Strona:Władysław Stanisław Reymont - „Przysięga Kościuszki”.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
9
Przysięga Kościuszki.

nie sądziłem powinnością moją takowe bajki generałowi donosić...
— Nie rzucaj mi kilimkiem w oczy, niegodziwy arystokrato!
— Nigdy nie miałem dyspozycyi do łgarstwa — zaperzył się. — Opowiem z rzetelnością, jak było. Owo wczoraj rano o piątej godzinie, kiedym jeszcze spał, dobił się do mnie sierżant moskiewski i powiada: „Jest rozkaz od JW. Łykoszyna, komendanta, byś panie prezydent zaraz do niego przyszedł, bo będziemy wychodzili z miasta. Kazałem przywołać Zajdlera, prowentowego, i poszliśmy. Kiedym dochodził do jego kwatery, właśnie z bramy wyjeżdżała w kolasce Łykoszynowa, a szwadron jazdy i kozacy stali gotowi pod kamienicą. Na kwaterze, już w pustych pokojach, zastałem Łykoszyna. Oddał mi książki pożyczone od p. Heppena, klucze od wypróżnionych magazynów i powiada:
— Bądź zdrów, prezydencie, a daleko do Pińczowa? Czy zdążę tam na południe?
Poczem wypadł z domu, siadł na konia i na czele jazdy wyjechał z Krakowa przez bramę Sławkowską. Prawdziwość mojej relacyi mogą poświadczyć wszyscy. Ani słowa nie ująłem, ni też dodałem.
General Wodzicki, mimo takich eksplikacyi powsiadłszy na niego, zekpał od ostatnich, a Kościuszko, chcąc nieco złagodzić sytuacyę, przytrzymał Lisickiego za pas i powiedział:
— Mój panie prezydencie, nie wchodzę ja w to, jakim byłeś względem Moskali, ale spodziewam się, że i dla mnie będziesz grzecznym. Cóż, rozkazałeś swoim pachołkom zwoływać lud pod Ratusz?
Rumor wchodzących zgłuszył dalszą rozmowę, weszło bowiem kilku oficyerów, a pomiędzy nimi Fiszer z Zarębą.
Naraz bębny zagrały i zadudniała ziemia pod ciężkimi krokami.
— Batalion Czapskiego, bierze dyrekcyę na Rynek, i my zaraz ruszymy — objaśniał cicho Fiszer.
— Ja się wysunę naprzód. Mój moderunek tak w drodze ucierpiał, że wstyd mi ściągać na siebie oczy. Wolę się zaszyć między pospólstwo. Radbym się też dowiedział o duchu Krakowa, co mi snadniej dopiąć w pojedynkę — odpowiedział Zaręba i, upatrzywszy sposobną porę, wydostał się z pałacu.
Ogarnęło go prawie wiosenne powietrze. Nad miastem wisiały postrzępione mgły, przez które tu i owdzie przecierały się błękitne płaty nieba, zwały białych chmur, a chwilami słońce blacie niby opłatek. Dzień podnosił się pogodny. Od pól pociągał wilgotny chłód, przejęty surowym oddechem ziemi, a chociaż po ogrodach i głębokich fosach leżały jeszcze kupy śczerniałych śniegów, już pierwsza wiosna pachniała w dziwnie słodkiem powietrzu. Ptaki świergotały po nagich drzewach i blankach murów, a coś niepojęcie radosnego dźwięczało w głosach i zdawało się rozpierać wszystkie serca. Snadź i te wiośniane podmuchy robiły swoje, bo Kraków przybierał zgoła niezwyczajny wygląd, gdyż tłumy, świątecznie wystrojone, rozanimowane, burzliwe i wesołe, wylegały ze wszystkich domów. Każda z ulic stawała się bełkotliwym, szumiącym strumieniem, którym mrowia ludzkie spływały w główny Rynek, jakoby w morze rozburzone, sfalowane i tysiącami głosów bijące. A nad tem zlewiskiem, ujętem w cembrowiny prawiecznych kamienic przedziwnej struktury, wieże Marjackie strzelały w błękity, wynosiły się spiętrzone dachy i atyki, misterne zręby Sukiennic, strażowała potężna wieża Ratusza i, jakoby w czas przypływu mewy, tak kołowały nad głowami stada białych gołębi. Prospectus był bardzo cudny i do zastanowienia zmuszający.
Martwe zazwyczaj miasto budziło się z długiego letargu i na głos powinności Ojczyźnie stawało do apelu. Bowiem wielkie polskie święto miało się obchodzić na tym prastarym Rynku, wpośród tych murów odwiecznych, które widziały Łokietków, widziały Kazimierzów, widziały Jagiellonów,