy i podstępu, któremiby się te dwa rządy nie splamiły dla dogodzenia zemście i chciwości”.
Pomruk wzbierającej burzy zaszemrał w ciżbach.
Linowski czytał coraz dobitniej, głos jego bił śpiżowymi dźwiękami gniewów, gdy jął oskarżać aliantów o zbrodnie spełniane nad wolnym narodem. Zdrady wypominał nikczemne, wiarołomstwa, deptanie najświętszych praw wolności, a nawet i czucia tyranię, rozszarpywanie ojczyzny, pogwałcenie traktatów. Całą litanię podłości, barbarzyństwa, gwałtów i zbrodni. Cały ogrom nieszczęść i upadku, w jaki pogrążyli Rzeczypospolitą. Głos jego urastał do potęgi gromów, druzgotał okropnością przedstawianych krzywd i wstydem hańby przepalał. Otwierały się nieprzyschnięte rany i wszystkie krzywdy stawały w pamięci. Gniew wzburzył serca, poniżona duma i majestat człowieka i obywatela zawyły w sercach krwawą żądzą odwetów i zemsty!
A Linowski, jakoby przed sądem narodów i odwiecznej sprawiedliwości, wołał głosem ogromnym, głosem wszystkiej ciemiężonej Polski:
„Mając więc niezłomne przedsięwzięcie zginąć i zagrzebać się w ruinach własnego kraju, albo oswobodzić ojczystą ziemię od drapieżnej przemocy i haniebnego jarzma, oświadczam w obliczu Boga, w obliczu całego rodzaju ludzkiego, iż używając niezaprzeczonego prawa odporu przeciwko tyranii i zbrojnej przemocy, wszyscy w duchu rodackim, obywatelskim i braterskim łączymy w jedno siły nasze i zaręczamy sobie nawzajem nie oszczędzać wszelkich ofiar i sposobów, jakich tylko święta miłość wolności dostarczyć zdoła ludziom, powstającym w rozpaczy na jej obronę. Uwolnienie Polski od obcego żołnierza, przywrócenie i zabezpieczenie całości jej granic, wytępienie wszelkiej przemocy i uzurpacyi, ugruntowanie wolności narodowej i niepodległości Rzeczypospolitej — ten jest cel święty powstania naszego“.
Przerwał, by złapać powietrza; ni jeden szmer nie zmącił modlitewnej cichości, jeno oczy paliły się ogniami powstrzymywanych uniesień i twarze dawały obraz najgłębszej uwagi, czułości i skupienia.
Przeczytał jeszcze zarys urządzeń, jakie muszą powstać, żeby insurekcya w skutkach pomyślnych zawiedziona nie była, i przeszedł do szczegółów:
„Za powszechną więc nas wszystkich wolą stanowimy, co następuje:
„Primo: obieramy i uznajemy niniejszym aktem naszym Tadeusza Kościuszkę za najwyższego i jedynego Naczelnika i rządcę całego zbrojnego powstania naszego...“
Nagle jakoby orkan się zwalił i wybuchnął wszystkiemi potęgami żywiołów:
— Niech żyje Kościuszko! Wiwat! Niech żyje Naczelnik! Niech żyje!
Uczynił się nieopisany zamęt, ledwie kordony żołnierzów odparły napór uderzających ciżb. Wzdymali się niby morze do dna rozburzone i rozszalałemi falami bijące. Wszystkie głosy, wszystkie spojrzenia i wszystkie czucia, pijane uniesieniem radości, leciały pod stopy Naczelnika. Burza okrzyków, tysiączne wołania, gdzie już płacze radości, gdzie jeno ręce wzniesione, gdzie twarze zalane łzami zachwyceń, gdzie rozwiedzione ramiona, gdzie oczy obłąkane w szczęściu nadludzkiem — dawały słaby jeno obraz tego, co się działo w sercach i umysłach.
Nikt już nie słuchał dalszego czytania Linowskiego. Zbędne już im były słowa i zgoła niepotrzebne wtedy, kiedy stał wśród nich On, Wódz! Naczelnik Narodu! Władca wszystkich dusz! Prawdziwy król powszechności. On wydźwignie Rzeczpospolitą! On zaprowadzi sprawiedliwość! Prawdziwą wolność ugruntuje! Ufna radość przepełniła serca i głosiła się dokoła, łączyła pobratane dłonie i wśród płaczów roztkliwienia rzucała ludzi sobie w objęcia przyjaźni.
Trwało to pewien czas, aż znowu twardy warkot bębnów nakazał milczenie.
Naczelnik wystąpił na środek czworoboku, wyrwana z pochwy szabla zamigotała w słońcu, podniósł ją w górę i z oczyma wzniesionemi, podobien do archanioła wzniosłością oblicza, przysięgał narodowi:
— „Ja, Tadeusz Kościuszko, przysięgam w obliczu Boga całemu narodowi Polskiemu, iż powierzonej mi władzy na niczyj prywatny ucisk nie użyję, lecz jedynie jej dla obrony całości granic, odzyskania samowładności narodu i ugruntowania powszechnej wolności używać będę. Tak mi Panie Boże dopomóż i niewinna męko Syna Jego...”
Przestał, tocząc dokoła wniebowziętemi oczyma.
Pochyliły się przed nim sztandary, wojsko sprezentowało broń, kapele uderzyły tryumfalną fanfarą, zadzwoniły we wszystkich kościołach dzwony, ze wszystkich piersi wyrwał się krzyk niezmierny i Zygmuntowski dzwon zahuczał, aż zadygotały mury: bił zwolna, głosząc uroczyście dalekim ziemiom i miastom, i morzom i górom, i ludom, całemu światu i wszystkiej Polsce zmartwychpowstania godzinę.


Naczelnik, otoczony ciżbami, ruszył na Ratusz podpisywać akt powstania.



Zobacz też[edytuj]


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.