Strona:Władysław Stanisław Reymont - „Przysięga Kościuszki”.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
11
Przysięga Kościuszki.

Bębny warkotały coraz bliżej, potem trąby wrzasnęły niebosiężnymi głosy. Huknęła sfornie kapela wojskowa i z ulicy św. Anny wypłynęła wielka chorągiew i, niby amarantowy obłok, powiała nad głowami. Biały orzeł, rozwijając władcze skrzydła, unosił się coraz wyżej. Niezmierny krzyk wstrząsnął powietrzem i, ustokrotniony odbiciem o mury, bił pod niebo niemilknącemi długo echami. Zadygotała ziemia pod ciężkimi, mierzonymi krokami żołnierzy.
— Miejsca! Na strony! Na strony! — padły rozkazy i w mgnieniu oka uczyniła się przed wojskiem szeroka, pusta ulica. Błysnął gęsty las bagnetów, zażółciły się rabaty, rozbłysły mosiężne blachy u kapeluszy. Batalion regimentu Czapskiego, w bojowym moderunku, zwarty na mur, rypał krokiem mocnym i uroczystym. Na czele, pod chorągwią, postępował Kościuszko w asyście oficyerów i cywilnych. Kiedy znaleźli się naprost wylotu Szewskiej, batalion rozłamał się na cztery części i, utworzywszy wielki czworobok, stanął z bronią u nogi. Wtedy wszystkim oczom odsłoniła się postać Kościuszki.
Stał w pośrodku wojsk i ludu, wyniosły, surowy, wielki, jakoby posąg wszystkiej Polski, zjawiony tęskniącym oczom w tej cudów godzinie.
Właśnie słońce wybłysło z poza chmur, otaczając go złocistą gloryą majestatu, że z piersi tysięcy wybuchnęły grzmiące okrzyki. Jakoby szał ogarnął ciżby, wrzeszczano ze wszystkiej mocy, machano rękami, a z okien i balkonów, z galeryi Sukiennic i Ratusza powiewano chustami, rzucano kwiaty, płakano.
Lecz kiedy bębny nakazały spokój, zaległa taka cisza, że słychać było trzepotanie chorągwi i wystraszony lot uciekających gołębi.
Wystąpił naprzód Linowski, a rozwinąwszy wielki papier, rozpoczął odczytywać akt powstania obywatelów i mieszkańców województwa krakowskiego.
Czytał głosem wyraźnym, równym i niezmiernie doniosłym:
„Wiadomy jest światu stan teraźniejszy nieszczęśliwej Polski. Niegodziwość dwóch sąsiedzkich mocarstw i zbrodnie zdrajców ojczyzny pogrążyły ją w tę przepaść”.
Słuchano z zapartym tchem i nadzwyczajną uwagą.
....„niemasz rodzaju fałszu, obłudy i podstępu, któremiby się te dwa rządy nie splamiły dla dogodzenia zemście i chciwości”.
Pomruk wzbierającej burzy zaszemrał w ciżbach.
Linowski czytał coraz dobitniej, głos jego bił śpiżowymi dźwiękami gniewów, gdy jął oskarżać aliantów o zbrodnie spełniane nad wolnym narodem. Zdrady wypominał nikczemne, wiarołomstwa, deptanie najświętszych praw wolności, a nawet i czucia tyranię, rozszarpywanie ojczyzny, pogwałcenie traktatów. Całą litanię podłości, barbarzyństwa, gwałtów i zbrodni. Cały ogrom nieszczęść i upadku, w jaki pogrążyli Rzeczypospolitą. Głos jego urastał do potęgi gromów, druzgotał okropnością przedstawianych krzywd i wstydem hańby przepalał. Otwierały się nieprzyschnięte rany i wszystkie krzywdy stawały w pamięci. Gniew wzburzył serca, poniżona duma i majestat człowieka i obywatela zawyły w sercach krwawą żądzą odwetów i zemsty!
A Linowski, jakoby przed sądem narodów i odwiecznej sprawiedliwości, wołał głosem ogromnym, głosem wszystkiej ciemiężonej Polski:
„Mając więc niezłomne przedsięwzięcie zginąć i zagrzebać się w ruinach własnego kraju, albo oswobodzić ojczystą ziemię od drapieżnej przemocy i haniebnego jarzma, oświadczam w obliczu Boga, w obliczu całego rodzaju ludzkiego, iż używając niezaprzeczonego prawa odporu przeciwko tyranii i zbrojnej przemocy, wszyscy w duchu rodackim, obywatelskim i braterskim łączymy w jedno siły nasze i zaręczamy sobie nawzajem nie oszczędzać wszelkich ofiar i sposobów, jakich tylko święta miłość wolności dostarczyć zdoła ludziom, powstającym w rozpaczy na jej obronę. Uwolnienie Polski od obcego żołnierza, przywrócenie i zabezpiecze-