Ładny chłopiec/Tom II/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ładny chłopiec
Wydawca Maurycy Orgelbrand
Data wydania 1879
Drukarz S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.

Nie zawsze wesoło na wysokościach, a niema nic w świecie smutniejszego nad mieszkanie pod strychem w zimie, — nawet w najparadniejszej z kamienic, w miarę jak się wzbija ku górnym piętrom, wschody stają się coraz ekonomiczniejsze, ciaśniejsze i coraz trudniejsze za to. Błoto które na nich narasta, woda obmarzająca, rzadko bardzo bywa naruszoną ręką stróża, który w opiece ma szczególniéj piętra zamieszkane przez osoby, pozdrawiane ukłonem i uśmiechem. Lokatorowie z pod strychów przeciwnie pierwsi mu się grzecznie kłaniać muszą, i z temi ceremonij niema.
Na poddaszu i śnieg zalatuje, i wiatr się wdziera i pustką czuć smutną, bezludną. Ci co się tam kryć muszą, siedzą cicho, jakby się wstydzili dać znak życia. W jednéj z takich wygnańczych ciupek na strychu i na starem mieście, więc w starym domu, którego i dolne piętra konfortem zbytnim nie grzeszyły — leżał na łóżeczku małem, wymizerowany młody człowiek, obwinięty zbrukaną kołdrą wełnianą. — Była już godzina dwunasta, nie wstawał jednak i z głową zanurzoną w poduszki drzemał czy odpoczywał.
Jedna jedyna izdebka składająca całe mieszkanie, z żelaznym piecykiem starym, łóżkiem w kącie, stolikiem, parą krzeseł i komodą, z któréj bejc się mocno pościerał, nagą była i smutną. Podróżny kufer wyszarzany stojący w rogach łóżka, napół otwarty był, wyzierały z niego suknie przeszarzane, inne leżały porozrzucane po kątach.
Na stoliku zgaszona świeca, kilka kawałków papieru, zmięty krawat, trochę drobnych rozsypanych pieniędzy, karafka z wodą, talerz z zastygłą tłustością, w nieładzie były porozrzucane.
W izdebce mocno czuć się chłód dawał, jedyne okno było zamarzłe i ledwie szary dnia blask przepuszczało. Podłoga od dawna nie zamiatana, okryta była szczątkami różnemi stanowiącemi historyą niedawnéj przeszłości.
Zapukano do drzwi.
— Kto u licha? — odezwał się głos ochrypły i głowa leżącego podniosła, okryta włosami czarnemi rozrzuconemi i zwichrzonemi. Trudno było w niéj poznać nie dawno jeszcze tak pięknego i wytwornie zawsze ubranego pana Bolesława Tanczyńskiego, chyba po zuchwałym i dumnym wyrazie twarzy, która go i teraz zachowała.
— Kto u licha?
Wzrok oczu zmrużonych prawie gniewnie zwrócił się na drzwi.
— Któż tam? — zawołał.
W krótkiem futerku, z laską w ręku wsunął się ciekawie rozpatrując, doktor Bazyli. Ten, nic a nic się był nie zmienił, nieco mu może ciała przybyło. Na twarzy jego dawny spokój panował. Wszedłszy i drzwi za sobą zamknąwszy, stanął jakby niedowierzając oczom swoim.
Tanczyński, który był podniósł głowę, zobaczywszy doktora, na pół ją znów ukrył w poduszki.
— Jakżeś ty do mnie trafił? — odezwał się grobowym głosem.
— Znikłeś mi oddawna z oczów, dowiadywałem się — rzekł doktor — nie wyobrażałem sobie żeby — żebyś był w takim położeniu.
— W jakiem położeniu? — odparł głos z pod poduszki. — Chwilowe kłopoty...
Zmilczał nieco. — No, prawda — dodał — że w tym momencie jestem w ambarasie.
Doktor usiadł w nogach łóżka.
— Jakimże sposobem aż do tego przyszło? — zapytał.
— Pytasz o to! proszę cię! — zawołał Bolesław — podłość ludzka, intrygi, szelmostwa! Człowiek idący prostą drogą zawsze się znajdzie prędzéj późniéj w tém położeniu.
— Ale przecież? jakim sposobem? Miałeś miejsce, mówiono że stałeś świetnie, że były nadzieje jakiegoś ożenienia? niewiem...
— Ożenienia! — podchwycił Bolesław podnosząc się na łokciu — ale jakiego! jakiego! Z osobą wykształconą, arystokratycznego pochodzenia, z najpiękniejszemi stosunkami, ze sperandami na przyszłość!! Wszystko to zabiły nikczemnych ludzi zazdrość i intrygi. Oczerniono mnie najniewinniéj — usunąłem się sam, oburzony. Wolałem znosić nędzę.
— Ale, to nie potrwa — dodał Bolesław — mam jeszcze bardzo możną rodzinę, mam środki.
Chwalił się tak, a doktor słuchał cierpliwie, choć znając go z uniwersytetu wiedział, że te nadzieje były próżne, a raczéj zmyślone. Nie mówił jednak nic, bo mu go serdecznie żal było. Dopiéro gdy się Bolesław wygadał i ulżył sobie, doktór począł łagodnie.
— Wszystko to dobre, mój kochany kolego, ale daleko by lepiéj było nie spuszczać się na familię, nie spieszyć z ożenieniem, oszczędnie żyć i powoli dopracowywać się przyszłości. Masz zdolności, masz młodość.
— Słuchaj — odparł Bolesław — zdaje mi się żeśmy już nieraz o tém mówili. Drogi ludzkie są różne jak charaktery i temperamenta, ja nie umiem iść powoli.
— I dla tego padasz! — odezwał się doktor.
Bolesław ukrył głowę w poduszki.
— Przyszedłeś mnie karmić temi morałami — mruknął.
— Nie — odparł doktór — mylisz się. Jestem sam w dorobku, kapitałów niemam, lecz pomogę ci chętnie. Ile ci potrzeba abyś na nogach stanął? mów!
Bolesław się porwał, oczy mu się świeciły.
— O! ja wiem — zawołał wyciągając chudą rękę — tyś poczciwy, ty serce masz złote. Wierz mi oddam ci z wdzięcznością,! Dziś, wiesz tysiąc złotych może mnie wybawić i zapewnić przyszłość.
Bazyli potrząsł głową.
— Dla mnie to są już grube pieniądze — rzekł — ale, jeżeli one istotnie mogą cię uratować.
— Przyjacielu! — patetycznie krzyknął Bolesław — dźwignę się na nogi! Będziesz moim zbawcą!
— Jutro ci je przyniosę — odezwał się przyjaciel wstając z krzesła — ale, dodał, pokaż no mi puls? Jesteś chory czy nie? — Język?
Bolesław posłuszny dał się badać. — Doktor rozpytywał o jadło i sposób życia.
— Nic ci nie jest — rzekł — aleś zmizerowany i zgryziony. Staraj się życie odmienić! Zaklinam cię! szukaj zajęcia, przestań grać na loteryi, a weź się do roboty...
Tanczyński począł dziękować głosem przejętym. Widocznie rozweselony już i jakby na nowo zbudzony do życia.
— Bądź spokojny o mnie, smutne doświadczenie nauczyło jak się z ludźmi obchodzić i jak życie pojmować. Nie tłómaczę ci się, ale zobaczysz! Mam projekta nieomylne, zawstydzę mych prześladowców...
Pożegnali się, doktor wyszedł, nie zbyt zbudowany i nie bardzo pewny nowéj przyszłości Bolesława, lecz chętnie poświęcając swe oszczędności aby go wyrwać ze złéj toni. Zaledwie on był za drzwiami, gdy Boleś porwał się z łóżka i okrywszy kołdrą poszedł naprzód szukać środków ogrzania izdebki. Resztka węgla i kawałków drzewa walała się w koszyku, starczyło to na rozpalenie ognia w piecyku, od którego natychmiast mała izdebka ocieplać się zaczęła. Żywo zabrał się gospodarz do rozpatrzenia w pozostałéj tualecie. Nadzieja jutra lepszego, dozwalała mu wyruszyć z pieniędzmi jakie miał, na miasto. Surdut, palto, nie zbyt wytarty kapelusz, całe ubranie jak do wyjścia, nie świetne, ale znośne, znalazło się w kuferku. Co było najlepszego zabrali już tandeciarze. P. Bolesław, który zrozpaczony nie wychodził dni parę, chciał wyszukać wuja aby się od niego dowiedziéć o osobach, które go obchodziły, a do których dawno już przystępu nie miał. Bombastein dawszy mu odprawę, drzwi mu zamknął, do Sanermanna próbował się dostać napróżno, brata ani chciał ani mógł widziéć. — Profesor raz się przekonawszy iż siostrzan — plasł, ani się dowiadywał o niego.
Mówił tylko usprawiedliwiając siebie — któż mu winien. — Sam sobie to zgotował.
Bolesław prędko bardzo z owego apartamentu z Jacusiem, zszedł na strych i łaskę stróża. Projektów o których mówił doktorowi, niemiał żadnych, lecz pewien był, że umiejętnie występując znowu, coś sobie znajdzie. Przychodziła mu na myśl Arcia, ale nie był pewien czy już za mąż nie wyszła; miał na pamięci pewną wdowę trzymającą restauracyjkę na Starem mieście, u któréj jadał bardzo mile będąc przyjmowany.
Któż wie? nawet do panny Aurory wcisnąć się jeszcze możeby się udało? — Wszystkie plany przyszłości, jak widzimy, krążyły nie około czego innego, tylko około łatwego zdobycia środków próżnowania. Nie tak już teraz wysoko sięgał ex-hrabia, tłómacząc sobie że w wyższych sferach, zepsutych, przesądami strawionych, ocenionym nie będzie.
Spadłszy tak nizko, gotów się był i mniejszém zaspokoić.
Z temi powikłanemi nadziejami przyszłości, poszedł wprost do kawiarni, w któréj prawie pewien był znaleźć Maciórka. W istocie szanowny profesor, który był konserwatystą znakomitym, ze stanowiska swojego wyrzucić się nie dawał. Około niego mieniało się i przewracało wszystko, on — trwał ze swym starym parasolem, chustką od nosa, uśmiechem poważnym i twarzą pięknie wypogodzoną, znamionującą sumienie czyste i żołądek nie próżny.
Na widok siostrzeńca, jakby upiora z grobu wstałego, poruszył się mocno wuj, zdziwił, zaciekawił. Bolesław już miał twarz znowu zarozumiałości i pewności siebie pełną.
— Cóż to się z tobą działo? — spytał wuj czule — napróżno cię szukałem? byłem w obawie.
— Byłem chory — ale, już wyzdrowiałem zupełnie, dzięki przyjacielowi mojemu doktorowi — odparł siadając pan Bolesław. — Cóż tam słychać w świecie?
— W jakim? — spytał Maciórek.
— Co porabia braciszek kochany? hę? — szepnął Bolek.
Professor się skrzywił, głową potrząsł.
— Gdybym ci powiedział, nie uwierzysz! — rzekł.
— Wszystkiemu w świecie! — śmiejąc się zawołał Bolek. — Cóż się z nim stało?
Stupendum! — zawołał Maciórek. — Jeśli mam wierzyć wieści, to ożenił się z panną Aurorą i wyjechał z nią za granicę.
Bolesław poskoczył z kanapy.
— To wprost niedorzeczność! bo to być nie może! — krzyknął. — Jakże? odprawiła mnie za to że byłem jego bratem, a —?
— A jego sobie wzięła dla tego że jednego ranka nudziło się jéj bardzo... Proszę cię — dodał Maciórek — miała podróżować, możeż być co na świecie wygodniejszego nad ober-kelnera miéć w podróży? Zresztą i to pewna że Żak polskiego grafa rolę grać będzie przedziwnie za granicą! Może lepiéj niż ty.
Stał jak osłupiały Bolesław, myśląc że stryj sobie z niego robi żarty; gdy stary dobył z bocznéj kieszeni pugilares, a z niego dwa bilety wizytowe, z dopisanemi u spodu literami. P. P. C. Na jednym z nich stało pod szlachecką koroną: Monsieur Jacques de Tanczyński.
Na drugim.
Madame Aurore de Tanczyńska née comtesse de Przetak.
— Zaszczycili mnie, jak widzisz pożegnalną wizytą — rzekł śmiejąc się professor i chowając skrzętnie bilety. — Pan Żak krył się przedemną z tém że trafił do panny Aurory i zawiązał z nią stosunki, dopiéro gdy miał już do ślubu iść (a ten odbył się prywatnie) przyszedł mnie niby prosić o błogosławieństwo. Wesela i kolacyi wcale nie było, bo państwo młodzi natychmiast wyjechali. Pytałem go jakim się to sposobem stać mogło. Opowiadał mi, śmiejąc się, że wieczorem tegoż dnia odebrał bilecik, zapraszający go aby się przyszedł tłómaczyć. — Pannie się podobał. Co do niego, mówił mi że się jéj nie boi. — E! co było a nie jest, nie pisze się w rejestr — dodał, a teraz ja ją wezmę tak w kluby, że brykać nie pozwolę.
Bolesław westchnął i gniewnie rzucił rękawiczkami o stół.
— A cóż się dzieje z Sanermannem i Bombasteinem.
— W najlepszéj komitywie — rozśmiał się Maciórek — zaraz nazajutrz po katastrofie, spotkali się, starli, wykłócili, porozumieli, zawarli spółkę i razem ludzi oszukują, co im we dwu daleko lepiéj przychodzi, niż każdemu z osobna na własną rękę. Powiem ci téż nowinę tyczącą się twojego doktora, do któréj się on pewnie nie przyznał. Radzca ma nadzieję mu wyrobić miejsce przy szpitalu, a że podobno bez posagu bierze pannę Emmę, więc mu ją dadzą.
— Bravissimo! — rzekł gorzko Tanczyński — słowem tego tylko brak, żeby i pana Serafina ożenić i wujaszka. Ja podobno sam jeden w celibacie zostanę.
— A! pana Serafina żenią z córką bogatego kupca z Franciszkańskiéj ulicy — to pewna. Panna ospowata, ale milionowa. Co do mnie, zdaje się, że ja asindziejowi dotrzymam kompanii, chybaby na łożu śmiertelném bogata jaka dziedziczka chciała mi rękę kostniejącą podać i in articulo mortis ślubować, aby w testamencie zapisać. Podobne wypadki rzadko się jednak zdarzają — mówił Maciórek — nie rachuję na to.
Spojrzał na Bolesława, który patrzał smutnie na popękane swe buty lakierowane — i myślał o marnościach świata tego.
Arcia mu się po głowie kręciła. Profesor tym czasem go zabawił.
— Ale, ale — odezwał się — była pono wiadomość o pani téj, wdowie, u któréj i asindziéj bywałeś. — Niedowiary! zbiegła słyszę ze strachu do Ameryki, bo, jak się okazuje, istotnie znaczną summę zabrała księciu... u którego była quasi gospodynią. Wszystko co tu miała zlicytowano, ale książę nie wiele z tego skorzystał. Była podobno tak ostrożną, iż owoc swych zabiegów, złożony w rencie francuzkiéj, zawsze nosiła przy sobie, mogła więc wprost z teatru udać się w podróż, mając środki po temu.
— Szczęście to wielkie — odezwał się Bolesław — iż ja, zawsze mając ją w podejrzeniu pewném, nie starałem się zbliżyć do niéj. Byłbym piękne zrobił ożenienie!
— Jednakżeś tam i gościł i obławiał się u niéj — szepnął profesor — a to nie bez kozery!
Pogroził mu na nosie. Uśmieszek pogardliwy przebiegł po ustach wybladłego młodzieńca. Ponieważ miał zamiar dotrzéć tego jeszcze wieczora do kamienicy Rehmajera dla powzięcia języka, Bolesław wstał żegnając wuja.
— Mój kochany — odezwał się Maciórek z powagą zwykłą — ustatkuj że się, proszę, zrób raz stały jakiś projekt, nie rozrywaj się, wszystkie siły swe skieruj ku jednemu celowi. Niech że ci się choć tak powiedzie jak Żakowi, który, jak na siebie, świetną wygrał stawkę.
— O! ja — spodziewam się przecie coś lepszego — rzekł układając włosy Bolek. Człowiek bez wychowania, pospolity, bez manier, spodziewam się, żem więcéj wart od niego.
— Ale tu o to idzie, żebyś więcéj niż on potrafił — rzekł profesor — ludzie nie mierzą się tém co są warci, lecz tém co zrobić mogą. Sam widzisz, że cię prostaczek przez kij przesadził.
— To się bardzo szczęśliwie stało! — zakończył.
Wieczorna wycieczka ku kamienicy Rehmajera tém bardziéj na rękę była p. Bolesławowi, że jego strój na mroku nocnym zyskiwał. Znał wybornie wszystkie obyczaje domowe i ufał, jeśli się tu nic wciągu tego czasu nie zmieniło, że stając na przesmyku, którąś z panien spotkać może.
Na dole w sklepie korzennym ruch był wielki, tu się kucharki zaopatrywały w pieprz za trzy grosze, w bobkowy liść, mączkę cukrową, świece, kawę i różne domowe potrzeby. Zdala dojrzał już p. Bolesław znanych sobie sklepowych chłopców, i sprzedających komisantów. Wszystko po staremu na miejscu było, tylko zbliżywszy się nieco, zauważył baczny postrzegacz, że służba sklepowa tak głośno i swobodnie gospodarowała jakoś, jak nigdy, chyba gdy starego Rehmajera wcale się nie spodziewano.
I on więc śmieléj wszedł na próg sklepu, w którym blizko już lat dwa się nie pokazywał, pod pozorem kupienia papierosów, bo i tych dystrybucya łączyła się do wyprzedaży innych delikatesów.
Pan Derbisz pierwszy komisant, człek wesoły, postrzegłszy dawną znajomość, powitał ją dotykając aksamitnéj czapeczki.
— O to, sto lat? gdzież to pan bywał? — spytał.
— A! różnie — rzekł Bolesław, który się chwalić lubił — jeździłem trochę po świecie. Cóż tu u państwa słychać?
— A! u nas? pan nic nie wie! — rzekł Derbisz — niestety! pryncypałaśmy stracili! A! panie, człowiek był zdaje się nic. Stał bywało w kątku, ręce w tył założywszy, cały słowa nie mówiąc — a jak go nie stało! prawéj ręki, powiadam panu nam zabrakło! Idzie wszystko kulawo.
— Cóż więcéj w domu u państwa? — cicho odezwał się Boleś, którego wiadomość o śmierci czcigodnego Rehmajera, zamiast zasmucić, jakoś raźniejszym zrobiła. Co więcéj.
— A cóż? nic, nic, bieda!
— Panny powychodziły za mąż? — odważył się spytać Boleś.
— Są tam projekta! są — rzekł Derbisz — lecz pewnego dotąd niema nic. My panie, dla starszéj panny potrzebujemy fachowego człowieka. Ja sam wydołać nie mogę.
Paczka papierosów leżała już dawno na stole, Boleś zapłacił, ukłonił się grzecznie i wyszedł. Powiodło mu się nader szczęśliwie, szło tylko teraz o to, ażeby mógł w jakikolwiek sposób widziéć się z tém bóstwem, które mu naprawiało krawaty. Nieśmiało posunął się na pierwsze piętro, ufając gwiaździe szczególnéj. Słabiuchne światełko oszczędne rzucało smutny blask na nieczyste schody, ale tylu pamiątkami usłane. Gdy p. Bolesław doszedł na piętro, otworzyły się właśnie drzwi i główka średniéj panny Rehmajerównéj wysunęła się ciekawie, rozglądając. Oczekiwała ona na kogoś, bo wschody tradycyjnie służyły do zawiązywania niedozwolonych prawnie znajomości, i do ich utrzymywania tajemniczego... Pomimo słabego oświetlenia panienka poznała Bolesława, i wybiegła ku niemu.
— A, Boże wszechmogący, to pan! — poczęła wołać — to pan! Cóż się z panem działo! Arcia oczy wypłakiwała...
— Byłem w podróży, potém chory — rzekł Bolesław.
— Chcesz pan się z nią widziéć? prawda? ja pobiegnę. Albo nie — mówiła zniżając głos dzieweczka — pan możesz śmiało zajść do jéj pokoju. Mama o téj porze nigdy tam nie chodzi. Gdyby broń Boże nadeszła, no to co? świecę zgasić! i po wszystkiem!
Dziewczę szczebiotało z gorączkowym pośpiechem.
— Stój że pan, nie ruszaj się — ja Arci dam znać i wprowadzę pana...
Znikła mówiąc i pobiegła. Nie upłynęło i pięć minut, gdy z ciemności wynurzyła się w drugim kątku i skinęła, aby szedł za nią.
Bolesław był posłuszny. W progu z rękami załamanemi stała Arcia, nie wiele zmieniona, pulchniejsza tylko jeszcze, niż była.
Siostra popchnęła go, śmiejąc się, do pokoiku i drzwi za nim zamknęła, sama stając na straży z towarzyszem, który właśnie od dołu wschodów się zjawił.
Pokoik panny Arkadyi, nie był ani ładny, ani porządnie utrzymany, nie przyjmowała w nim nigdy nikogo. Sukienki leżały, wisiały, walały się po wszystkich kątach, toaleta zajmowała dość miejsca, a na niéj nieład był, który tylko młodości wybaczony być może. Arcia ręce załamywała, potém rzuciła się na szyję dawno niewidzianemu.
— Co się z tobą działo? żeby ani się zgłosić? myślałam już, że chyba umarłeś, o mój Boże! co ja tych łez wylałam! O włos mnie nie wydali za Wilbacha — co był w korzennym sklepie na Długiéj. Ordynaryjny człek — ale byłabym już poszła dla matki, bo sobie rady dać ze sklepem nie może. Gdzieżeś ty był? co się z tobą działo?
— Ja? — odparł, tragiczny ton przybierając, Boleś — byłem przez familią wysłany, miałem nadzieję otrzymać miejsce w dyplomacyi. Gwałtem mnie z Warszawy wypchnięto — przechodziłem koleje najrozmaitsze, poświęciłem, mogę powiedziéć, karyerę moją i przyszłość aby do ciebie powrócić. A! niepodobna opisać co wycierpiałem od przewrotności ludzi.
Westchnął, nie mogąc jakoś na prędce wymyśléć bardziéj szczegółowéj historyi. Arci łzy się puściły z oczów.
— Ale teraz tu zostaniesz? — zapytała.
— Nie wiem — rzekł.
— Musisz! A ja za nic w świecie za Wilbacha nie pójdę. Śmierdzi tabaką okropnie.
Usiedli razem na kuferku i poczęła się cicha, poufna rozmowa. P. Bolesław zawsze jeszcze, nie będąc pewien czy ma się na kupcównie ograniczyć i świat sobie zawiązać, mówił jéj o swéj niezmiernie dumnéj i wymagającéj rodzinie, pod któréj władzą zostawał. Spodziewał się uchylić przeszkody — gotów był uczynić wszystko, największe ponieść ofiary dla wspólnego szczęścia.
Stosunki teraz niezmiernie były ułatwione, matka nie mogła tak surowo córek pilnować, niedowidziała na oczy, przybita była poniesioną stratą, Bolesław więc mógł zachodzić w różnych dnia porach i widywać się z nią.
Obie panny starsze były w najlepszéj przyjaźni, kazano się tylko wystrzegać pana Derbisza, który miał być niegodziwym szpiegiem i wszystko matce donosił. On to w interesie handlu nastawał na wydanie Arci za Wilbacha.
— A! to człowiek? żebyś wiedział. Nienawidzę go, niecierpię — dodało dziewczę.
— Ja właśnie w sklepie z nim mówiłem i widział mnie — rzekł Bołeś — co się bardzo źle stało.
— O! ręczę że będzie szpiegował — zawołała Arcia — ale niedoczekanie jego! niech stu postawi, my sobie radę damy!
W ten sposób zawiązały się na nowo stosunki z panną Rehmajerówną i uszczęśliwiony powodzeniem dnia tego, wyszedł Tanczyński pełen nadziei. W ostatecznym razie miał jakikolwiek widok przyszłości. Nim jednak doszedł do domu, już mu co innego w głowie świtało. Arcia była dlań bardzo chudym kąskiem, marzenie popychało go wyżéj. Nie mógł się oswoić z tą myślą, aby na kupcównie i korzennym sklepie miał poprzestać.
Nazajutrz wierny słowu swojemu nadszedł Bazyli, niosąc pomoc przyrzeczoną.
— Daleko ci lepszą rzecz jeszcze przynoszę, niż te mizerne tysiąc złotych — odezwał się, kładnąc papierki na stole. — Mówiłem z radzcą, widział się wczoraj z Mecenasem, któremu zaręczył, że macie prawnicze wykształcenie. U mecenasa jest miejsce nie świetne, ale na początek dobre. Ubiega się o nie wielu, daj się poznać, zechciéj pracować, przyszłość masz zapewnioną.
— Serdecznie ci dziękuję za troskliwość — odparł Bolesław — ale ja tego nie potrzebuję — mam inne i daleko świetniejsze widoki.
Mówił to z taką pewnością, że doktor umilkł.
— Mam ci powinszować? — dorzucił — w mieście powiadają, że się żenisz z panną Emmą?
— Kto ci to mówił? — spytał Bazyli.
— Mówią o tém powszechnie, nie pamiętam, od kogo to słyszałem wczoraj. Cóż, prawda to?
— Nie będę się zapierał projektu — odezwał się Bazyli — ale nie mogę się żenić, dopóki nie będę pewnym, że żonę potrafię utrzymać przyzwoicie. Posagu niema.
— Jakto? żadnego? — zawołał Boleś.
— Na teraz żadnego, radzca jest w interesach — dokończył sucho Bazyli.
— A toż prawda, że Serafina żenicie?
— Radbym, aby się to sprawdziło, bo domowi cięży — rzekł z niesmakiem doktor. — W posagu ma pan Serafin tęgą butę szlachecką i więcéj nic, — a panna nie ładna ale milionowa.
— Miliony na gałganach zrobione? — rozśmiał się Boleś — gdzieś na Franciszkanach.
— Choćby i na gałganach — rzekł doktor surowo. — Wolałbym to, jak lichwę. Z pewnością Serafin téj ospowatéj panny nie wart...
Nie odzywał się już p. Bolesław.
— Zatém z mojego projektu u mecenasa? — spytał wstając Bazyli.
— Nic, dziękuję ci — odezwał się Bolesław. — Stanowisko podrzędne, jakiś tam adwokat miał by się mną posługiwać? Ja mam we krwi, że się nie łatwo poddaję i słucham. Na widoku zaś są daleko świetniejsze rzeczy.
Doktor go pożegnał, nic już nie mówiąc.
Nazajutrz znalazło się mieszkanko wcale przyzwoite na drugiém piętrze, na Nowym Świecie. Znajomi krawcy, widząc znów wypływającego na wierzch dawnego klienta, ofiarowali się go ustroić wedle ostatniéj mody. Ku wieczorowi wszystko było do nowego wystąpienia gotowe, szło tylko o to gdzie i jak się pokazać, aby efekt nie chybił. Około południa, nieposzlakowanie ubrany i urękawiczkowany, z laseczką w ręku, zjawił się piękny, bladawy, interesujący Bolek, wpośród dawnych znajomych, którzy go z oczów straciwszy, napróżno sobie głowy łamali nad tém, co się z nim stać mogło.
Pan Serafin powitał go jeden z pierwszych i na widok jego zmięszał się nieco Bolek, gdyż zląkł się, czy doktor nie opowiadał, w jakiém go zastał położeniu. Ale doktor Bazyli miał i ten przymiot, że niechętnie mówił to co komu przykrość uczynić mogło. Starając się o miejsce dla przyjaciela, wcale nie opisywał, co porabiał i jak mu było na świecie — szukał dlań zajęcia. P. Serafin więc tyle wiedział, co i drudzy.
— Zkądże? z za świata? gdzie bywałeś? gdzieś się ukrywał?
Tajemniczemi odpowiedziami swemi Tanczyński starał się dać do zrozumienia, iż jakaś Don Żuanowska historya była powodem jego zaćmienia. Smutek który mu po niéj pozostał, był jakby gałęzią cyprysową na grobie szczęścia utraconego. Młodsi od niego a naiwniejsi zazdrościli mu.
Wiedziano, że się rozstał z Bombasteinem, i zapytywano, co robić myśli.
— Dotąd, prawdę powiedziawszy — odezwał się głośno zagadnięty — nie mam jeszcze stałego postanowienia. Nabyłem pewnéj praktyki w interesach bankowych, mam jaki taki kapitalik, gdybym spólnika znalazł, możebym coś założył! Dom bankowy, komisowy — wekslu! coś podobnego!
Sama ta myśl postawiła pana Bolesława znakomicie w oczach wszystkich.
— Zdaje mi się, że w tém — dodał — jak w wielu innych dziś trybach i praktykach jest wiele do uczynienia i do zreformowania! Mam myśli pewne, któreby społeczeństwu naszemu wyszły na korzyść — prawda, że starzy rutyniści, co ze ślepoty tłumu korzystają, możeby na tém nie dobrze wyszli — ale ogół by zyskał — a spodziewam się — i my także!
Tu począł się śmiać podnosząc głowę i pyszniąc się. Słuchano go z zajęciem. Ludzie, ile razy spotkają się z podobną bezczelną zuchwałością, najczęściéj przed nią głowę skłaniają.
Tegoż dnia od Lursa rozeszła się wiadomość, już w pewną określoną formę ujęta — że pan Bolesław Tanczyński, który był spólnikiem Bombasteina, i odszedł od niego, odziedziczywszy gdzieś, coś, szuka spólnika dla założenia domu bankiersko-komisowo — wekslowego, na nowych podstawach. Instytucya ta ruinę innym zapowiadała!
Roznosząc tę wieść, każdy coś dodawał, jeden, że młodzieniec był zdolny i śmiały, drugi, że po za nim stały pewne kapitały zamaskowane, ogromne, inni, że nowy bank miał zniżyć stopę procentową, ułatwić kredyt, warunki dawać niesłychane.
Tymczasem autor śmiało rzuconéj myśli szedł spać, mając pod poduszką kapitału już tylko złotych sześćset — odwaga starczyła za resztę, ciekawość niesłychanie była rozbudzoną, zaczęto szukać pana Bolesława. Nazajutrz się nie ukazał. P. Samuel Bombastein ze stron kilku zarazem dowiedział się o projekcie i — zmięszał się. Widział w nim cios wymierzony przeciw sobie, kto wie jak groźny! Nie było w ostateczności niepodobieństwem, by pan Tanczyński czegoś gdzieś nie odziedziczył, spólnika nie znalazł, i figla nie spłatał, będąc przez pobyt w domu obeznany z jego działalnością.
P. Samuel tegoż dnia potrafił się spotkać z profesorem u szachów.
— Kochanego profesora! Jakże mi się masz? Cóż tam słyszę, wasz siostrzan wypłynął znowu. Powiadają, że ma dom bankowy zakładać? jakieś ogromne projekta? kapitały? jakieś szalone reformy?
Maciórek, choć się do osłupienia zdumiał, nie myślał zaprzeczać, pochlebiało mu to. Twarz oblókł wyrazem tajemniczym.
— Szczegółów nie wiem — rzekł — pan dobrze znasz mnie, neutralnym zawsze jestem, byłem, będę. — Nic niewiem.
Przysunął się poufale p. Samuel i rzekł cicho.
— Jakto? ze mną, z przyjacielem dawnym, będziesz robił takie ceregiele i milczał?
Uderzył go po kolanie. — Hę?
— Nic nie wiem — odparł poważnie bardzo profesor.
— Zkądże kapitały? — szepnął p. Samuel.
— Powiadam panu, że mi nic nie komunikował — potwierdził profesor.
— I nic się od pana nie dowiem?
— Bo niewiem o niczém.
— Dobrze — rzekł Bombastein — to niechże mu pan powie przy zręczności, ażeby spólnika nie szukał, ma we mnie gotowego.
Profesor spojrzał nań.
— Potém jakeście się rozstali? — spytał.
— Wszystko się daje skombinować! rozumie pan? — odezwał się klepiąc po ramieniu Bombastein — niech mu pan to powie.
Kiwnął głową Maciórek i pomyślał. — Jak kot, zleci z dachu i zawsze na nogi!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.