Insurekcya/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Insurekcya
Pochodzenie Rok 1794
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ I.

W nocy z 22 na 23 marca 1794 r. jeden z najsrożej spustoszonych przez czas i opuszczenie pawilonów tynieckiego opactwa, dawał obraz prawdziwego obozowiska. Bowiem pomimo nieustającej i nad wyraz przykrej pluchy już od samego zmierzchu ściągały do niego drobne oddziałki żołnierzów najdziwaczniej poprzebieranych, roztasowując się z wojskową sprawnością. Rozpalano ogromne ogniska i w czerwonych brzaskach i gryzących kłębach czarnych dymów coraz gęściej majaczyły srogie, obrośnięte twarze. Wraz też wybuchały niemałe spory i zaciekłe kłótnie o zaciszniejsze i suchsze miejsca, bowiem ogromna rudera, będąca kiedyś generalnym refektarzem opactwa, przedstawiała się poprostu opłakanie. W potrzaskanych murach, obdartych z tynków, nie dojrzałeś już ani okien ani drzwi, natomiast czerniały w ich miejscach dzikie wyłomy, jakby wybite harmatami. Przez zapadnięte sklepienia widniały resztki dachów, częściej jednak wskroś obnażone krokwie i łaty; niby przez żebra kościotrupa, patrzała noc i zacinał deszcz, pomieszany ze śniegiem, zaś na środku piętrzyły się kupy gruzów, porośniętych tarniną, lśniły bajora i kałuże, a tu i owdzie śmigało w górę jakieś drzewko w niepohamowanym roście. Po ścianach, przeżartych wilgocią, błąkały się resztki malowideł, tkwiły spękane muszle, drążone w marmurach, i żałosne strzępy stiukowych pilastrów. Nikomu to jednak nie psuło humorów, a zwłaszcza sierżantowi z regimentu generała Wodzickiego, Derysarzowi, który trzymał komendę nad zbierającymi się oddziałami. Stał w głównych drzwiach prowadzących na dziedziniec i szerokich, niby wierzeje stodoły, kopcił lulkę a podkpiwając ze wszystkich, raz po raz krzyczał ogromnym głosem:
— Kto idzie? Meldować się tam, trąby jedne! Krzekorzą, jak zmokłe kokosze!
— Pierwszy pluton drugiej kompanii ze Skotnik! pokornie melduję.
— Toczą się juchy, niby antały. Wchodzić na pokoje! — Zaśmiał się, dając im przejść.
Jakoż wchodzili tęgim krokiem, zwartemi trójkami, prężąc pokurczone postacie, ale tak przemiękli, zabłoceni, w przeróżne łachy poprzybierani, że raczej dziadów i włóczęgów, niźli żołnierzów podobieństwo trzymający. Za niemi ciągnęło parę żołnierek, objuczonych dziećmi, tobołami i najróżniejszym sprzętem.
— Trzeci pluton pierwszej kompanii z Sidziny! — Meldował ktoś z głębi dziedzińca.
— Wchodzić! A obijać buciory z błota, bo mi na nic zapaskudzicie pawimentu — śmiał się rubasznie. — Ho! ho, pyski się im świecą, jak rądle, i kałduny sobie pozapuszczali! Mikołajczyk, a gdzie zostały wozy?
— W błocie! Pod samym klasztorem uwięzły, melduję pokornie.
— A dałeś znać w Samborku i Podgórkach?
— Wedle rozkazu! Ino ich patrzeć. Wozy już słychać w bramie — dodał.
— Pochodni! Poświecić i wtoczyć tutaj; miejsca dosyć i będzie poręczniej.
Kilka pochodni buchnęło na wietrze, oświetlając straszliwe błoto dziedzińca, klasztorne mury i parę wozów, nakrytych zielonemi budami, które z niemałym wysiłkiem żołnierzów i koni podciągnięto pod refektarz i przetaczano do środka. Wagę miały nielada, bowiem zawierały broń, moderunek i furaże dla ludzi i koni. Jakieś obwiązane głowy wyzierały z pod bud i rozlegało się ciche kwilenie dziecka.
— Zległy tam które? czy co? — zaniepokoił się Derysarz.
— To ino chorzy Drabik z Balcerkiem, dziecko pani Jurkowej.
Ustawiono wozy w głębi, zdala od ognisk, wyłożono konie i zakrzątnięto się koło rozpalenia jeszcze jednego, największego ognia, przy którym nastawiono kotły na wysokich trójnogach. Zaczem gwar powstawał coraz większy i bieganina. Znalazła się wnet słoma, którą stroszono kupami w miejscach mniej wystawionych na pluchę. Rąbano na opał suche belki, skądciś przywleczone. Zabielało przy ogniskach parę nizkich, pochodowych namiotów. Zaś kilku gemejnów, najsprawniejszych majsterków do wszystkiego, wysunęło się ukradkiem na penetracyę i myszkowania. A że opactwo było godnie zaopatrzone, to nie upłynął i pacierz, gdy zaczęli powracać, niosąc, co im wpadło w pazury i co tylko dało się porwać. Niejedna przy tem gąska zagęgała po raz ostatni w twardych żołnierskich rękach! A któryś z ostatnich wlókł za tylnie nogi rozkwiczonego podświnka, nie zważając na klasztornego parobka, który wrzeszcząc i grożąc, próbował mu go odbierać. Żołnierze skoczyli na pomoc kamratowi; ponieważ jednak parobek nie przestawał lamentować, sierżant rozkazał:
— A dajże mu tam w pysk i za drzwi!
Pachołek juści wyleciał, jak z procy. Podświnka zarżnięto i właśnie go osmalano nad ogniem, kiedy zjawił się klasztorny ekonom, persona chuda, zakonną suknią przyodziana, różańcami brzękająca i przez nos z namaszczeniem rozgulgotana, niczem indor. Sprawa przybierała obrót niefortunny; ale sierżant, nie straciwszy rezonu, wyparł się wszystkiego w żywe oczy, parobka oskarżył o umizgi nieprzystojne do żołnierek, a za niewinność swoich ludzi gotów był choćby w kościele przysięgać. A że przytem czapkował ekonomskiej mości, łaciną gęsto szpikował i słowo szlacheckie dawał, ekonom uwierzył, o sprawach de publicis poszeptał, nowin naopowiadał i potem jeszcze przysłał z klasztornej spiżarni sporą beczułkę gorzałki, słoniny i wędzonych mięsiw.
Przywitali te dary tak wrzaskliwą uciechą, że Derysarz groźnie krzyknął:
— Cicho, kpy jedne! A jak mi, mocium tego, jeszcze raz przylezą ze skargą na którego, zapowiadam, każę go przepędzić przez kije! Nie będę za was oczów od psa pożyczał i łgał, jak najęty. Jurkowa, świntucha sprawić i kiełbas narobić!
— Wedle rozkazu, panie sierżancie — odrzuciła tęga, wysoka wiwandyerka.
— Mięsa pochować, zdadz się w marszu. Gorzałkę rozdam przy kolacyi.
Wszedł ostatni oddziałek aż ze Skawiny, po nim przywlekło się jeszcze kilkunastu ludzi, ściągających po dwóch i trzech. Sierżant, nie uwzględniając żadnych tłumaczeń, wyrżnął im ostre pro memoria za opóźnienie.
— Juści, mocium tego — przedrzeźniał — drogi złe, plucha, pewnie i przygoda jedna i druga, terefere kuku strzela baba z łuku. Ale tego nie wyznasz jeden z drugim, żeś żadnej karczmy po drodze nie pominął!
— Bośmy drogi pytać byli przymuszeni — zabełkotał jeden, mocno już podcięty — a że naród w tej stronie grzeczny, żołnierzów honorują, to jakże się z takim nie pokumać? Dobra moja kwaterka, lepszy jego garniec.
— Melduję pokornie — jąkał drugi — jako sporo parobków chciało do nas przystać! Przyjścia pana generała Kościuszki czekają po wsiach, niby zbawienia.
— Milczeć w szeregach! Mikołajczyk, znieść karabiny i wszystek moderunek, po trzydzieści ładunków na strzelbę i po dziesięć skałek wydać! A kto znajdzie, mocium tego, stępiony bagnet, naostrzyć! Taczalnik jest?
Posłyszawszy respons twierdzący, zasiadł przed namiotem twarzą do ogniska i gdy nastroszono pobok całe stosy karabinów, flint, pasów, ledewerków i wszystkiego, co było potrzebne do wyekwipowania, zaczął z regestru wyczytywać nazwiska, nie opuszczając przynależności do batalionów, kompanii i plutonów.
— Mocium tego, raz-dwa, żołnierskim krokiem! — upominał niekiedy.
Każdy z wywołanych stawał przed nim sprężony, jak drąg, i otrzymawszy broń i potrzebne efekty, dawał miejsce drugim. Każdego też z osobna obmacywał wilczemi ślepiami, nie odpuszczając bez jakowegoś słowa: którym dostała się przygana, których witał przyjacielsko, których przekpiwał, aż śmiała się cała kompania, zaś z poniektórymi coś tajnie i długo poszeptywał. Zajęło to sporą kwotę czasu, gdyż ludzi było z górą trzysta. Żołnierz to mimo dziadowskich pozorów wystawiał się wybrany, równy wzrostem i wiekiem, chłop w chłopa, jednako rosłe, pieczyste i sprawne, w obrotach wyćwiczone, w bojach zahartowani, setne zabijaki, że mało który nie był naznaczony plejzerem. Sam wybór żołnierstwa. Bowiem generał Wodzicki, przymuszony rozkazami hetmana, pozornie zmniejszył swój regiment i zdezarmowanych żołnierzów niby to rozpuścił; ale cichaczem rozkazał ich rozkwaterować po wsiach okolicznych i własnym sumptem utrzymywał, na okoliczność insurekcyi mając w pogotowiu. Taki postępek zjednał serca żołnierzów, że chociaż nie wszyscy byli dopuszczeni do sekretu o gotującem się powstaniu, wszyscy jednak gotowi byli dać gardła na skinienie generała. Więc też po skończeniu przeglądu wtajemniczeni otoczyli sierżanta, rozpytując natarczywie o wszelakie nowiny. Juści powiadał, co sam wiedział, a że żołnierz był prawy i polak cnotliwy, szeroko wystawiał nikczemne postępki aliantów, gwałty i uciemiężenia kraju. Żołnierstwo burzyło się coraz głębiej, srożyły się twarze zawziętością, błyskały oczy i zaciskały się pięście.
— Odpłacim ścierwom! Byle prędzej! — wrzały niepohamowane gniewy.
— Jutro zaczynamy! Sam Kościuszko poprowadzi! — rzucił im na końcu.
Ta wiadomość niby piorun wstrząsnęła żołnierstwem, zakotłowało się przy ogniskach i wszyscy naraz zaczęli się wydzierać, jak opętani.
— Niech żyje Kościuszko! Niech żyje nasz ojciec!
— Milczeć w szeregach! — ryknął groźnie. — Bychtować się do wymarszu i czekać!
Jakoby wodą chlusnął na płomienie, tak w mig przygasły wrzawy i uczyniła się cisza.
— Melduję pokornie — wystąpił podoficer Mikołajczyk — nie mamy doboszów.
— Mocium tego, są w Krzeszowicach. Może który potrafi wybębnić werbla?
To powiedziawszy, ogarnął się nieco i poszedł z powinnym raportem. Małe drzwiczki w końcu refektarza, jakimś cudem jeszcze ocalałe, prowadziły do kwatery, zajmowanej przez Kościuszkę i przybocznych oficyerów. A skoro tylko zniknął za niemi, w obozowisku powstał ruch i gwar, jakby w ulu przed wyrojem. Dziury po oknach od strony Wisły pozapychano słomą, że zrobiło się nieco zaciszniej, chociaż deszcz nie przestawał ani na chwilę zacinać. Ogniska, ustawicznie podsycane, buchały w górę płomienistemi grzywami, rozlewając dokoła lubo prażące ciepło. Myto się przy nich i szorowano akuratnie wiechciami z grochowin. Żołnierki porozsiadane stadkami, niby kokoszki, coś pilnie majstrowały igłami; jakaś tłukła kijanką przepraną koszulę, aż się rozlegało, insze zaś czyniły ochędóstwo przy dzieciach, a wszystkim ani na zdrowaś nie zamykały się gęby. Na skrzyżowanych drągach suszyły się przemiękłe ubrania i buty, dla rychlejszego skutku wypełnione owsem. Tu i owdzie w rynkach i na patelniach skwierczały słoniny i kiełbasy, gotowano barszcze. Żołnierze przeodziewali się od nowa na wszystkich oczach. Całe szeregi porozsiadane przed ogniskami na gruzach, goliło się, strzygło i czesało. Na gwałt smarowano tłustością buty i bielono flint pasy.
Mikołajczyk, żołnierz stary, wysoki, suchej kompleksyi, o zakrzywionym w kształt dzióba nochalu i zaciśniętych wargach, w zastępstwie Derysarza miał baczenie na obozowisko. Nic nie uszło uwagi jego świdrujących oczów, przytajonych pod krzaczastemi brwiami. Każde przewinienie lub niedokładność w moderunku zauważył i nie przepuszczał. Wydał knechtom dyspozycyę względem przyprawienia jadła. Przyciszył babie krzekoty. Sklął baraszkujących chłopaków. Kogoś potraktował szturchańcem. Temu i owemu wetknął szczyptę tabaki lub użyczył do lulki tytuniu. Sprawdzał też pociągnięciem dłoni po twarzach robotę golarzy i prawie za każdym razem skrzeczał:
— Szczecina! Popraw! Choćby ze skórą, a zbieraj do gładkości...
I cyrkulując dokoła ognisk, zawsze kończył przy otwartym kramiku Jurkowej; połykał kieliszek gorzałki, spluwał, przyglądał się kobiecie, zajętej robotą pończochy, coś medytował i nie mogąc się na nic zebrać, szedł do majsterka, który rozłożywszy przy jednym z ognisk polową kuźnię, osadzał skałki, przecierał lufy karabinów, reparował zamki, a głównie pociągał na brusie przytępione bagnety. Śmiał się przytem ustawicznie, gwizdał i pod byle pretekstem leciał suszyć zęby do Jurkowej. Chłopak był przystojny, czarny jak żuk, kędzierzawy i w łaskach u kobiet. Nie spodobało się to Mikołajczykowi; więc skrzyczawszy go za próżniactwo, zapędził do roboty i sam przy nim zasiadł, próbując ostrzów, oglądając karabiny i pouczając cisnących się do ognia gemejnów.
— Przyjdzie do bagnetów, dobra nasza! Żgaj twardo, a zawsze pod włos i prosto w bebech, potem zakręć: jak chrupnie, gotowy! Następuj drugiego! Karabin trzymaj krótko, swoje brzucho osłaniaj łokciami i przykładem, stawaj nieco bokiem i z prawej nogi. Dałeś bobu wrogowi, że się wykopyrtnął: odskakuj! A rusza się jeszcze, sztychem go do ziemi. W bitwie, przezpieczniejszy za plecami trup niźli raniony. A zapamiętajcie: Prusak nie straszny naszemu kamratowi, ale Moskal chwat na bagnety. Tamtego jenoś kolbą przez łeb trzasnął, a już na ziem leci i swoje Herr Je śpiwa; zaś drugiego się pilnuj, bo nim się pomiarkujesz, już ci flaki z torby wypuści. Znam ja ich sztuki. Niemało się człowiek nażgał jednych i drugich w bywszej wojnie pod Kościuszkiem.
Do refektarza wtargnęło niespodzianie kilkudziesięciu chłopów zbrojnych pod wodzą jakiegoś wysokiego oficyera. Jakoby chmura polśniewających kos i białych kapot zawisła nagle w mrokach. Oficyer piskliwie zakrzyczał:
— Rozstąpić się i dać miejsca przy ogniach!
Żołnierze jednak jakby niedosłyszeli, ani drgnął który. Wystąpił jeno Mikołajczyk i rozeznawszy oficyerską szarżę, oddał mu powinne honory i bardzo politycznemi słowy poradził założenie osobnego biwaku.
Oficyer się rzucał gniewnie i groził, a wreszcie przekonany, jako nie było żadnych dyspozycji względem mających nadciągnąć kosynierów, kazał się roztasować swoim w samym kącie refektarza. Rozpalono nowe ognisko na trzonie prawiecznego komina, przyczem powstały spory o drzewo i słomę, jakie chłopi chcieli zabierać żołnierzom. Ułagodził to jakoś Mikołajczyk, ale nieobeszło się bez klątw i wymyślań, jakich nie szczędzili gemejny.
Kosynierów było pięćdziesięciu, wszystko paroby na schwał, z wyrostu dębom podobni, miniaste, przybrane akuratnie w białe kapoty i czerwone krakuski z pawimi czubami; kosy mieli na sztorc obsadzone, topory za skórzanymi pasami, rzęsisto nabijanymi mosiądzem, zaś na plecach zawinięte w płachty toboły. Siedzieli przy swoich ogniach cicho, schmurzeni jednak i wielce markotni z przyjęcia, jakie im zgotowali żołnierze, słyszeli bowiem dobrze docinki tak dojmujące, że już niejeden ledwie się hamował, szczerząc jeno zęby, niby pies rozwścieklony i warcząc. Ale skoro Jurkowa przysunęła się z baryłką i całym swoim kramem, ostro się wzięli gorzałkować, przegryzając liczne kolejki suchemi kiełbasami a chlebem i serem. Wnet się im poprawiły humory; jaki taki hukał z kontentacyi, ktoś przyśpiewywał, a któryś jął wyciągać cienko na piszczałce. Tego było już za wiele żołnierzom i dalejże rozpuszczać jęzory i coraz głośniej dojadać:
— Postępują sobie, niby w karczmie, a fetory od nich biją, że niech Bóg broni.
— Wszy ich tak ekscytują. Gnojki oparszywiałe!
— Kołtuniarze! Wdziali pierwszy raz buty i myślą, że już są żołnierzami.
— Niechno zobaczą harmaty, a portki pogubią ze strachu.
— Wałkonie, juchy! Krowie ogony, Świńskie pociołki! — gadali coraz dosadniej.
Mikołajczyk nie wzbraniał, a skoro Jurkowa powróciła na dawne miejsce i zabrała się do pończochy, pilnując zarazem kuchty, rozbierającego podświnka, zaszeptał do niej konfidencyonalnie:
— Żołnierze mają racyę! Jakże od gnoju prosto na wojaczkę! — urażony się czuł do żywego. — Juści, generał Kościuszek wie swoje, ale i człowiek nie jest przez rozumu. Niemałej to potrzeba nauki i egzorcyrunków, żeby zostać żołnierzem. A taki świniopas odrazu ma być zdatny? Machać kosą — parobka to sprawa, nie żołnierska! Nalejno pani kusztyczek: ziąb mnie trzęsie, bojam się, żeby mi frybra na jutro nie wypadła. Zobaczymy, jak się te parobki sprawią przy jutrzejszem dobywaniu Krakowa. Łykoszyn ma harmaty, kosami ich nie ugryzie.
— Mój Boże — westchnęła ciężko — byle mojej chałupiny nie spalono przy tej okazyi. Niewielka obrada, sześć stancyjek, ale stoi przy samej bramie Sławkowskiej. — Grzela, wysadź z woza mojego chłopaka, bo coś matyjasi — rozkazała kuchcie. — I gdziebym na stare lata przytuliła głowę, gdzie!
Tu jęła wzdychać, aż jej spęczniałe piersi tak się rozpierały, że dziw nie puściły guziki opiętej, granatowej kurty. Kobieta była gładka, frontowa i wielce przemyślna; cały regiment Wodzickiego, w którym była wiwandyerką, przepadał za nią. Nawet niejeden z oficyerów ubiegał się o jej łaski, o czem z cicha szeptano.
Mikołajczyk długo robił grdyką, nim wreszcie kropnął prosto z mostu:
— Na mój rozum, powinna pani Jurkowa wziąć sobie przyjaciela...
— Żeby mną poniewierał i przepijał moją krwawicę, jak nieboszczyk...
— Trudno negować, jako hultaj był i ladaco, Panie świeć nad jego duszą! Znajdzie i stateczniejszy! Juści nie taki kostera i pijus, jak na ten przykład, ten kędzierzawy smoluch — splunął w jego stronę z awersyą. — Znajdą się, którzy uszanują, fortuny przysporzą i przyczynią honoru, a nawet i ołtarzaby się nie ulękli.
Przerwała im nagle wybuchła muzyka: bębenek brzękliwie zawarczał, piszczałka przebieraną nutą zagrała i skrzypki urżnęły od ucha.
— Cicho, psiekrwie! — skoczył do kosynierów z wrzaskiem Mikołajczyk. — Ani mrumru, bo o łby porozbijam instrumenty! Żywa dusza nie powinna o nas wiedzieć, a ci jak w karczmie! Cud będzie, jeśli tu kto nie przyleci ze sztabu.
W złą chwilę wymówił, gdyż właśnie wpadł kapitan Wasilewski, a za nim wylękły Derysarz. Dostało się kosynierom, a szczególniej ich oficyerowi, którym był Jacek Bujak, bywszy dyrektor dzieci w krakuszowickim dworze od niedawna fortragowany na podporucznika; lecz ten ku podziwowi, chociaż poczerwieniał, postawił się hardo:
— Właśnie gotowałem się z powinnym raportem do generała Kościuszki, a nikt drugi niema mi nic do rozkazowania ni przygan. Zabawiali się z mojego przyzwoleństwa — grzmiał zaperzony, tocząc wyzywająco oczami.
Wasilewski parsknął mu śmiechem w nos i krzyknął do swoich żołnierzów:
— Baczność! Jak się macie, dzieci? Dobry wieczór Jurkowa i cipuchny!
Rum powstał niesłychany i wśród niemałych wrzasków cisnęli się do niego z pytaniami, nie bacząc na subordynacyę. Zwłaszcza żołnierki nie miarkowały swoich kontentacyi. Stał między niemi, roześmiany i również radosny, wypytując o ewenty parotygodniowej rozłąki. Kobiety opowiadały na prześcigi, jedna przez drugą; słuchał cierpliwie, pogłaskując dzieci, które umorusanymi nosami trykały go w ręce. Człowiek był starszy, żołnierskiej postawy i donośnego głosu; twarz miał pogodną, dziobatą, czerwoną i oczy niebieskie, a chociaż brus, opryskliwy i wielce skory do szafowania kijami, regiment za nim przepadał, bowiem dbał o żołnierza i ujmował wszystkich prostotą obejścia i wesołością. Kiedy się uspokoiło, rozkazał wydawać kolacyę. Zadzwoniły żołnierskie kociołki, kuchta nalewał każdemu przepisaną racyę. A już zadowolenie wybuchnęło niby burza, gdy z polecenia kapitana Derysarz z Mikołajczykiem jęli rozlewać gorzałkę w podawane manierki.
— Podwójną racyę! Noc zimna i jutro Bóg wie, co się zdarzy! — oznajmił i pierwszy napił się na zdrowie całej kompanii.
— Bóg zapłać! Życzymy dobrego zdrowia — odkrzykiwali z zapałem.
Wiara zaszumiała wesołością, brzękały kociołki, skrzybotały łyżki, błogość spromieniała twarze. Barszcz z grochem, kaszą, kapustą i sporemi sztuczkami mięsa ginął, jakby w otchłaniach. Kości i suchary trzeszczały w potężnych szczękach. Kapitan zawijał, jak wszyscy, jeno na wety przyniosła mu Jurkowa sporą miseczkę jajecznicy z kiełbasą.
— Przy Jurkowej najlepszy francuski kuchta mógłby być pomywaczem — zachwalał, dobierając się do specyałów. — Jak będę królem, Jurkowa musi być przy mnie do jajecznicy! Ba — przypomniał sobie — my brzuchy ładujemy, a tamci łykają ślinkę! Sierżant, pozwolić, co zostało, tamtym kamratom! — rozkazał, wskazując kosynierów.
Bujak przyleciał do niego z czułemi podziękowaniami.
— Asan, kiedy ze starszymi masz sprawę, miarkuj się w słowach! — wypomniał surowo. — Leć na kwaterę generała, bo tam czekają wiadomości.
Bujak poleciał, jakby na skrzydłach. Kwatera była niedaleko, tuż za małemi drzwiczkami, w klasztornej stodole, przypartej do szczytowej ściany refektarza, pełnej jeszcze słomy i siana. Na klepisku, przy stole, sprawionym z wielkich drzwi, ułożonych na beczkach, siedziało paru oficyerów okutanych po uszy w kudłate burki, bowiem ziąb przejmował do żywego. W mdłych brzaskach świec, zatkniętych w drewniane kościelne lichtarze, ledwie można było dojrzeć twarze pochylone nad plantą, upstrzoną czerwonemi chorągiewkami. Rozważali w najgłębszem milczeniu, a jeden z nich tak spiesznie coś konotował, aż mu pióro pryskało. Niekiedy wiatr poświstywał, chybocąc światłami, ćwierkały w strzechach wystraszone wróble lub parskały konie, ustawione pod wrótniami.
Rujnk przystanął na stronie, nie ważąc się przerywać milczenia; dojrzał go jednak Kościuszko i wyciągając rękę, powiedział dobrotliwie:
— Bujak, jakież przynosisz awizy? Dużoś zwerbował?
— Oto powinny raport, Obywatelu Generale — wyjąkał, wzruszony, i chociaż oblany potem i z rozłomotanem sercem, ciągnął — pięćdziesięciu obywatelów, rozgorzałych pragnieniem walki z tyranami — prawił górnie, po swojemu — wszyscy są zwerbowani w dobrach krakowskiej kapituły; jakoby z wilczej paszczęki, tak wyrwałem ich właśnie z gniazda zabobonu i przesądów, by służyli wolności. J. W. starościna wolbromska, Dębińska, ofiarowała dla nich lenungi na dwa miesiące, okuty wóz, dwa wałachy z uprzężą i woźnika, zaś p. Siedlecki wyekwipował wszystkich sumptem J. W. podkomorzyny Górskiej. Czekają twoich rozkazów, Obywatelu Generale!
— Jakiż duch panuje między nimi?
— Najżarliwszych poświęceń dla ojczyzny i ludzkości — nabrał tchu, pochylił swoją długą postać i wyciągając rękę, wybuchnął — a mogę dołożyć, jako wszystkie poddaństwo i uciemiężeni oczekują jeno twego rozkazu, żeby powstać i runąć na tyranów i nieprzyjaciół wolności. Już po wsiach pieśni o tobie śpiewają, Obywatelu Generale, już baśnie prawią, już twoje sylwetki miasto szkaplerzów na piersiach noszą. I gdyby przeszkód nie stawiali dziedzice, wszystko chłopstwo zbiegłoby się do ciebie. Żydzi Mesyasza tak nie czekają, jak ciebie Polska cała...
— Rad jestem twoim poczciwym sentymentom — przerwał mu — postępuj dalej w myśl moich instrukcyi. Rano jutro odprowadzisz zwerbowanych Śląskiemu do Rzeplina. Fiszer, napisz dyspozycyę i dodaj parę słów do kapitana Kaczanowskiego.
Skinął mu głową i gdy Bujak wyszedł, zatarł ręce i rzekł w zatroskaniu:
— Z komendy Łykoszyna nie powinna się wyśliznąć ani jedna noga.
— Dwa bataliony i kompania artyleryi wystarczy do zwycięstwa. Jutro na południe Kraków będzie nasz — zabrał głos major Jagielski, podnosząc głowę z nad mapy. — Na wszelką ewentualność pójdą jeszcze w sukurs kompanie zdezarmowanych, jakie zebrał kapitan Wasilewski — spojrzał na pektoralik — wyruszą przed północą. W Krakowie wszystko zarządzone, uderzą na Łykoszyna o świcie.
— To pono oficyer wyższych instrukcyi; może spłatać jakiego figla.
— Musiał się czegoś domyślać, gdyż w ostatnich dniach obsadził dom pod Baranami, pałac Spiski, kamienicę pod »Wagą« i rozciągnął swoje posterunki po domach ulicy Sławkowskiej aż do samej bramy. Tem wydał swoje zamysły ucieczki, zaś dzisiaj od rana zdradził w tym względzie jeszcze wyraźniejsze inklinacye. Czyniliśmy temu wymarszowi różne ciche przeszkody. Nie zdoła wymknąć się niepostrzeżenie.
— A mogło być już po nim — szepnął jakby z żalem Biegański, adjutant Wodzickiego; lecz poczuwszy na sobie oczy Kościuszki, dodał objaśniająco: — Klubiści planowali oswobodzenie Krakowa w sposób szczególny: wyprawić przy zdarzonej okazyi wielki koncert w kasynie Żelechowskiego na Szewskiej, zaprosić Łykoszyna wraz z całym jego korem i ugościć ich należycie, a równocześnie żołnierzom ich po kwaterach też nie żałować gorzałki, zaś w stosownej chwili uderzyć na nich i wytępić. Generał Wodzicki nie dopuścił jednak do tego.
— I dobrze się zasłużył ojczyźnie! — wystąpił żywo Kościuszko. — Napadać pijanych i bezbronnych — zbójecki to proceder, niegodny żołnierzów, walczących za najświętsze prawa ludzkości. Takie zamierzenia przyniosłyby nam tylko hańbę. Naszą powinnością wystąpić w jasny dzień, otwarcie, przy biciu tarabanów. Sprawa, za którą gotowiśmy dać gardła, nie lęka się światłości, a nie przystoi jej uderzanie na wroga podstępem. Polak zawsze brzydził się zasadzką i nie daj Bóg, aby się przemienił. Nie zbraknie nam siły do pokonania wrogów, jeśli nie zbraknie ducha ofiarnych poświęceń i miłości! — zakończył, poruszony, wsparł się łokciami o stół i ukrywszy twarz w dłoniach, pogrążył się w zadumie. Nikt już nie śmiał zabierać głosu, jeno Jagielski szepnął na ucho Fiszerowi:
— Te wzniosłe systemata nic, jeno faramuszki, dobre dla sawantów, a grunt — tępić wroga na każdem miejscu i przy każdej okoliczności. Kazaniem nie nauczy moresu zbójów!
Derysarz naraz głośno zameldował o wymarszu żołnierzów.
Wypadli przed wrótnie stodoły przyjrzeć się pochodowi, gdy Wasilewski już wołał:
— Formuj się w kolumnę! Trójkami! Ciąg się w prawo — marsz!
Długi szereg, migocący bagnetami, występował z refektarza szykiem pochodowym. Przechodzili cicho i ginęli w śnieżycy, jaka się była właśnie zerwała.
— Za opactwem wejdą na trakt, a dopiero pod Norbertankami, na Zwierzyńcu, dosięgną Wisły, gdzie już czekają promy i łodzie. Ksieni z nami w porozumieniu i w razie potrzeby schroni ich w klasztorze na jakiś czas — objaśniał Jagielski, dosiadając konia. Biegańskiemu zaś na wsiadanem powiedział Kościuszko:
— Powiedz generałowi, że stawię się na porę. Zaczynajcie w imię Boże!
Patrzał za nimi, nasłuchując milknących stąpań. Przepadło wszystko w śnieżycy i oddaleniu. Śnieg ciężkiemi płatami zasypywał świat, opadał cicho i tak gęsto, że chociaż rozbielił nieco ciemności, na krok nie było podobna przejrzeć. Kościuszko wstrząsnął się od zimna i obtuliwszy się szczelniej w burkę, zajrzał do refektarza.
Rudera pokazała się mroczna i prawie cicha. Kobiety z dziećmi i paru woźników tulili się przy drgających ogniskach. Na chłopskim biwaku panował jeszcze cichy gwar. Wielu już spało na kupach słomy, widać też było klęczących przy pacierzach, jak przesuwali w palcach ziarna różańca, ktoś przez nos ciągnął jękliwym głosem godzinki, zaś reszta, obsiadłszy ogień, pogadywała z cicha. Bujak coś pilnie konotował. Kościuszko przysiadł się do niego i zaszeptał nakazująco:
— Nie wydaj mnie. Niech będzie pochwalony!
— Na wieki wieków! — odpowiedział ten i ów, nie zwracając uwagi na przybysza; wzięli go za jednego z pozostałych żołnierzów. Nagrzewał zziębnięte ręce i jął z najbliższymi pogadywać. Zrazu odbąkiwali prawie niechętnie i ostrożnie; lecz tak sprawnie zatrącał o różne bolączki, że odpowiadali coraz żywiej i obszerniej, nie tając niczego, jak przed równym sobie. Rad z takiego obrotu, zaindagował pierwszego z brzegu Parobka:
— A że cię to puścili z chałupy na wojaczkę?
— Nie pytałech się nikogo o przyzwoleństwo — warknął opryskliwie. — Cóż mnie ta w chałupie miało przytrzymywać? Głód, nędza i dziedzicowe kije! Powiadali: »Chodź, Jasiek, na wojnę!« to i poszedłem. Co mi ta gdzie dobrego, marnacyja i tyla...
Drugi zaś, wyrośnięty, z płową grzywą równo przyciętą nad czołem, z oczami niby turkusy, rozgadał się obszerniej.
— Jeszcze na jesieni dziady proszalne przynosiły do naszej wsi pisma od samego Kościuszka i rozpowiadały, jako zbiera ludzi na wojnę z panami. Sam organista czytał, że każdemu, któren do wojska przystanie, Kościuszek obiecywa dać rolę i grunta, ile koma potrza. Wierzyli, nie wierzyli, bo gdzieby ta panowie co z dobra woli użyczyli chłopom, cheba tych kijów! Ale jak rzepliński dziedzic przysięgował w kościele, że to wszystko święta prawda, to nie było dnia, żeby który do niego nie uciekał. Wybrałem się i ja z drugimi. Cóż, kiej me ekonom przydybał, zbił i obiecał za karę wysłać aż za Tarnów na leśne roboty. Ledwie me matula wykupiła rocznym ciołkiem. Potem p. Dujak me zmówił, kosę dał, z drugiemi stowarzyszył i do Kościuszka zaprowadzi. Będziewa prać Moskali! — zaśmiał się junacko.
Trzeci z kolei, chłop znacznie starszy, dziobaty i o ponurem wejrzeniu, mówił.
— Żeby to była prawda, co ten Kościuszek obiecywa, wszystkie chłopy przystałyby do niego. Żadenby gnatów nie żałował, a przyszłoby głowę położyć, położyłby. A któżby się to oparł wszystkiemu chłopskiemu narodowi? — zatoczył dziko oczami i trzasnął kijem w ogień, aż się głownie rozleciały — ale bo to panowie przyzwolą na sprawiedliwość! Póki mają nóż na gardzieli, a sami zaradzić sobie nie potrafią, to skamlą: »Chłopie ratuj!« i niby temu złemu psu, nową budę obiecują za obronę. A niech się jeno na lepsze przemieni, to nam w nadgrodę dołożą jeszcze poborów i pańszczyzny. Coć rzekłem, prawdę rzekłem.
— Głupiś, Pietrek, jak ten rozdziawiony but! — powstał na niego starszy chłop o mądrych oczach i gębie naznaczonej plejzerem od ucha do nosa. — Nie panów idziema bronić, a jeno tej ziemi, wiary świętej i samych siebie. Mało ci to już nakładł w łeb p. Bujak, a ty cięgiem swoje, jak ten baran: be i be, i trykasz łbem o ścianę. Trykaj sobie na uciechę, jeno drugim ducha nie odbieraj. Mądrzejsze od ciebie poszły.
— Ja się ta panów nie bojam — wyrwał się któryś zuchwale — po wojnie, jak prawo będzie za nami a kosy w garściach, to niechże z nami popróbują dawnego traktamentu. Juści, każdy powinien dać obronę matce rodzonej. Woła nas Kosciuszek: idziewa bić, kogo nam przykaże.
— Czy to prawda, że on charakternik? — wtrącił któryś, zwracając się do Kościuszki. — Mówią, jako potrafi przemienić się w kota i ptakiem w górę wyfrunąć?
— I że choć taki wielki generał, a chłopów za swoim stołem usadza, z niemi za pan brat, a panów nawet do sieni dopuszczać wzbrania.
— I pono sam król mu nakazał: Rządy bierz, panom za zdrady głowy ucinaj, a chłopów wynoś, ziemię im rozdawaj i na dworach osadzaj!
— Tak pono zrobili w onej Francyi, gdzie Koscuseksamego ich króla zwojował.
Padały kłopotliwe pytania, snuły się gawędy, roiły się baśnie i majaczyły wyobrażenia o świecie, o ludziach i sprawach. A zwracali się z taką ufnością, iż czuł się w coraz kłopotliwszem położeniu. Na chwilę wybawił go jeden z parobków, zagadując:
— A może się wama chce jeść?...
Skwapliwie mu przytwierdził, bez wahania zabierając się do jedzenia. Któryś przepił do niego prosto z flachy: napił się jakoby małmazyi; drugi podał na patyku kiełbasę, przypieczoną w żarze: jadł ze smakiem; trzeci podtykał mu chleb gruby i czerstwy: smakował w nim, jakoby w najprzedniejszych antypastach.
Bujak, zaskoczony tą przygodą i zgorszony poufałością, z jaką chłopi traktowali Kościuszkę, siedział rozdygotany, cały w potach i gniewnie milczący.
Na dworze była noc, wiatr się targał, czasem śnieg pobielał siedzących, niekiedy deszcz zacinał, ale ogień wesoło trzaskał, ciepło przejmowało do kości, a gorzałka zdziebko rozbierała; więc też niejeden folgując sobie, plótł, co mu ślina przyniesła na język, jak się to zdarza, kiedy ludzie się stowarzyszą, zdziebko podochocą i rozserdecznią, że każdy, nawet niepytany powiada swoje. Tykali materyi tych, owych i przeróżnych. Nie brakowało głosów, obejmujących poczciwą troską całą Polskę. Niektórym roiły się orężne przewagi, śmiały się zdobycze i tryumfy, któryś znów głowił się nad niesprawiedliwością panów. Inny ciekawy był świata i pytał natarczywie o Warszawę, o króla, o dalekie kraje, o to, co za morzami. Pokazywali się przy okoliczności i niemali statyści. Przejawiały się niepowszednie rozumy i wielkie serca. Ten i ów nie ustrzegł się łez i tkliwych westchnień, gdy im Kościuszko wyłożył nieszczęścia, jakie spadły na Rzeczpospolitą. Potem znalazł się, który opowiadał bajki o wilkołakach i zaklętych królewnach; ale nie znalazł uznania, wydały się im nazbyt niepodobne do wiary. Starszy chłop z gębą plejzerowaną, jak się pokazało, bywszy żołnierz cesarski, rozwiódł się o wojnach. Tego słuchali w nabożnem skupieniu. Może i łgał, kto go ta wie, ale wtopili w niego rozgorzałe oczy, wyrywając mu nieomal każde słowo. Tak bowiem trafnie oddawał bitwy zaciekłe, tumulty, granie harmat, obroty kawaleryi, łupiestwa i mordy i bujne, niefrasobliwe, hulaszcze życie żołnierskie, iż jakby je wraz z nim przeżywali. Śmieli się, chmurząc i rozpalając na przemiany. Gorętsi, jeśli się coś nie stawało wedle ich życzeń, pokrzykiwali junacko, dodając w trudniejszych terminach odwagi; poniektóry już nawet za kosą się oglądał lub macał za pasem topora.
Słuchał i Kościuszko, nie przestając się w nich rozglądać, jakoby w rozwartych nagle księgach, zdumiewając się temu, co był w nich odczytywał. Zrozumiał, jako nie znał ich do tej pory, ani nawet imaginując, by takimi być mogli. Bowiem te paroby prosto od pługu i wideł, zalatujące gnojem i kożuchami, dawali mu obraz jakowychś wojów homeryckich. Grała w nich tak samo burzliwa, dzika krew i rozpłomieniały żądze przygód i nadzwyczajnych przewag, a zarazem pełni byli jakowejś dostojności, powagi, przystojnych manier, delikatności i niepohamowanej zaciętości. A pod tem wszystkiem gorzała potężna żarliwością wiara w niego, w jego obietnice i w tę nową, przyszłą Polskę, jaką im ukazywał. Chwilami równał ich nawet w myślach z onymi rycerzami, ciągnącymi na zdobywanie Chrystusowego grobu. Radość nim owładnęła, radość filantropa, znajdującego społeczność, żyjącą wedle praw natury, i radość wodza i statysty.
— Chłop wolny — konkludował w najgłębszem przeświadczeniu — to Polska wolna, to fundamentom jej potęgi i niepodległości. A któż się oprze całemu narodowi? — powtarzał słowa chłopskie, niedawno zasłyszane. — Przeto niewolno nam desperować o jutrze! I nie potrzeba — myślał radośnie, odsuwając się nieznacznie od ogniska. I jak się był zjawił, tak i odszedł, niepostrzeżony.
Fiszer już chrapał z głową wspartą o siodło i wpółwgrzebany w sianie, zaś dla niego było nagotowane polowe łóżko. Rzucił się na nie, okręcił burką i zasnął twardym, żołnierskim snem.
Było już dobrze po północy, kiedy Bujak, obudziwszy Fiszera, zameldował:
— Przyszli jacyś przebrani za chłopów, dali hasło i napierają się przed generała.
— Niech poczekają do rana! Ruszaj do stu dyabłów! — zaklął rozespany.
— Cóż to za jedni? Skąd? wtrącił przebudzony Kościuszko. — Zapal światło!
— Powiadają się być z Warszawy.
— Przyprowadź, właśnie potrzeba mi wiadomości z Warszawy.
Wszedł jakiś człowiek w chłopskiej odzieży i straszliwie obłocony i zdrożony. Był nim Sewer Zaręba, wysłannik wojskowej organizacyi, która po rozbiciu sprzysiężenia przez areszty i dezercyę wzięła rządy sprawy w swoje ręce. Na widok Kościuszki sprężył się i podając zwitek papierów, meldował:
— Plan wykoncypowany na okoliczność powstania Warszawy, twojego, Obywatelu-Generale, potrzebujący wejrzenia i aprobaty.
Kościuszko zasiadł znowu przy stole i wraz z Fiszerem przeglądał rysunki, cyfry, wyliczenia zestawionych sił polskich i moskiewskich. Zatopił się w tej pracy, nie przestając od czasu do czasu rzucać krótkich zapytań. Zaręba dawał ścisłe responsy, jako że był jednym z najczynniejszych członków spisku.
— Pamiętam cię z przeszłej wojny — powiedział niespodzianie Kościuszko, mający szczególny dar pamiętania twarzy i nazwisk. — Powiadał mi też o Waści Maruszewski.
— Pod Dubienką miałem honor stawać na twoich oczach, Obywatelu-Generale
— Jakżeś się o nas dopytał w Krakowie?
— Ks. Dmochowski powiedział, dał mi hasło i przewodnika. Tam już wrze...
— A wrze! Dzisiaj równo ze dniem bierzemy się do Łykoszyna.
— Chwała ci, Panie! — wykrzyknął mimowoli; niezmierna radość go rozdygotała, że nie mógł się utrzymać na nogach.
— Zmogła cię widać droga. Siadaj!
— Trzy dni na koniu dały mi się nieco we znaki.
— Azardowałeś zdrowiem — posłyszał znowu głos współczujący.
— Okoliczności przynaglały. Byłem też przymuszony nadkładać drogi, kluczyć i przebierać się stronami, żeby ujść chytrze pozastawianych sieci patrolów kozackich.
— Cóż Warszawa? Powiadaj! Fiszer, pokrzep go tykiem gorzałki!
— Wszystka w dygocie na walkę z wrogiem i w oczekiwaniach.
— Tak imaginujesz? Rozumiałem ją bardziej upadłą na duchu. Wprawdzie Maruszewski jeszcze w Dreźnie upewniał o jej gotowości, ale miałem relacye inne...
— Po aresztowaniach trwał pewien upadek, nim zdołano się otrząsnąć z przygnębienia. Lecz aktualnie, duch Warszawy podnosi się z godziny na godzinę, a szczególniej w pospólstwie, że już ciężko je utrzymać w karbach rozsądku. Wszystko się burzy, wrze i czeka z niecierpliwością. Każdy kładzie się spać z tą nadzieją, że go obudzą warczenia bębnów i krzyk: Do broni! Więc śmiem cię utwierdzać w pewności, Obywatelu-Generale, iż na twój rozkaz Warszawa powstanie, jak jeden mąż, i zrzuci haniebne jarzmo niewoli — dowodził gorąco, niemal wybuchając.
Kościuszko, odsunąwszy papiery, patrzył w niego przenikliwie.
— Lud to bohaterski, wszystką duszą oddany ojczyźnie i gotowy do ofiar krwi i mienia; to wulkan, który za twoim znakiem, Obywatelu-Generale, wybuchnie huraganem grzmotów i piorunów. Wobec wrogów tam już niema stanów, niema fakcyi, niema bogaczów ni nędzarzów, co mówię, niema nawet płci. Wszyscy bowiem zdeterminowani na jedno: Zwycięstwo albo śmierć! Zarówno szewc, jak i pyszny arystokrata, prostak, jak i filozof, jednakiem dyszą pragnieniem walki za ojczyznę! Wielkie damy składają precyoza na wojska; liberya znosi swoje mizerne zasługi, majsterkowie i czeladź prują się do ostatniej złotówki, krupne baby składają się trojakami na broń i prochy; nawet nikczemne żydostwo, nic ponad zyski nie widzące, usłyszało głos powinności i gotowe mimo przyrodzonego tchórzostwa brać się do oręża. Nikt nie pozwala się prześcignąć w ofiarności na święte cele insurekcyi. Już matki bez jęku oddają jedynych synów. Są, którzy pomimo spóźnionego wieku stawają pod sztandarami, którzy porzuciwszy rodziny i majętności, żywoty kładą na ołtarzu ojczyzny. Taką się w tę porę dawa poznać Warszawa: bohaterska, ofiarna i nieustraszona. Fortuna Igelströma, jak się prędko wyniosła, tak jeszcze prędzej upadnie. Zaś z tymi, których kupiły ruble i talary, którzy patrzą jeno za partykularnym profitem, lub czekają, kto będzie górą — zbytnio rachować się nie należy. To kupa zgonin: burza je rozwieje bez śladu. Król pójdzie z nami, pamięć na koniec Capeta go przyniewoli. Czego dowodzę, potwierdzą anneksa, dołączone do pisma, jakie złożyłem — dodał nagle, spostrzegłszy jakby cień nieufności w oczach Kościuszki, który istotnie tę zazbyt pomyślną relacyę o duchu i gotowości Warszawy przyjmował z pewnem niedowierzaniem. Wydały mu się poczciwą egzageracyą. Zmienił jednak wkrótce swoją opinię, bowiem w dalszej rozmowie Zaręba okazywał się być człowiekiem oświeconym i o szerszem objęciu spraw krajowych. Wręcz mu to powiedział, traktując go z wyróżniającą dobrotliwością. Późno w noc rozpytywał go o najprzeróżniejsze szczegóły warszawskich przygotowań, a szczególniej o ludzi nieznanych sobie, a wyróżniających się w sprzysiężeniu. W końcu zeszła rozmowa na Kilińskiego.
— Trzeba go wysuwać na czoło dla przykładu i zachęty pospólstwa — radził.
— Majster nie lubi chować się w cieniu, ambitna sztuka i rad się wystawia na oczy — objaśniał Zaręba.
— Dosyć na dzisiaj — zakończył Kościuszko, rzucając się na polowe łoże. — Zostaniesz przy mnie. Kraków za parę godzin będzie wolny, a jutro nastąpi publiczne proklamowanie aktu powstania. Będziesz miał z czem powracać do Warszawy.
Fiszer spał już od dosyć dawna, więc i Zaręba mając rozmowę za skończoną, zaszył się w siano, gdyż mroźny wiatr przeciągał po klepisku, dobierając mu się do skóry. Zimno i przeróżne medytacye nie pozwoliły mu jednak zasnąć. Świeca, dla przezpieczności zatknięta we wodzie na dnie wiadra, rzucała w górę snopem małych brzasków, że wszystko zdawało się być majaczeniem. Zaręba, wspierając się na łokciu, zapuszczał oczy w stronę Kościuszki; lecz w ciemnościach i ciszy późnej godziny posłyszał jeno jego równy i spokojny oddech. Spał snem sprawiedliwego. Znał go z twarzy i postaci, jak żołnierz zna wodza, prowadzącego w boje; uwielbiał go, jak i towarzysze, a nieraz w obozach, na biwakach i szczególniej na zebraniach spiskowych rozbierał jego cnoty i geniusz. Nigdy jednak nie wydał mu się tak wielkim, jak tego wieczora. Prosty w obejściu, skromny i przystępny, a bił od niego majestat bardziej onieśmielający, niźli królewski. Człowiek to miary starożytnych bohaterów — rozważał — wódz, naczelnik, dyktator, a służy mu proste żołnierskie łoże, obciągnięte skórą i ordynaryjna stodoła za pałace. I nic, żadnej pompy, żadnej wystawności, żadnego przepychu! Nie dla siebie, a wszystko dla ojczyzny! Zdumiewał się, poruszony do łez, gdy naraz posłyszał za sobą w sąsieku ostre trzeszczenie słomy. Wyraźnie ktoś skradał się od strony refektarza, przystawał na chwilę i znowu pełzał przyczajony. Zaręba uniósł nieco głowę i sięgnął po krucicę; przeszyło go straszne podejrzenie, więc gdy wynurzyła się jakaś tyczkowata postać, zmierzając ostrożnie do Kościuszki, wyciągnął rękę i zmierzył do niej. Na szczęście nie zdążył jeszcze pociągnąć za cyngiel, kiedy Bujak, ściągnąwszy z pleców kożuch, okrył nim Kościuszkę, zasalutował, zrobił zwrot w tył niby na paradzie i odszedł, jak mógł, najciszej.
— Poczciwy drągal — mruknął rozrzewniony, chowając krucicę w zanadrze.
Obudził go dopiero duży dzień i głośne rozmowy, z których łacno wyrozumiał przykrą nowinę o ucieczce z Krakowa Łykoszyna. Właśnie goniec generała Wolickiego rozpowiadał obszernie o tem zdarzeniu.
— Stało się źle, niepodobna gorzej — przerwał mu sfrasowany Kościuszko. — Snać był uprzedzony o tem, co ma nastąpić. Chytra sztuka. Powiadomi swoich o naszych zamiarach i nie pozwolą się zaskoczyć. Pogoń już wysłana?
— Miały iść za nim dwie kompanie piechoty i sto jazdy.
— Fiszer, siadaj i pisz Wodzickiemu: Natychmiast pchnąć sztafety do Manżeta i Madalińskiego, niechaj co pary w koniach ruszą przeciąć mu drogę. Ktoś wydał.
— Krakowscy Targowiczanie — zawrzał rozjuszony Fiszer. — Siedzi ta przecież ten eks-poseł grodzieński, konfident Sieversa, Głębocki, siedzi Ożarowski, siedzą i drudzy. Doszli sekretu i zdradzili przed Łykoszynem. W jaką stronę ruszył?
— Sławkowską bramą i jak powiadają, ku Pińczowu — objaśniał goniec.
— Dopiszę aby piechotę wsadzono na wozy, to może go dopędzą. A czemuż nie uderzono na niego, gdy wychodził? Wszak bramy były obsadzone?
— Nie było rozkazu!
— A łby baranie, a kundle, a gamonie! Masz do generała i gnaj co pary w koniu! Zaraz jedziemy do Krakowa? — zwrócił się do Kościuszki.
— Ruszymy tam popołudniu, żeby stanąć o zmierzchu; tak radzi Wodzicki dla pewnych racyi — odparł wzburzony, przemierzając spiesznie stodołę.
— By Łykoszynowi nie nastawać na pięty — wybuchnął Fiszer. — Jabym nalazł sprawcę tego bigosu. Niedarmo generał był w takich faworach u królu Jegomości, niedarmo też odradzał powstanie i straszył — jurzył zaciekle przeciw Wodzickiemu. Nic jednak nie wskórał; Kościuszko tylko wzruszył ramionami i poszedł do kosynierów. Występowali w pochód pod wodzą Bujaka cale sprawnie i pokazując żołnierską postawę. Powiódł ich głębokim jarem ku Wiśle. Kościuszko dosyć długo patrzał na migoty kos i kapot, aż zginęli z oczów w nadbrzeżnych zaroślach. Wisła pełna, nalana roztopami, występująca tu i owdzie z brzegów, burzyła się, ciemne fale niby wały toczyły się bełkotliwie, błyskając raz po raz bryłami lodów i śniegów. Dzień robił się cichy i dosyć jasny, przymrozek ściął błoto w grudę, łamiącą się pod stopami. Z wysokiego brzega widać było rozległy kraj, wsie poprzywierane do ziemi, pola pełne jeszcze śniegów i rozlewisk, drogi podobne zakrzepłym strumieniom, wzgórza lesiste, a niegdzie wieże kościołów. Stężała mgła zasnuwała kotliny i modre ściany dalekich borów. Organy zahuczały w klasztorze; to go wyrwało z zadumań, a głos sygnaturki powrócił do wytężonej pracy. Zapędził do niej Fiszera wraz z Zarębą. I cały ten dzień 23 marca przepędził w surowem milczeniu. Nie pomogły zwyczajne krotochwile Fiszera; uśmiechał z nich jeno wargami, daleki w sobie od pustoty i tego, co się działo dokoła. W milczeniu przyjmował gońców z różnych stron, odbierał doniesienia i wysyłał jakieś rozkazy. Czasem pił gorącą, czarną kawę, której mu dostarczał Fiszer, przemierzał stodołę i znowu brał się do rozpatrywania planów warszawskiego powstania, dyktował Zarębie uwagi w najprzeróżniejszych materyach. A gdy pod wieczór wyjechał chłopski wóz, ubrał się w jakąś opończę, nacisnął na głowę baranią czapę i tak przebrany ruszył do Krakowa.
— Tutaj rzucą się losy żywota lub zagłady — powiedział, ujrzawszy miasto.
Wysiedli przed pałacykiem Wodzickiego, stojącym pod murami Krakowa za tak zwaną Szewską furtą, prawie naprzeciw ulicy św. Anny. Kościuszko szepnął hasło dyżurującemu w bramie oficyerowi, który nie poznawszy go z racyi przebrania i ciemności, rozkazał wartom przepuścić. Wodzicki już oczekiwał na niego w sali na pierwszem piętrze, gdzie miała się odprawić ostatnia narada, determinująca wybuch powstania. Jakoż pokrótce zaczęli się schodzić najznaczniejsi ze spiskowców, jacy się byli aktualnie znaleźli w Krakowie.
Pierwszy zjawił się szambelan A. Linowski, dniem naprzód przybyły na tę okoliczność z Wiednia; potem wszedł pułkownik regimentu Wodzickiego, A. Kczewski, z kapitanem Wasilewskim, a na ostatku zakutani w płaszcze, z postawionymi kołnierzami, w kapeluszach nasuniętych na oczy pokazali się: A. Kapostas, bankier z Warszawy, zbiegły szczęśliwie przed aresztowaniem; ks. Fr. Dmochowski, przybyły z Drezna, prawa ręka ks. Kołłątaja, którego choroba jeszcze przytrzymała za granicą; generał Ziemiański, J. Płaski, oraz kasztelan Dębowski. Witali się w milczeniu, obsiadając okrągły, wielki stół zawalony papierami. Sala była duża, ponura i dziwnie mroczna; mosiężny pająk na kilkadziesiąt świec dawał żółtawe, jakby gromniczne światło.
Fiszer z adiutantem Wodzickiego, Biegańskim, asystowali naradzie w pełnem uzbrojeniu na wszelką okoliczność. Przez uchylone podwoje do sieni, przemienionej w kordegardę, połyskiwały bagnety dwóch gemejnów. Bywał tam również Zaręba, postawiony na straży przez samego Kościuszkę.
Narada trwała długie godziny z krótką przerwą na posiłek, zawczasu nagotowany na długim stole pod ścianą, przy czem usługiwali adjutanci, albowiem dla utrzymywania sekretu nie dopuszczono nawet najzaufańszych ze służby Wodzickiego. Mało jednak jedli, pili jeszcze mniej i bardzo prędko powrócili do przerwanych obradowań.
Juści, jako duszą zgromadzenia był Kościuszko. On udzielał głosu i jego krótkie zdania, wypowiadane ze spokojnym żarem przeświadczeń, brzmiały mocą rozkazów. Mało kto mu się przeciwił lub w czem kontrował.
Wzywano też parę razy Zarębę, w materyach warszawskiego powstania indagując. Składał wyjaśnienia, jak powinne raporta, głosem nie dopuszczającym wątpienia, i powracał na swoje miejsce w kordegardzie w coraz większej denerwacyi. Wiedział, iż ostateczna decyzja wybuchu zapaść musi nieodwołalnie. Słyszał zdeterminowaną godzinę, porządek i miejsce, gdzie jutro ma być ogłoszony powszechności akt powstania; lecz pomimo tego miotały nim wciąż głuche obawy, żeby coś nie stanęło na przeszkodzie. Ćmił lulkę za lulką i promenował się po sieni, nie mogąc ustać ni usiedzieć na jednem miejscu. Co chwila też przez drzwi uchylone patrzył na głowy mężów ważących losy Polski, na ich twarze pobladłe, zradlone trawiącemi udrękami, przegryzione smutkami, a niekiedy rozjaśniane płomieniami nadziei. Grały w nich dusze żywe, czujące i oddane ojczyźnie. Miał ich za najgodniejszych w narodzie obywatelów, czcił na równi z najsławniejszemi w przeszłości, ale główną wagę położył na Kościuszce. W niego patrzył, niby w słońce, przyjmując ze drżeniem serca, każdy dźwięk jego głosu. Niepokoiła go jednak jego nieprzenikniona twarz, niby księga, tajnemi znaki pisana i na siedem pieczęci zamknięta. Niepodobna było z niej nic wyczytać. Jeno rozpłomienione oczy zdawały się oskrzydlać te w marmur zakrzepłe rysy.
— Maskali to, czy nieczułość? — rozważał, lecz nim doszedł responsu, odciągnął jego uwagę dość żywy spór, jaki się był zawiązał między Sz. Linowskim a ks. Dmochowskim, który pokazując się zaciekłym Jakobinem, pragnął uformować insurekcyę nie tylko na maksymach francuskiej rewolucyi, ale, co znamienniejsze, i na jej krwawych praktykach, nie przebierających w środkach. Wspierał swoją racyę uczonemi cytacyami, ognistą wymową i dosadnemi słowy. Linowski zaś gromił jego opinię z wytrawną i spokojną sztuką szermierza, pewnego swej ręki i oka, zadając mu raz poraz dotkliwe ciosy szyderstwem i drwiącą pobłażliwością, przyczem nie omieszkiwał najzjadliwiej zaczepiać jego patrona i przyjaciela, ks. Kołłątaja. Wspierał go w tem Wodzicki, okazowujący sankulotom wzgardę i uważający hersztów rewolucyi za opętanych zbrodnią ludojadów.
— Ale te ludojady — zawrzał gwałtownie ks. Dmochowski — ogłosiły prawo człowieka, ugruntowały równość, wywyższyły cnotę, rozumowi dały powinne miejsce, uczciły starość i sieroctwo, w nędzarzu pokazały brata, obaliły przesądy, tyranom wypowiedziały wojnę, przemocy najeźdźców wybiły zęby i zbawiły ojczyznę! Te ludojady dały światu nową religię: równość, wolność i niepodległość! Gdzie, kiedy i kto dokonał większych czynów?
— Koniec litanii taki — wtrącił żywo Linowski. — Zdetronizowali Boga, złupili kościoły, króla powlekli na gilotynę, delatorstwo uczynili powinnością republikanina, zbrodnię uznali zasługą, kradzież nazwali konfiskacyą, wolność opinii ogłosili zdradą, terror postawili w miejsce prawa, uliczne gamratki wynieśli na boginie. Szpieg, gilotyna i kat, oto ich nowa wiara, nazbyt obmierzła dla dusz cnotliwych, a już dla Polaków zgoła niepojęta. W naszej walce o podźwignięcie Rzeczypospolitej będzie po staremu »Bóg i ojczyzna« hasłem jedynem.
— Nie straszą mnie ich zbrodnie czy błędy, kiedy to jedno chowam w pamięci, że walczą z tyranami, giną za wolność i zbawiają ojczyznę! — powiedział Kapostas.
— I w tem ich nieśmiertelna zasługa — zakonkludował Kościuszko — ale wracajmy do naszych spraw, właśnie ks. Dmochowski ma złożyć pewne relacye.
Ksiądz natychmiast zaczął z równym żarem i porywczością odsłaniać zabiegi, czynione przez egzulantów, rozproszonych po Europie, a mających na celu sformowanie zbrojnej ligi przeciwko Rosyi. Turcya, Szwecya i Francya, oto były potencye, dyszące słuszną nienawiścią przeciwko najgroźniejszemu tyranowi świata. Nieustanny wzrost jej potęgi zagrażał wszystkim niewolą i upadkiem. Wspólny wróg przymuszał do wspólnej obrony granic i wolności. Co zagrażało Polsce, zagrażało jednako wszystkim socyuszom. Ksiądz opowiadał obszernie. Zarzucono go pytaniami, więc rozwodził się nad miarę, aż zniecierpliwiony Kapostas zapytał wręcz:
— Jakaż konkluzya? Występują przeciwko Moskwie razem z nami?
— Wystąpią, to pewne; ale aktualnie Turcya jeszcze nie gotowa, Szwecya dopiero rozpoczyna zbrojenia, zaś Francya zwłóczy z decyzyą z dnia na dzień.
— Znaczy: sami rozpoczynamy wojnę z trzema potencyami.
— Austrya się nie liczy — wtrącił żywo Dmowski — pozostanie w neutralności.
— Dopóki się nam nie powinie noga; wtedy skoczy nam do gardła i wydrze ostatnie bebechy! — odezwał się milczący dotychczas J. Ślaski.
— A układało się jak najpomyślniej — podjął znowu ks. Dmochowski — Francya miała pchnąć wojska na Ren i zatrudnić króla pruskiego, Wielkopolska miałaby wtedy rozwiązane ręce. Turcya ze Szwedem następować mieli z dwóch stron na Moskwę, a my z trzeciej najważniejszej. Taki układ zapowiadał najlepsze dla nas konjuktury. I zapowiada. Nie gotowi dzisiaj, gotowi będą za miesiąc. Mamy w tym względzie wiarygodne zapewnienia.
— My już czekać nie będziemy — zdeterminował Wodzicki.
— Kości rzucone! Niechaj się stanie, co się ma stać — dorzucił posępnie Kapostas.
— Liczymy już tylko na siebie i na własne męstwo — zabrał głos Kościuszko. — I zwyciężymy, jeśli nie zbraknie nam ducha poświęceń. Słuszność za nami. Przebrała się miara przemocy i zbrodni. Niechaj oręż rozstrzyga o naszych losach. Podnosimy sztandar walki o wolność, całość i niepodległość! Tylko Opatrzności wiadomo, co nam zgotuje fortuna. Zasię, chociażby losy zgotowały nam klęskę, pozostawimy rodakom testament usque ad finem. Ale dalsze odkładanie wybuchu byłoby rezygnacyą i pogrążeniem całej sprawy. Cóż bowiem poczniemy, jak nam zdezarmują wojska, najcnotliwszych obywatelów uwiężą, najzdatniejszych oficyerów rozproszą, zasoby zniszczą, arsenały rozkradną, ducha przygaszą i cały kraj wezmą w kajdany? Strach padnie na powszechność, a reszty dokona małoduszność i egoizm! Jeśliby nam wtedy przyszli nawet z pomocą przyjaciele, będzie za późno; grób się już zawrze i staną przy nim liczne straże. A co najgorsze, zbraknie ducha, ludzi i organizacyi. Poniechajmy zatem próżnych deliberacyi, bowiem przed nami tylko ta jedna droga:
— Śmierć albo zwycięstwo!
Porwali się z miejsc, strzeliły oczy i wraz wyrwał się zgodny okrzyk:
— Śmierć albo zwycięstwo!
— Zatem przystąpmy do rozważania generalnego planu powstania.
Pisać, regestra Korony, Wielkopolski, Litwy i wojsk ukrainnych rozkazał.
Jedenasta zaczęła wybijać, kiedy skończyła się narada i ostateczna decyzya zapadła; zwarły się mocno dłonie, jakby w niemej przysiędze, skrzyżowały się wierne spojrzenia, i pierwszy przemówił Wodzicki, pochylając głowę przed Kościuszką:
— Powszechna ufność w twoje ręce składa ster skołatanej Rzeczypospolitej.
— Wola narodu w tobie upatruje jedynego pana i zbawcę.
— Twoje cnoty, twoje czucia i twój geniusz, oto czem zbawisz i podźwigniesz.
— Obywatelu-Naczelniku, w tobie wszystka wiara i nadzieja Polski.
— Każesz umierać, padniemy co do jednego. Rozkazuj, Dyktatorze!
Leciały korne słowa do stóp prawego Naczelnika narodu. Nie odzywał się, może nawet nie słyszał, co do niego mówiono. Stał podobien ognistemu posągowi, w żarach wszystek i płomieniach. Majestat bił od niego, nieledwie świętość. Chwila była wzniosła i poruszająca do łez. Wiedzieli, jako tylko śmierć prowadzi do wolności, i dobrowolnie wybrali śmierć. Nikt się nie zawachał. Sami się dawali na ołtarz całopalenia, by ofiarą własnej krwi kupić u losów szczęście ojczyzny. Zaiste, obraz to był bohaterów. Odchodzili w uroczystem milczeniu spełnionej powinności. Szli amfiladą ziemnych pokojów do tajnego wyjścia, poprzedzani przez adjutantów z zapalonemi światłami. Nie wiedział nawet, kiedy odeszli; dopiero trzask zawieranych drzwi zbudził jego uwagę. Obejrzał się na strony. Był sam jeden. Wielka komnata, pogrążona w słabych brzaskach świateł, zaledwie dawała się objąć oczami. Ze ścian wyzierały konterfekty mężów zasłużonych w narodzie, gdzieniegdzie widniały starożytne zbroje, stały farfurowe wazy, dające podobieństwo bukietów rozkwitłych, polśniewały oślepłe ze starości zwierciadła i przygasłe złocenia. Staroświecki sprzęt surowym kształtem gęsto zalegał pawimenta. Obejrzał się raz jeszcze i ruszył do stancyi, przeznaczonej sobie na kwaterę, lecz nagle zatrzymał się przed progiem. Owo między oknem a drzwiami wyłoniła się przed nim jakby groźna chmura.
Dźwigał się na koniu olbrzymim skrzydlaty rycerz z kopią złożoną do ataku. Orle skrzydła u ramion, czarna, złotem nabijana zbroja i szyszak, powiewający czubem czarnych piór strusich, nadawały mu pozór majaczenia. Z poza opuszczonych krat przyłbicy jakby świeciły spojrzenia, zaś koń, cały w blachach i łuskach, zdawał się brać pęd bojowy. Skrzydlaty rycerz uderzał z furyą na niewidzialnego wroga, porywała go jakaś moc, niczem niepohamowana. Zdał się być wichrem, w kształt rycerza zaklętym, posępnym widmem chwały i świetności dawno struchlałych pokoleń.
Kościuszko pochylił głowę jakby przed cieniem zjawionej w tej wielkiej godzinie, duszy praojców i nawrócił z powrotem do stołu. Ale skrzydlaty majak przysłonił mu sprawy najbliższe i zakrył niepokojące myśli. Upłynęło sporo czasu, nim jął odczytywać na nowo gotowy już do podpisów i proklamowania publicznego akt insurekcyjny.
— Jeszcze parę godzin, a słowo stanie się ciałem! — pomyślał i odwrócił się gwałtownie, odniósł bowiem wrażenie, jakby ktoś wypowiedział te słowa. Nie było jednak nikogo w komnacie. Pałac Wodzickich, gdzie okoliczności zakwaterowały go na tę pamiętną w dziejach noc z 23 na 24 marca, zdawał się jakby wymarłym. Za oknami również leżało milczenie i czaiła się zimna, przemglona noc. Na niebo, zawalone skołtunionemi chmurami, wypływał księżyc, podobien srebrnemu korabiowi, wynurzającemu się z odmętów. Odłożył manifest, gdyż myśli o jutrze — o tem jutrze, przygotowywanem i wymarzonem w długie, nieprzespane noce, porwały go w szpony udręczeń.
Spróbował zajrzeć w przyszłość i cofał się w zabobonnym lęku, jakby przed obliczem groźnej prawdy, wyłaniającem się z ciemności przeznaczeń. Biorąc taką dyspozycyę umysłu za skutek przemęczenia trudami dni ostatnich, poszedł do swojej stancyi i jak był stał, rzucił się na łoże, nagotowane za parawanem z zielonej kitajki. Ale i tam nie opuściła go troska czująca, i tam dopadły dręczące pytania i obsiadłszy duszę, jakoby śladem drapieżnego ptactwa, złowróżbnie zakrakały.
Po chwili Zaręba zobaczył go znowu na wielkiej sali pochylonym nad planami. Późno już było, świece w pająku gasły jedna po drugiej, coraz mroczniej spozierały ze ścian oczy konterfektów, coraz mgliściej rysowały się sprzęty, a skrzydlaty rycerz stawał się jeno cieniem, ledwie dojrzanym. W tem jakieś krzesło odsunęło się gwałtownością i zaskrzypiała posadzka. Zaręba stanął we drzwiach. Kościuszko promenował się zwolna, cyrkulując do koła stołu, i raz poraz przystawał, by coś zobaczyć na mapie lub przeczytać w regestrach. Uderzyła północ. Duszno mu się naraz zrobiło, powietrze, nazbyt nagrzane i przejęte zapachami świec gasnących, przyprawiało o zawroty głowy, zaś ta sala wydała się naraz jakby grobową izbą, pełną ciemności i nieodgadnionych przerażeń.
— Otworzyć okna! — rzucił krótki rozkaz, spełniony w milczeniu przez Zarębę.
Wystawił zgorączkowaną twarz na chłodne powiewy. Noc wtargnęła do sali, a wraz z nią spłynęły dźwięki jakiejś oddalonej muzyki.
— Kapela o północy, co to znaczy? — spytał oczekującego rozkazów Zarębę.
— Hejnał z wieży Maryackiej, jak zwyczajnie, przegrywany co godzina.
Hejnał rozgłaszał się coraz cudniej, jakby noc zaśpiewała senną litanię mrących godzin. W niezgłębionej cichości i ciemnościach rozświergotały się złociste trele, niby ptakowie przed wschodem, śpiewający radosną pieśń do słońca. Polały się perliste kaskady i wytryskały dzwonne fontanny. Słodko zaszeleściły deszcze niebiańskich melodyi. Gorącym i niebosiężnym pacierzem grała niewidzialna kapela. Płomiennemi usty zdały się śpiewać zburzone ciemności. A kiedy hejnał przechodził w ledwie dosłyszane pianissima, powietrze zdawało się drgać jakby warem szemrzących w południową spiekotę kwiatów, jakby wonnym pogłosem zbóż, przegarnianych skrzydłami omdlewających żarów. Ziemia śpiewała niebu hymn szczęścia. Zasię chwilami dominował głos mocny, uroczysty i rozległy — niby głos duszy samotniej, wyznający się wszystkiemu światu ze swoich nieśmiertelnych tęsknot i marzeń. Zaczem podniosły się jakieś skargi jękliwe, jakieś żałosne błagania zawodziły w przemglonych pustkach, jakieś szlochy zrozpaczonych. Lamentowała straszna nędza żywota.
Odstąpił na stronę, przyjęty do żywego i wzburzony. Nagła niemoc ogarnęła nim, że zasiadł ciężko przy stole. Myśli wzięły inny zgoła obrót, chwiejny i smutny. Poczuł się, jak człowiek, gdy mu zbraknie gruntu pod nogami, a on stanie w bezradnej męce zrozpaczenia i niepewności.
»Powszechna ufność składa w twoje ręce ster skołatanej Rzeczypospolitej« — zadźwięczały mu w mózgu słowa Wodzickiego. Zatargał się w sobie, w skroniach zabiło młotami, serce przestawało bić, cofał się w przerażeniu jakby przed straszliwą zjawą Golgoty.
A gdzież król, strażnik namaszczony? Gdzie hetmani? Gdzie urodzeni przewódcy tej ziemi nieszczęsnej? Czemuż nie stają na czele? — szeptały pobielałe wargi w stronę skrzydlatego rycerza. — Czemuż złożyli na moje słabe barki ten ciężar nadludzki? Zali godzien jestem takiego wywyższenia?
— Zali podołam i wydźwignę? — myślał coraz trwożniej i w tym chwilowym upadku ducha zobaczył wszystko zgoła niemożliwem do dokonania. Zdumiewał się nawet własnemu zuchwalstwu. Słabym się naraz poczuł, samotnym i bezradnym, jak źdźbło, przymuszone stawiać czoło nawałnicom. Walczył jednak ze sobą, łamał się i szamotał. Burza się w nim rozszalała. Myśli się rwały, niby ogniki, szarpane przez wichry. Bezsilność dawała gorzki posmak rozpaczy. Klęski widział, upadek, zatratę, a co jeszcze przed godziną zdało mu się niezłomne i pewne, waliło się teraz struchlałem rumowiskiem. Straszna noc zwątpienia opadła duszę.
— Boże miłosierdzia! Boże! — jęczał, rozpięty na krzyżu nadludzkiej męki.
Wybiła pierwsza. Zaręba, jakby skamieniały, stał w drzwiach kordegardy, nie spuszczając z niego oczów. Rozumiał, co się w nim dzieje, i ujrzawszy respons na swoje niepokojące pytania, cierpiał wraz z nim nieopisane udręki.
Naraz Kościuszko, jakby uciekając przed ostatecznem zwątpieniem, rzucił się do planów porozkładanych na stole. Szukał ratunku w regestrach i sumaryuszach sił zbrojnych, czytał długie litanie spiskowców po województwach. Przeglądał ranglisty oficyerów, podkreślając niektóre nazwiska. Rozpatrywał miejsca, zajmowane przez nieprzyjaciół, wykreślał marsze, konotował jakieś dyspozycye, obliczał zasoby i snać generalny obraz przedstawił się pomyślnie, gdyż odetchnął z widoczną ulgą. Rumieniec okrasił jagody i oczy nabrały blasków. Tak się jednak utrudził tą gorączkową pracą, przystąpił do okna zaczerpnąć powietrza. Owiał go przejmujący chłód i myśli wróciły do dawnego biegu. Pojrzał w niebo, w przymglone migoty gwiazd, w bezkresy ciemności, w niepojęte dalekości. Nieopowiedziana tęknota poniosła go na jakąś wyżę, z której oczami duszy ogarnął całą polską krainę. Leżała w mrokach i w milczeniu. Zasnęły nawet wichury i burze. Sama noc zdała się być snem. Jako ptak powracający z dalekich lądów, krążył w głuszy, aż przypadł piersią do ziemi ojczystej i ogarnąwszy ją wszystką mocą miłowania, poczuł, że jego serce bije zgodnie i za jedno z milionami serc współbraci. I wraz z tem przeświadczeniem spływała w niego moc całego narodu, niezłomne męstwo i determinacya walki usque ad finem. W tej chwili łaski stawał się duszą i czuciem powszechności jej sumieniem, nieśmiertelną wiarą i prawem.
— Podołam i wydźwignę! — ślubował, podnosząc czoło, spromienione gloryą bohatyrskiego posłannictwa. I z taką mocą zestrzeliły się w nim wszystkie potęgi, że zajaśniał nadziemską pięknością.
Poczuł się wodzem narodu i sprawcą jego przyszłych losów.
Słuszna duma zagrała mu w piersiach mocą wywyższenia i dobrowolnie przyjętej ofiary. Rozumiał bowiem, jako bierze na barki ciężki krzyż i dźwigać go powinien aż do końca dni swoich. Los wynosił go na szczyty niedostępne zwykłym śmiertelnikom, na szczyty Golgoty. Nie uchylił się jednak przed cierniową koroną przeznaczeń. Wszak już umierał dla siebie, aby żyć dla ojczyzny i ludzkości. Przeznaczenie formowało z niego nieśmiertelny płomień, by narodowi rozświecał ciemne i straszne drogi niedoli.
— »Ani z soli ani z roli, ale z tego, co mnie boli, wyrosłem« — przyszły do pamięci słowa Czarnieckiego. Treścią były najgłębszą i jego istności. Wszak z bólu wzięła się jego moc. Męką karmiła się jego dusza przez wszystkie lata żywota. Przemoc, tyrania, niesprawiedliwość, oto wiecznie krwawiące rany jego serca, oto generalni wrogowie. I niedość będzie wypędzić nieprzyjacioły, niedość uwolnić Polskę od hańbiącego jarzma i z ratować dobytek wieków — trzeba jeszcze podźwignąć rodaków do słońca cnoty i prawdy.
Bo służyć Polsce, to służyć powszechnemu szczęściu, to pomnażać i utrwalać sprawiedliwość, to służyć ludzkości — zagłębiał się w górne rozważania.
Wybiła druga godzina. Ostatnia świeca w pająku dogasała i w jej konającym blasku dojrzał po raz ostatni skrzydlatego rycerza. Zdał się unosić w powietrzu, furyą bojową porwany. Jakby słyszeć się dawały poszumy jego skrzydeł, szczęk zbroi, tententy rumaka i ogromny, niebosiężny krzyk, a tak wyraźnie, aż mu się to widziało cale niezwyczajnem.
— Obraz to polskiej duszy doskonały — szepnął w zadumie i z tem dziwnem wrażeniem rzucił się na kanapę, żeby nieco rozprostować kości; spać mu się zgoła nie chciało. Ale przemogły go trudy i zmęczone myśli i czucia osunęły się bezsilnie w ramiona zapomnień. Zasnął głęboko pod strażą milczenia. Skrzydlaty rycerz czuwał nad nim. Strażowały dostojne męże, spozierające z konterfektów tkliwemi oczami. Wartę trzymał Zaręba.
Godziny przechodziły, niby wędrowce, niewiadomo, dokąd spieszące, biły, jak ślepe ciosy przeznaczeń, a każda przynosiła jakąś wiedzę tajoną o jutrze, a każda, niby harfa, rozdrgana czuciami całej Polski, a każda błogosławiła go na dzień jutrzejszy na wielki czyn zmartwychpowstania.
Wiatr uderzył w okna, szyby rozbieliły się świtaniem, budził się przemglony dzień; na mieście pomimo wczesnej pory podnosiły się gwary i ruch zgoła niezwyczajny: dudniały przetaczane harmaty, grały trąbki, dawał się słyszeć akuratny tupot maszerujących wojsk, niekiedy przelatywały konne oddziały, nawet sygnaturki kościołów rozświergotały się dzisiaj wcześniej.
Równo też z uderzeniem szóstej Kościuszko zerwał się na nogi.
Fiszer, oczekujący już z raportami w małej stancyi, aż oniemiał na jego widok; tak mu się wydał przemienionym. Kamienna szarość powlekła mu twarz, brwie spinały się groźnie niby lwie, oczy patrzyły, jako niezgłębione otchłanie, wyraz znaczył się w twarzy surową powagą i namaszczeniem, a wszystka postać pokazowała jakoby obraz Mojżesza po rozmowie z Panem. Zdawał się, jako i tamten, powracać na świat z tablicami Nowego Zakonu. Bił od niego majestat i potęga prawego Wodza Narodu.
Fiszer, z przyrodzenia wesoły i krotochwilny, a jako adjutant, socyusz i przyjaciel, przypuszczony do wszystkich sekretów, w tej jednak chwili stracił zupełnie kontenans, nie wiedząc, co z sobą począć. Dał spokój raportowaniom i nie śmiejąc przerywać milczenia, jął niby to porządkować kancelaryę; lecz wszystko leciało mu z rąk i serce tłukło się coraz niespokojniej.
Dopiero, kiedy Kościuszko zwrócił na niego oczy, sprężył się, ponawiając raporta.
— Na potem sprawy. Pójdziemy na mszę do Kapucynów. Gwardyan czeka — przerwał mu i przypasawszy szablę, okrył się płaszczem i ruszył naprzód.
W ulicach leżał jeszcze mrok i tłukły się rzadkie, wilgotne mgły. Gdzieś z rzadka człapały po błocie niedojrzane postacie żołnierzów i w różnych stronach miasta głucho warczały bębny.
— Obsadzają bramy. Rozprowadza wojsko kapitan Wasilewski.
Kościuszko nie odpowiadając, wyprzedził go nieco i do klasztornej furty zakołatał. Otwarła się przed niemi posępna ulica korytarza. Weszli bocznemi drzwiami do kościoła, w głębokie mroki, ledwie zmącone świtaniem, lejącem się przez wązkie witraże. W pustych i mrocznych nawach leżała taka cichość, że kroki rozlegały się łomotem grzmotów. Ogarnęło ich powietrze, przesycone zapachami kadzideł, wosku i pleśni.
Właśnie, gdy wchodzili, zapalano świece na wielkim ołtarzu i posunął się na przywitanie Wodzicki w asyście J. Ślaskiego, Linowskiego, Dębowskiego i generała ziemiańskiego, G. Taszyckiego. Przywitali się w milczeniu, bowiem gwardyan już wychodził ze mszą, że tylko Linowski zdążył szepnąć:
— Ks. Dmochowski eksplikuje się z nieobecności słabością.
Kościuszko, przyklęknąwszy na środku przed ołtarzem, wsparł czoło na główni szabli i znieruchomiał w jakichś kontemplacyach.
Msza była cicha i tylko niekiedy rozbrzmiewał starczy głos księdza lub dzwonki wybuchały brzękliwie. Gwardyan biały, jak gołąb, z brodą siwą i długą, wyschnięty na szczapę, dawał postać świętego ze starych obrazów. Odprawiał nabożeństwo na intencyę insurekcyi ze szczególną żarliwością, zaś ilekroć odwracał się od ołtarza, jego przełzawione oczy spływały na głowę Kościuszki warem niemych, serdecznych błogosławieństw.
I wszyscy zdawali się modlić również gorąco, zarówno Jakobin Taszycki, jak i człowiek starego autoramentu Wodzicki, jednako w tym momencie błagali Opatrzności o pomyślność sprawy. Wszak nie o partykularne sukcesy prosili Pana Zastępów, lecz o zmiłowanie nad ojczyzną, choćby kupione własnemi ranami lub śmiercią. I snać całą duszę zawierali w modłach serdecznych, bowiem rozogniały się im twarze, trzęsły wargi spieczone, a w oczach świeciły łzy.
Na ofertoryum starym zwyczajem wyrwał szablę z pochwy Kościuszko i potem złożył ją na stopniach ołtarza. Wraz też zamigotały błyskawice i wszyscy rzucili obnażone żelaza i poklękali pokornie. Gwardyan przystąpił do ceremonii poświęcenia; lecz kiedy odmówiwszy modlitwy, zaczął kropić wodą święconą złożone szable, ręce mu się zatrzęsły, zbrakło sił, że ledwie powstrzymując łkania, zaszeptał z niezwyczajnym żarem:
— Za znieważony majestat Rzeczypospolitej! Za wolność! Za niepodległość! Za...
Reszta słów uwięzła w gardle i wsparłszy się na ołtarzu, rzewnie zapłakał.
Zaś te męże hartowne w ogniach bitew, te męże azardom śmierci nieulękle zazierający w oczy, te męże wybrane z pośród tysięcy zaszlochały długo tajonym, ciężkim płaczem. Ważyli się na święte dzieło podźwignięcia ojczyzny, więc wszystkie troski, wszystkie obawy i nadzieje sparły im serca w tej chwili ostatniej, takiem udręczeniem, że łzy wytryskiwały ze samego dna wzburzenia i denerwacyi.
Gwardyan, opanowawszy nieco rychlej roztkliwienie, podał im patynę do ucałowania i pobłogosławiwszy każdego z osobna, dokończył mszy.
Wyszli z kościoła, dziwnie skrzepieni na siłach i zdeterminowani.
Dzień się był zapowiadał pogodny, mgły zwolna opadały, odsłaniając spiętrzone wieże i dachy Krakowa, było już po siódmej, miasto wylęgało na ulice. W głównym rynku rozgłaszały się łoskoty bębnów, kroki tysięcy i niemałe gwary. Ratuszowy dzwon nieustającem dzwonieniem zwoływał obywatelów.
— Mamy jeszcze sporo czasu — zauważył Kościuszko i pozostawiwszy towarzyszów w bramie pałacu Wodzickich, oddalił się z Fiszerem na swoją kwaterę.
Tymczasem w sali pałacu na pierwszem piętrze, widnej, ogromnej i za dnia jeszcze wspanialej się pokazującej, zbierali się ci wszyscy, którzy mieli asystować przy ogłoszeniu aktu powstania. Pierwsze miejsce, jako gospodarz i wiekiem najstarszy, brat generał Wodzicki. Potem szli: Kapostas, ks. Dmochowski, kasztelan Dębowski, hr. Moszyński ze Zbylitowskiej Woli, szambelan Linowski, T. Czacki, G. Taszycki, dwaj Ślascy: Andrzej i Jan, obaj wielcy patryoci, formujący oddziały kosynierów z niemałym uszczerbkiem własnych fortun, oraz paru oficyerów. Liberya roznosiła kawę i jej rzeźwiący zapach przepełniał komnatę. Tak jednak byli rozanimowani, iż mało kto wyciągał rękę po filiżankę.
Godzina, wyznaczona na ceremonię, zbliżała się zwolna, lecz nieubłaganie, przejmując wszystkich coraz większem zdenerwowaniem. Głosy wybuchały nieoczekiwanie i niewiadomo, dlaczego, zalegały niepokojące, długie milczenia. Spojrzenia szarpały się, jak pobłąkani ptakowie. Ktoś promenował się nieustannie, przeraźliwie skrzypiąc butami. Byli, którzy wciąż wyglądali oknami. Żadna rozmowa się nie wiązała, urywano wpół zdania i rozchodzono się bez widocznych powodów. Dygotały udręczone serca, zrywały się ciężkie westchnienia i przyspieszone oddechy. Ktoś gorzko się użalał na własny pektoralik za fałszywie pokazywane godziny. Ktoś znowu natarczywie indagował Kapostasa o Warszawę, pomimo iż nie dostał ani słowa responsu, gdyż bankier, wciśnięty w głęboki fotel, przyglądał się z natężoną uwagą skrzydlatemu usarzowi. Linowski, z papierami pod pachą, nieustannie kogoś zagadywał i obdzielając w zamian cichemi uwagami, kręcił się niespokojnie po sali. Czacki po sto razy zbliżał się do półek z książkami, wyciągał po nie łakomie ręce i nawet nie tknąwszy, odchodził spiesznie przyglądać się konterfektom. Tylko generał Wodzicki pozostawał zimny i spokojnie baczący na wszelkie okoliczności. Co chwila bowiem odbierał od ordynansów jakieś ciche doniesienia z miasta i co chwila również rozsyłał rozkazy przez Biegańskiego i drugich oficyerów, że prawie nie zamykały się drzwi od kordegardy. On zaś, przybrany, jak na taką chwilę przystało, w paradny mundur, przepasany orderową wstęgą, w białej peruce, wysoki, chudy, z poradloną twarzą żołnierza, któremu życie zbiegło w posługach Rzeczypospolitej, siedział pod jednem z okien, zapamiętale kurząc lulkę i ledwie dojrzany w obłokach dymów.
Czas wlókł się niemiłosiernie wolno, że już ogarniało wszystkich wzburzenie z denerwacyi wyczekiwań. Więc gdy się ukazał pomiędzy nimi Kościuszko, w sali uczyniło się jakby jaśniej i weselej. Porwali się witać, jakby dawno niewidzianego. Wszystkie oczy wpiły się w niego z natarczywością. Zarzucono go pytaniami, a otoczywszy, nie pozwalano prawie się ruszyć z miejsca.
W obejściu dworny i prosty zarazem, foremnej postaci, z włosem nieco zwichrzonym, z czołem jasnem i otwartem, piękny wyrazem dobroci, o spojrzeniu wyniosłem i jakby zadumanem, ujmujący słodyczą, uśmiechem i szlachetnością, dawał ze siebie obraz człowieka, w którym nie mogła postać nikczemność, fałsz ni egoizm. Promieniował, niby słońce — ogrzewał i rozjaśniał. Może byli w narodzie więksi od niego wodzowie i statyści, ale nie było większego serca, większego umiłowania ojczyzny i większej cnoty poświęceń. Przeto górował, jako orzeł w locie podniebnym nieprześcigły.
Spoglądano w niego z uwielbieniem. Rozjaśniły się najchmurniej zasępione oblicza i spokój wracał do serc. Ożywili się, jakby im nagle do żył zwątlałych napuszczono świeżej i bujnej krwi.
Kościuszko, pomówiwszy prawie z każdym, zabrał się do picia kawy, gdy kapitan Wasilewski wpadł do sali meldując zadyszanem głosem:
— Jmć Lichocki z rajcami miejskiemi. Mają sobie za dyshonor powolność rozkazom p. Generała! — dodał bez ukrytej intencyi.
Jakoż wszedł F. Lichocki, prezydent Krakowa, w asyście Jmci pp. Czałczyńskiego, wiceprezydenta, T. Krzyżanowskiego, syndyka, i J. Wytyżkiewicza, zarządcy. Wchodzili odęci i rozsrożeni, dając poznać minami, jako ulegają jeno przymuszeniu. Szczególniej Lichocki, nadmiarę ambitny i zadufany w swojem dostojeństwie, pokazywał lekceważenie dla zgromadzonych, uważając ich za uzurpatorów i warchołów.
Wodzicki powstał na niego z gniewem.
— To ty, niegodziwcze, jesteś prezydentem Krakowa?
— Ja nim jestem — odparł czerwieniąc się, srodze dotknięty traktamentem i rozumiejąc, że mu to nic dobrego nie wróży.
— Wiedziałeś, że Łykoszyn będzie uciekał z miasta i znać mi o tem nie dałeś!
— Nie wiedziałem — wystawił się mężnie — a że tam krupne baby na trecie mełły ozorami o spodziewanem wyjściu Moskali, nie sądziłem powinnością moją takowe bajki Generałowi donosić...
— Nie rzucaj mi kilimkiem w oczy, niegodziwy arystokrato!
— Nigdy nie miałem dyspozycyi do łgarstwa — zaperzył się — opowiem z rzetelnością jak było: Owo wczoraj z rana o piątej godzinie, kiedym jeszcze spał, dobił się do mnie sierżant moskiewski i powiada: Jest rozkaz od JW. Łykoszyna, komendanta, byś, panie prezydent, zaraz do niego przyszedł, bo będziemy wychodzili z miasta.
Kazałem przywołać Zaydlera, prowentowego, i poszliśmy. Kiedym dochodził jego kwatery, właśnie z bramy wyjechała w kolasce Łykoszynowa, a szwadron jazdy i kozacy stali gotowi pod kamienicą. Na kwaterze, już w pustych pokojach, zastałem Łykoszyna. Oddał mi książki, pożyczone od p. Heppena, klucze od wypróżnionych magazynów i powiada:
— Bądź zdrów, prezydencie, a daleko do Pińczowa? Czy zdążę tam na południe? — Poczem wypadł z domu, siadł na konia i na czele jazdy wyjechał z Krakowa przez Sławkowską bramę. Prawdziwość mojej relacyi mogą poświadczyć wszyscy. Ani słowa nie ująłem, ni też dodałem.
Generał Wodzicki mimo takich eksplikacyi, powsiadłszy na niego, zekpał od ostatnich, aż Kościuszko, chcąc nieco załagodzić sytuacyę, przytrzymał Lichockiego za pas i powiedział:
— Mój panie prezydencie, nie wchodzę ja w to, jakim byłeś względem Moskali, ale spodziewam się, że i dla mnie będziesz grzecznym. Cóż, rozkazałeś swoim pachołkom zwoływać lud pod ratusz?
Rumor wchodzących zgłuszył dalszą rozmowę, weszło bowiem paru oficyerów, a pomiędzy nimi Fiszer z Zarębą.
Naraz bębny zagrały i zadudniała ziemia pod ciężkimi krokami.
— Batalion Czapskiego bierze dyrekcyę na rynek; i my tam zaraz ruszymy — objaśniał cicho Fiszer.
— Ja się wysunę naprzód. Mój moderunek tak w drodze ucierpiał, że wstyd mi ściągnąć na siebie oczy. Wolę się zaszyć między pospólstwo. Radbym się też dowiedział o duchu Krakowa, co mi snadniej dopiąć w pojedynkę — odpowiedział Zaręba i upatrzywszy sposobną porę, wydostał się z pałacu.
Ogarnęło go prawie wiosenne powietrze. Nad miastem wisiały postrzępione mgły, przez które tu i owdzie przecierały się błękitne płaty nieba i wały białych chmur, a chwilami słońce blade, niby opłatek. Dzień podnosił się pogodny, od pól pociągał wilgotny chłód, przejęty surowym oddechem ziemi, a chociaż po ogrodach i głębokich fosach leżały jeszcze kupy zczerniałych śniegów, już pierwsza wiosna pachniała w dziwnie słodkiem powietrzu. Ptaki świergotały po nagich drzewach i blankach murów, a coś niepojęcie radośnego dźwięczało w głosach i zdawało się rozpierać wszystkie serca. Snać i te wiośniane podmuchy zrobiły swoje, bo Kraków przybierał zgoła niezwyczajny wygląd, gdyż tłumy, świątecznie wystrojone, rozanimowane, burzliwe i wesołe, wylęgały ze wszystkich domów. Każda z ulic stawała się bełkotliwym, szumiącym strumieniem, którym mrowia ludzkie spływały w główny rynek, jakoby w morze rozburzone, sfalowane i tysiącami głosów bijące. A nad tem zlewiskiem, ujętem w cembrowiny prawiecznych kamienic przedziwnej struktury, Maryackie wieże strzelały w błękity, wynosiły się spiętrzone dachy i attyki, misterne zręby Sukiennic, strażowała potężna wieża ratusza, i jakoby w czas przypływu mewy, tak kołowały nad głowami stada białych gołębi. Prospektus był bardzo cudny, do zastanowienia zmuszający.
Martwe zazwyczaj miasto budziło się z długiego letargu i na głos powinności ojczyźnie stawało do apelu. Bowiem wielkie polskie święto miało się obchodzić na tym prastarym rynku, wpośród tych murów odwiecznych, które widziały Łokietków, widziały Kazimierzów, widziały Jagiellonów, widziały Batorych i Sobieskich, gdzie przez długie wieki srebrne surmy rozgłaszały chwałę zwycięstw, gdzie odprawowały się hołdy pruskie i moskiewskie, gdzie koronacyjne pochody, tryumfalne wjazdy, przewagi głośne na świat cały, zasługi bohaterów i wielkość Rzeczypospolitej świeciły nieśmiertelnymi blaski, gdzie snuły się nieprzeliczone pokolenia, gdzie przepływały czasy świetności, zarówno jak i klęsk, gdzie każdy kamień przemawiał głosem przeszłości, gdzie każdy wiek trwał zaklęty w kształt godny siebie. W tem przenajświętszem sanktuaryum Polski, pod Wawelskiem wzgórzem, stojącem na straży »narodowego pamiątek kościoła«, miał znowu zahuczeć Zygmuntowski dzwon na zmartwychpowstanie.
Wśród tych murów, niby w »arce przymierza między dawnemi a nowemi laty«, miała się rozgłosić ewangelia nowego żywota narodu. Więc też z pod łachmanów nędznego bytowania zaczynała przezierać królewska purpura odwiecznej stolicy. Dumny majestat przeszłej wielkości zdawał się mieć swój tron w każdym, choćby najlichszym pachołku. Snać czucie tego było powszechnem, gdyż kto jeno żył, spieszył na rynek i dając duszę wzniosłym uniesieniom, prostował się w słusznej pysze i toczył zadzierzysto oczami. A tłumy narastały z minuty na minutę, że gwary były już jednym ogromnym szumem, z którego tu i owdzie wydzierały się strzeliste okrzyki nawoływań, dźwięki jakowychś trąb, to nawet piosenki, niewiadomo, przez kogo rzucane. Że zaś ruch kołowy był powstrzymany, tem głośniej słyszały się wrzawy, tupoty kroków i tysiączne pogłosy i dzwony.
Jakoś po dziewiątej, gdy Maryacki hejnał prześpiewał, cechy krakowskie zaczęły ściągać na rynek. Szły w ordynku, ze sztandarami na przedzie i odznakami, a przy odgłosie trąb i wtórze dzwonów, ustawiały się pod ratuszem.
Nieco z boku wzięła miejsce żydowska deputacya: siwe brody, kunie kołpaki, atłasowe hałaty i białe pończochy znacznie ich wyróżniały.
Ciżby tak gęstniały, że między Sukiennicami, ratuszem a połacią domów przeciwną nie sposób się było przecisnąć. Niekiedy tłumy kolebały się gwałtownie i parły ku ulicy św. Anny, skąd miał się ukazać Kościuszko.
Powstawały z tej przyczyny niemałe sprzeczki, zamęty i warchoły, zwłaszcza iż akademicy łącznie z młodzieżą kupiecką i rzemieślniczą poczynali sobie coraz bujniej. Na każdym kroku widziało się ich poprzepasywanych czerwonemi bandoletami, na których: »Śmierć lub zwycięztwo«, »Równość i wolność«, »Wiwat Kościuszko«, »Jedność i niepodległość«, »Za prawa i ojczyznę« i wiele najrozmaitszych zdań wyrażone były białemi literami. Byli, którzy jeno czarne sylwetki Kościuszki pokazywali, przypięte na kapeluszach lub piersiach. Wszędy zaś spotykało się ludzi uzbrojonych. Kto przy szabli, nieraz odwiecznego kształtu, kto ze strzelbą na ramieniu, kto z całem arsenałem nożów i pistoletów za pasem, kto nawet z halebardą lub kosą na sztorc obsadzoną. Nie brakowało wideł i prostych, okutych drągów, co przy zadzierżystych minach, kawalerskich fantazyach i pobudzonych animuszach i zawziętości przeciw nieprzyjaciołom ojczyzny niemało przyczyniało się do ustawicznych tumultów i groźnych zajść. Nierzadko też na widok person, pomawianych o przyjaźń dla Łykoszyna lub o wyznawanie Targowickich principiów, wszczynały się zapamiętałe wrzaski:
— Na szubienice zdrajców! Rozsiekać! Bigosować! Dawać ich tutaj!
I wraz z gradem złorzeczeń setki rąk chciwie się darło ku jaśnie wielmożnym gardzielom. Szczęściem stłumiono te ekscesy w samym zarodku. A przytem uwagę powszechności ujarzmiała coraz gorętsza chęć zobaczenia Kościuszki. Jakoż i nadeszła ta chwila, gdyż przed samą dziesiątą zagrały bębny.
— Idzie! Kościuszko! Cicho, mospanowie! Cicho! — zawrzały przeciwne głosy.
Tłum nagle przycichnął, zwarł się w jednym dreszczu, serca załomotały, a oczy wszystkich poniosły się jedną stronę.
Bębny warkotały coraz bliżej, potem trąby wrzasnęły niebosiężnymi głosy, huknęła sfornie wojskowa kapela i z ulicy św. Anny wypłynęła wielka chorągiew i niby amarantowy obłok, powiała nad głowami. Biały orzeł, rozwijając władcze skrzydła, unosił się coraz wyżej. Niezmierny krzyk wstrząsnął powietrzem i ustokrotniony odbiciem o mury, bił pod niebo niemilknącemi długo echami. Zadygotała ziemia pod ciężkimi, mierzonymi krokami żołnierzów.
— Miejsca! Na strony! Na strony! — padły rozkazy i w mgnieniu oka uczyniła się przed wojskiem szeroka, pusta ulica. Błysnął gęsty las bagnetów, zażółciły się rabaty, rozbłysły mosiężne blachy u kapeluszów. Batalion regimentu Czapskiego, w bojowym moderunku, zwarty na mur, sypał krokiem miernym i uroczystym. Na czele, pod chorągwią, postępował Kościuszko w asyście oficyerów i cywilnych. Kiedy znaleźli się na prost wylotu Szewskiej, batalion rozłamał się na cztery częście i utworzywszy wielki czworobok, stanął z bronią u nogi. Wtedy wszystkim oczom odsłoniła się postać Kościuszki.
Stał w pośrodku wojsk i ludu, wyniosły, surowy, wielki, jakoby posąg wszystkiej Polski, zjawiony tęskniącym oczom w tej cudów godzinie.
Właśnie słońce wybłysło z poza chmur, otaczając go złocistą gloryą majestatu, zaś z piersi tysięcy wybuchnęły grzmiące okrzyki. Jakoby szał ogarnął ciżby, wrzeszczano ze wszystkiej mocy, machano rękami, a z okien i balkonów, z galeryi Sukiennic i ratusza powiewano chustami, rzucano kwiaty, płakano.
Lecz kiedy bębny nakazały spokój, zaległa taka cisza, że słychać było trzepotanie chorągwi i wystraszony lot uciekających gołębi.
Wystąpił naprzód Linowski, a rozwinąwszy wielki papier, rozpoczął odczytywać: akt powstania obywatelów i mieszkańców województwa krakowskiego.
Czytał głosem wyraźnym, równym i niezmiernie donośnym:
»Wiadomy jest światu stan teraźniejszy nieszczęśliwej Polski. Niegodziwość dwóch sąsiedzkich mocarstw i zbrodnie zdrajców ojczyzny pogrążyły ją w tę przepaść«.
Słuchano z zapartym tchem i nadzwyczajną uwagą.
...»niemasz rodzaju fałszu, obłudy i podstępu, któremiby się te dwa rządy nie splamiły dla dogodzenia swojej zemście i chciwości«.
Pomruk wzbierającej burzy zaszemrał w ciżbach.
Linowski czytał coraz dobitniej, głos jego bił spiżowymi dźwiękami gniewów, gdy jął oskarżać aliantów o zbrodnie, spełniane nad wolnym narodem. Zdrady wypominał nikczemne, wiarołomstwa, deptanie najświętszych praw wolności, a nawet i czucia, tyranię, rozszarpywanie ojczyzny, pogwałcenie traktatów, całą litanię podłości, barbarzyństwa, gwałtów i zbrodni, cały ogrom nieszczęść i upadku, w jaki pogrążyli Rzeczpospolitą. Głos jego urastał do potęgi gromów, druzgotał okropnością przedstawianych krzywd i wstydem hańby przepalał.
Otwierały się nieprzyschnięte rany i wszystkie krzywdy stawały w pamięci. Gniew wzburzył serca, poniżona duma i majestat człowieka i obywatela zawyły w sercach krwawą żądzą odwetów i zemsty!
A Linowski, jakoby przed sądem narodów i odwiecznej sprawiedliwości, wołał głosem ogromnym, głosem wszystkiej uciemiężonej Polski:
»Mając więc niezłomne przedsięwzięcie zginąć i zagrzebać się w ruinach własnego kraju, albo oswobodzić ojczystą ziemię od drapieżnej przemocy i haniebnego jrzma, oświadczam w obliczu Boga, w obliczu całego rodzaju ludzkiego, iż używając niezaprzeczonego praw a odporu przeciwko tyranii i zbrojnej przemocy, wszyscy w duchu rodackim, obywatelskim i braterskim łączymy w jedno siły nasze i zaręczamy sobie nawzajem nie oszczędzać wszelkich ofiar i sposobów, jakich tylko święta miłość wolności dostarczyć zdoła ludziom, powstającym w rozpaczy na jej obronę. Uwolnienie Polski od obcego żołnierza, przywrócenie i zabezpieczenie całości jej granic, wytępienie wszelkiej przemocy i uzurpacyi, ugruntowanie wolności narodowej i niepodległości Rzeczypospolitej, ten jest cel święty powstania naszego«.
Przerwał, by złapać powietrza; ni jeden szmer nie zmącił modlitewnej cichości, jeno oczy paliły się ogniami powstrzymywanych uniesień i twarze dawały obraz najgłębszej uwagi, czułości i skupienia.
Przeczytał jeszcze zarys urządzeń, jakie muszą powstać, żeby insurekcya w skutkach pomyślnych zawiedzioną nie była i przeszedł do szczegółów:
»Za powszechną więc nas wszystkich wolą stanowimy, co następuje:
»Primo: Obieramy i uznajemy niniejszym aktem naszym Tadeusza Kościuszkę za najwyższego i jedynego Naczelnika i rządcę całego zbrojnego powstaniu naszego«...
Nagle jakoby orkan się zwalił i wybuchnął wszystkiemi potęgami żywiołów.
— Niech żyje Kościuszko! Wiwat! Niech żyje Naczelnik! Niech żyje!
Uczynił się nieopisany zamęt, ledwie kordony żołnierzów odparły napór uderzających ciżb. Wzdymali się, niby morze do dna rozburzone i rozszalałemi falami bijące. Wszystkie głosy, wszystkie spojrzenia i wszystkie czucia, pijane uniesieniem radości, leciały pod stopy Naczelnika. Burze okrzyków, tysiączne wołania, gdzie już płacze radości, gdzie jeno ręce wzniesione, gdzie twarze zalane łzami zachwyceń, gdzie rozwiedzione ramiona, gdzie oczy obłąkane w szczęściu nadludzkiem — dawały słaby jeno obraz tego, co się działo w sercach i umysłach.
Nikt już nie słuchał dalszego czytania Linowskiego. Zbędne już im były słowa i zgoła niepotrzebne w tej chwili, kiedy stał wśród nich On, Wódz, Naczelnik Narodu, Władca wszystkich dusz, prawdziwy król powszechności! On wydźwignie Rzeczpospolitą! On zaprowadzi sprawiedliwość! Prawdziwą wolność ugruntuje! Ufna radość przepełniała serca i głosiła się dokoła, łączyła pobratane dłonie i wśród płaczów roztkliwienia rzucała ludzi sobie w objęcia przyjaźni.
Trwało to pewien czas, aż znowu twardy warkot bębnów nakazał milczenie.
Naczelnik wystąpił na środek czworoboku; wyrwana z pochwy szabla zamigotała w słońcu, podniósł ją w górę i z oczami wzniesionemi, podobien do archanioła wzniosłością oblicza, przysięgał narodowi:
— »Ja, Tadeusz Kościuszko, przysięgam w obliczu Boga całemu narodowi polskiemu, iż powierzonej mi władzy na niczyj prywatny ucisk nie użyję, lecz jedynie jej dla obrony całości granic, odzyskania samowładności narodu i ugruntowania powszechnej wolności używać będę. Tak mi, Panie Boże, dopomóż i niewinna męko Syna Jego«...
Przestał, tocząc dokoła wniebowziętemi oczami.
Pochyliły się przed nim sztandary, wojsko sprezentowało broń, kapele uderzyły tryumfalną fanfarą, zadzwoniły we wszystkich kościołach dzwony, ze wszystkich piersi wyrwał się krzyk niezmierny i Zygmuntowski dzwon zahuczał aż zadygotały mury; bił zwolna, głosząc uroczyście dalekim ziemiom i miastom i morzom i górom i ludom, całemu światu i wszystkiej Polsce zmartwychpowstania godzinę.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Naczelnik, otoczony ciżbami, ruszył na ratusz podpisywać akt powstania.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·






Zobacz też[edytuj]


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.