Strona:Władysław Stanisław Reymont - „Przysięga Kościuszki”.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
6
Przysięga Kościuszki.

przez wszystkie lata żywota. Przemoc, tyrania, niesprawiedliwość — oto wiecznie krwawiące rany jego serca. Oto generalni wrogowie. I niedość będzie wypędzić nieprzyjacioły, niedość uwolnić Polskę od hańbiącego jarzma i uratować dobytek wieków — trzeba jeszcze podźwignąć rodaków do słońca cnoty i prawdy.
Bo służyć Polsce, to służyć powszechnemu szczęściu, to pomnażać i utrwalać sprawiedliwość, to służyć ludzkości. Zagłębiał się w górne rozważania.
Wybiła druga godzina. Ostatnia świeca w pająku dogasała i w jej konającym blasku dojrzał po raz ostatni skrzydlatego rycerza. Zdał się unosić w powietrzu, furyą bojową porwany. Jakby słyszeć się dawały poszumy jego skrzydeł, szczęk zbroi, tętenty rumaka i ogromny, niebosiężny krzyk. A tak wyraźnie, aż mu się to widziało całe niezwyczajnem.
— Obraz to polskiej duszy doskonały — szepnął w zadumie i z tem dziwnem wrażeniem rzucił się na kanapę, żeby nieco rozprostować kości. Spać mu się zgoła nie chciało. Ale przemogły go trudy i zmęczone myśli i czucia osunęły się bezsilnie w ramiona zapomnień. Zasnął głęboko pod strażą milczenia. Skrzydlaty rycerz czuwał nad nim. Strażowały dostojne męże, spozierające z konterfektów tkliwemi oczami. Wartę trzymał Zaręba.
Godziny przechodziły niby wędrowce, niewiadoma dokąd śpieszące. Biły, jak ślepe ciosy przeznaczeń, a każda przynosiła jakąś wieść tajoną o jutrze, a każda, niby harfa rozdrgana czuciami całej Polski, a każda błogosławiła go na dzień jutrzejszy. Na wielki czyn zmartwychpowstania.
Wiatr uderzył w okna, szyby rozbieliły się świtaniem, budził się przemglony dzień; na mieście, pomimo wczesnej pory, podniosły się gwary i ruch zgoła niezwyczajny: dudniały przetaczane harmaty, grały trąbki, dawał się słyszeć akuratny tupot maszerujących wojsk, niekiedy przelatywały konne oddziały, nawet sygnaturki kościołów rozświergotały się dzisiaj wcześniej.
Równo też z uderzeniem szóstej Kościuszko zerwał się na nogi.
Fiszer, oczekujący już z raportami w małej stancyi, aż oniemiał na jego widok, tak mu się wydal przemienionym. Kamienna szarość powlokła mu twarz, brwi spinały się groźnie niby lwie, oczy patrzyły jako niezgłębione otchłanie, wyraz znaczył się w twarzy surową powagą i namaszczeniem. A wszystka postać pokazowała jakoby obraz Mojżesza po rozmowie z Panem. Zdawał się, jako i tamten, powracać na świat z tablicami Nowego Zakonu. Bił od niego majestat i potęga prawego Wodza Narodu.
Fiszer, z przyrodzenia wesoły i krotochwilny, a jako adjutant, socyusz i przyjaciel, przypuszczony do wszystkich sekretów, w tej jednak chwili stracił zupełnie kontenans, nie wiedząc, co z sobą począć. Dał spokój raportowaniom i, nie śmiejąc przerywać milczenia, jął niby porządkować kancelaryę, lecz wszystko leciało mu z rąk i serce tłukło się coraz niespokojniej.
Dopiero, kiedy Kościuszko zwrócił na niego oczy, sprężył się, ponawiając raporty.
— Na potem sprawy. Pójdziemy na mszę do Kapucynów. Gwardyan czeka — przerwał mu i, przypasawszy szablę, okrył się płaszczem i ruszył naprzód.
W ulicach leżał jeszcze mrok i tłukły się rzadkie, wilgotne mgły. Gdzieś zrzadka człapały po błocie niedojrzane postacie żołnierzy i w różnych stronach miasta głucho warczały bębny.
— Obsadzają bramy. Rozprowadza wojsko kapitan Wasilewski.
Kościuszko, nie odpowiadając, wyprzedził go nieco i do klasztornej furty zakołatał. Otwarła się przed nimi posępna ulica korytarza. Weszli bocznemi drzwiami do kościoła, w głębokie mroki ledwie zmącone świtaniem, lejącym się przez wązkie witraże. W pustych i mrocznych nawach leżała taka cichość, że kroki rozlegały się łomotem grzmotów. Ogarnęło ich powietrze, przesycone zapachami kadzideł, wosku i pleśni.
Właśnie, gdy wchodzili, zapalano świece na wielkim ołtarzu i posunął się na przywi-