Strona:Władysław Stanisław Reymont - „Przysięga Kościuszki”.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
10
Przysięga Kościuszki.

widziały Batorych i Sobieskich. Gdzie przez długie wieki srebrne surmy rozgłaszały chwałę zwycięstw! Gdzie odprawowały się hołdy pruskie i moskiewskie. Gdzie koronacyjne pochody, tryumfalne wjazdy, przewagi głośne na świat cały, zasługi bohatyrów i wielkość Rzeczpospolitej świeciły nieśmiertelnymi blaski. Gdzie snuły się nieprzeliczone pokolenia, gdzie przepływały czasy świetności zarówno jak i klęsk, gdzie każdy kamień przemawiał głosem przeszłości, gdzie każdy wiek stał zaklęty w kształt godny siebie. W tem przenajświętszem sanktuaryum Polski, pod Wawelskiem wzgórzem, stojącem na straży „narodowego pamiątek kościoła“, miał znowu zahuczeć dzwon, Zygmuntowski na zmartwychwstanie. Wśród tych murów, niby w arce przymierza między dawnemi a nowemi laty, miała się rozgłosić Ewangelia nowego żywota narodu. Więc też z pod łachmanów nędznego bytowania zaczynała przezierać królewska purpura odwiecznej stolicy. Dumny majestat przeszłej wielkości zdawał się mieć swój tron w każdym, choćby najlichszym pachołku. Snadź czucie tego było powszechnem, gdyż kto jeno żył śpieszył na rynek i, dając duszę wzniosłym uniesieniom, prostował się w słusznej pysze i toczył zadzierzysto oczyma. A tłumy narastały z minuty na minutę, że gwary były już jednym ogromnym szumem, z którego tu i owdzie wydzierały się strzeliste okrzyki nawoływań, dźwięki jakowychś trąb, to nawet piosenki, niewiadomo przez kogo rzucane. Że zaś ruch kołowy był powstrzymany, tem głośniej słyszały się wrzawy, tupoty kroków i tysiączne pogłosy i dzwony.
Jakoś po dziewiątej, gdy Maryacki hejnał prześpiewał, cechy krakowskie zaczęły ściągać na Rynek. Szły w ordynku, ze sztandarami na przedzie i odznakami, a przy odgłosie trąb i wtórze dzwonów ustawiały się pod Ratuszem. Nieco z boku wzięła miejsce deputacya żydowska: siwe brody, kunie kołpaki, atlasowe chałaty i białe pończochy znacznie ją wyróżniały.
Ciżby tak gęstniały, że między Sukiennicami, Ratuszem a połacią domów przeciwną nie sposób się było przecisnąć. Niekiedy tłumy kolebały się gwałtownie i parły ku ulicy Św. Anny, skąd miał się ukazać Kościuszko.
Powstawały z tej przyczyny niemałe sprzeczki, zamęty i warchoły, zwłaszcza iż akademicy łącznie z młodzieżą kupiecką i rzemieślniczą poczynali sobie coraz bujniej. Na każdym kroku widziało się ich poprzepasywanych czerwonymi bandoletami, na których: „Śmierć lub zwycięstwo!”, „Równość i wolność!”, „Wiwat Kościuszko!”, „Jedność i niepodległość!”, „Za prawa i Ojczyznę!” i wiele rozmaitych zdań wyrażone były białemi literami. Byli, którzy jeno czarne sylwetki Kościuszki pokazywali przypięte na kapeluszach lub piersiach. Wszędy zaś spotykało się ludzi uzbrojonych. Kto przy szabli, nieraz odwiecznego kształtu, kto ze strzelbą na ramieniu, kto z całym arsenałem nożów i pistoletów za pasem, kto nawet z halabardą lub kosą na sztorc obsadzoną. Nie brakowało wideł i prostych, okutych drągów, co przy zadzierzystych minach, kawalerskich fantazjach, pobudzonych animuszach i zawziętości przeciw nieprzyjaciołom ojczyzny niemało przyczyniało się do ustawicznych tumultów i groźnych zajść. Nierzadko też, na widok person pomawianych o przyjaźń dla Łykoszyna lub o wyznawanie targowickich principiów, wszczynały się zapamiętałe wrzaski:
— Na szubienicę zdrajców! Rozsiekać! Bigosować! Dawać ich tutaj!
I wraz z gradem złorzeczeń setki rąk chciwie się darło ku jaśnie wielmożnym gardzielom. Szczęściem stłumiono te ekscesy w samym zarodku. A przytem uwagę powszechności ujarzmiała coraz gorętsza chęć zobaczenia Kościuszki. Jakoż nadeszła ta chwila, gdyż przed samą dziesiątą zagrały bębny.
— Idzie! Kościuszko! Cicho, mospanowie! Cicho! — zawrzały przeciwne głosy. Tłum nagle przycichnął, zwarł się w jednym dreszczu, serca załomotały, a oczy wszystkich poniosły się w jedną stronę.