Ładny chłopiec/Tom I/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ładny chłopiec
Wydawca Maurycy Orgelbrand
Data wydania 1879
Drukarz S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.

Twarz pana Bolesława dotąd się jeszcze uśmiechająca niby, po zaryglowaniu drzwi, zmieniła się na zafrasowaną i ponurą. Stanął zamyślony, gniewny, głową potrząsając i nogą bijąc o podłogę.
Odwiedziny dawnego towarzysza, może wiadomość o znajomości jego z panem radzcą, niesmakowały mu. Potrzebował długiego czasu aby przyjść do siebie.
Przez okno widać już było wieczorne niebo i pomarańczowy kawał zachodu słońca, jaskółki zwijały się coraz żwawiéj, wróble zbierały się na noc i szczebiotały krzykliwie. Wszystko to przypominało, że chcąc o ósméj być u pana radzcy, należało myśléć o toalecie. Dla pana Bolesława była to kwestya najwyższéj wagi. Stanąwszy w oknie i przypomniawszy sobie co miał do wykonania, popatrzywszy na cebulę srebrną, która już siódmą ukazywała, począł się rozbierać.
Czarne myśli, które mu czoło zasępiały, nikły nowéj ustępując trosce. Poszedł do alkowy, aby przygotować ubranie na wieczór. Z kolei począł wynosić, dobywając z kuferka frak czarny, kamizelkę, dopełniającą ubranie część niezbędną, — wszystko to niósł do okna, opatrywał, kładł na sofie i widać było, że najwyższą wagę przywiązywał do każdego szczegółu.
Ubranie było wprawdzie dosyć świeże jeszcze, nie przestarzałe, ale ślady używania już się gdzieniegdzie okazywały. Na kołnierzu u fraka pomadowane włosy zostawiły mglistą powłokę, guziki niektóre odstawały zbytecznie i świeciły po brzegach zdradziecko, kamizelka była pofałdowaną, a ostatnia część ubrania, mimo starannego zachowania, w kilku punktach zdawała się niemal wytartą. Wszystko to smutne wrażenie czyniło na właścicielu, który wzdychał, składając garderobę na sofie.
Kwestya koszuli, dzięki Ameryce i wynalazkom wieku XIX, znacznie była uproszczoną. Bolko wyniósł z alkowy pudełko, w którém leżały śliczne mankietki i przody koszul z kołnierzami, mogące wybornie zastąpić bieliznę prawdziwą. Kolorowa, perkalowa, skromna, wygodna koszula, jaką już miał na sobie młodzieniec, zamaskowana śnieżnéj białości przodem i mankietkami — starczyła.
Nim się stanowczo wziął do ubrania, siadł w negliżu do roboty, która ważną być musiała, gdyż twarz młodzieńca nabrała surowości i powagi gdy się do niéj zabierał. W pudełku leżały rękawiczki nie świeże, które już parę wieczorów służbę odbywały, lecz mogły przy umiejętném użyciu gummy i chleba, odzyskać stracone dziewictwo. Z namysłem wybrał naprzód jedną parę blado lila pan Bolesław, opatrzył ją u okna i rozpoczął proces puryfikacyi.
Nieszczęściem zwalani ludzie i rękawiczki zarówno trudno oczyścić się dają. Tarcie gummą okrywało je jakby mozajką brudu, który przenosił się z miejsca na miejsce, ale wywabić nie dawał. Gumma zdradziecka, czasami nawet już pochwycone nieczystości nazad oddawała. Z rękawiczkami więc, ograniczając się nawet częścią ich zewnętrzną, która na świat wystąpić miała — kłopot był wielki. Spotniał nieszczęśliwy młodzieniec nad niemi.
Następowały ablucye staranne, wyświeżenie rąk, do których piękności przywiązywał wielką wagę właściciel, a na ostatek ułożenie włosów, z pomocą dwóch zwierciadeł, tak, aby przedział idący aż do szyi, z jeometryczną regularnością był wykonany, i dozwalał się domyśléć ręki fryzyera.
Dobry kwadrans trzeba było politurowaniu i opiłowywaniu paznogci poświęcić, drugi zabrały włosy...
Widać było w panu Bolesławie skrupulatnego i sumiennego człowieka, nie zaniedbującego nic co mu przyzwoitą nadać mogło powierzchowność. Ręce już doprowadzone do artystycznego wykończenia szczegółów, po urządzeniu włosów, należało obmyć raz jeszcze, aby na nich ani ślad, ani zapach żaden niewłaściwy nie pozostał.
Zapięcie kołnierzyka, przymocowanie mankietów, aby nie dopuściły się zdrady, z niemałym przyszło trudem — krawat téż musiał leżéć tak aby był jakby od niechcenia ułożony, a misternie. Powoli uroczyście odbywało się wdziewanie każdéj cząstki ubrania. Odziewający się prostował, wyginał, stawał do zwierciadła bokiem, obciągał, przypinał i nie zaniedbał nic by sobie dodać wdzięku i dystynkcyi.
Do kamizelki przyczepił ów łańcuszek, który nie trzymał zegarka, bo go nie było, włożył szkiełko do górnéj kieszonki, naostatek zwolna i ostrożnie wciągnął frak ów, którego kołnierz wprawdzie nieco odświeżył, lecz zostawiał on zawsze wiele do życzenia.
Powolne i ostrożne obchodzenie się z tym ważnym artykułem ubioru, tłumaczyło się tém, że podszewka w rękawach dawała mu metrykę już dosyć odległych sięgającą czasów. Barwa jéj była wątpliwa i mozaikowemi plamami okryta. Ale, w tańcu gorąco bywa. Mimo wieku, frak bardzo dobrze i z pewną dystynkcyą się prezentował, był nawet tém przyzwoitszym, bo suknia nowa jak z igły, parafianom tylko uchodzi.
Raz i drugi zobaczywszy się w zwierciadle, surowéj krytyce poddawszy lakierki, doprowadziwszy do pięknego lustru kapelusz, pan Bolesław spójrzał na zegarek i począł wdziewać rękawiczki, z wprawą i zręcznością świadczącą o długiéj kunsztu tego praktyce.
Kunsztem się to nazwać mogło, gdyż niezamożny młodzieniec, Jouvaina rękawiczek nabywać nie mógł, musiał się ograniczać bardzo pospolitemi, szytemi ze skóry, niewytrzymującéj ciśnienia, szytéj nićmi bez energii — sztuką więc było wdziać tę pajęczynę nie rozrywając na kawałki.
W tém Bolko był mistrzem, palce jego wciskały się jak złodzieje pod skórę, insynuowały łagodnie, wślizgały nieznacznie, trzymały spokojnie i rękawiczka obałamucona — wytrzymywała.
W oknie już nadchodzący mrok widać było, komary zaczynały na noc zajeżdżać do izdebki — zegarek wskazywał trzy kwadranse na ósmą, wielkie dzieło było ukończone, — pozostawało narzucenie lekkiego paletocika na ramiona, i chustka do nosa.
Chustka do nosa reprezentacyjna, trochę zmięta, lecz z nosem nie widująca się nigdy, miała schronienie osobne — druga do posługi prozaicznéj, spoczywała w kieszeni innéj. Bolko miał tę przytomność umysłu iż nigdy nie wydobył téj któréj ukazać nie potrzebował.
Na stoliku leżała skórzana portmonetka; właściciel o mało niezapomniał o niéj. Wziął ją w rękę z westchnieniem i poszedł do okna. Staranny egzamen wszystkich jéj komórek nie wykazał więcéj nad jednego rubla, jednego imperyała i kilku sztuczek drobnéj monety. Nie było już czasu zająć się uporządkowaniem izdebki, którą ubieranie się zarzuciło gracikami niepotrzebnemi, Bolko odłożywszy to na późniéj, pospieszył, gdyż zegarek prawie ósmą wskazywał. Miał jeszcze kawał drogi ze Ś-to Krzyzkiéj ulicy na Krakowskie.
W ulicy z pewnością nikt by się nie domyślił, że ten panicz schodził ze strychu, można go było wziąć za arystokratyczną istotę gnieżdżącą się na pierwszém piętrze. Dziewczęta stojące w bramie, gdy się z niéj wymykał, popatrzały nań potrząsając głowami.
— Lalka! — rzekła jedna.
— Co chłopiec to chłopiec, jak z cukru! — dodała druga.
— Grafiątko! ze strychu! — rozśmiała się pierwsza...
I chichotały patrząc na pięknego Bolka, który zresztą i innych niewiast oczy ciekawe zwracał na siebie. Umiał téż iść przez ulicę arystokratycznie. Nie spieszył się, nie przypatrywał niczemu zbytnio, szedł krokiem niedbałym, niby na przechadzkę, ledwie roztargnionemi rzucając oczyma dokoła, cała postać niewymuszony miała wdzięk naturalny, a mimo elegancyi zdała się niby zaniedbaną.
Można się było domyślać, iż czas poświęcony téj pieszéj podróży, nie został stracony, gdyż w miarę jak się do celu przybliżał, mieniła mu się fiziognomia, okrywała tęsknicą, melancholią, rezygnacyą, pomieszanemi w dozach właściwych, aby stworzyły coś — niepospolitego — pociągającego.
Pan radzca Dziemba mieszkał na drugiem piętrze wprawdzie, lecz w jednym z najpiękniejszych nowych domów. Zdala widać tam już było zapuszczone story i okna mocno oświecone. Bolko zwolnił kroku, układając jeszcze plan znalezienia się; wszystko bowiem co robił było z góry obrachowane. Lękał się spuścić na natchnienie chwili, wolał sam z sobą roztrząsnąć wszystkie możliwe wypadki i miéć gotową na nie formułę.
Było już blizko wpół do dziewiątéj, gdy stanął u drzwi, które mu czarno ubrany służący grzecznie otworzył. W przedpokoju wiszące paltociki i chustki zwiastowały, że część zaproszonych osób była już w salonie.
Pominąwszy jeden pokoik jakiś przechodni, oświecony lampą i ubrany kilką staremi krzesłami, Bolko otworzył drzwi i znalazł się w rzęsisto oświetlonym salonie, z którego żywa wesoła buchnęła rozmowa. Było już osób kilkanaście.
Salon podobny do wszystkich innych, nie odznaczał się niczém szczególném, był nawet dosyć eleganckim, lecz smak właścicieli nie nadał mu charakteru. W głębi otwarty już, piękny, fortepian nowy najwięcéj zwracał oczy. Sprzęty, firanki, ozdoby pokaźne i zbytkowne niby, były tuzinkowe. Na kominie zegar bronzowy ogromny, dźwigał zamyśloną niewiastę, spartą na kolumnie. Na głównym stoliku paradował bukiet rozpostarty szeroko i dużo książek w oprawach olśniewających złotem.
Niedaleko od drzwi wchodowych znalazł się gospodarz. Poważna, otyła figura, z łysiną, — twarz rozrumieniona, szczęśliwa sobą, niby dobroduszna, pyszna trochę, chwilami mająca błyski oczów jakieś dziwne i niedające się z wyrazem jéj pogodzić.
Trochę daléj stała gospodyni, osoba wspaniała, jeszcze pragnąca być piękną a niegdyś pewnie piękna bardzo, wygorsowana dosyć, z rękami także do pół odkrytemi, olśniewającemi białością i śnieżnością, wystrojona i okryta biżuteryą, za któréj prawdziwość ręczyć było trudno. Kwiat w ciemnych włosach, koronki, szczegóły toalety dowodziły starania wielkiego o siebie. Twarzyczka téż pani radczyni, choć wypełniona może zanadto, z maleńkim kształtnym noskiem, różowemi ustami, oczyma przymrużonemi nieco, była jeszcze wcale świeżą i ponętną. W uśmiechu białe i piękne pokazywała ząbki.
Za tym posągiem przypominającym jakąś Popeę czy Julię rzymską, stała panienka, któréj pokrewieństwo z nią, nie ulegało wątpliwości. Był to ten sam typ, odmłodzony, uszlachetniony i wyidealizowany. Lecz podobieństwo to, na pierwszy rzut oka uderzające, wprawiało w zdumienie, gdy się je śledzić zaczęło; taż sama twarz, rysy, kształty miały w młodem dziewczęciu zupełnie odmienny wyraz, stanowiły niemal sprzeczność z macierzyńską pięknością. Na czole pani radczynéj nie widać było myśli, w oczach nic oprócz zalotnéj melancholii — u panienki rozbudzony duch jakiś, energia nad wiek przekształcały całkowicie twarzyczkę, na którą spojrzéć było trudno, nie będąc uderzonym intelligencyą jaka z niéj tryskała. Pomimo skromności młodziuchnego dziewczęcia, zdawało się jakby ona tu panować była przeznaczoną. Ubiór jéj był bardzo skromny, lecz pełen smaku, miała sukienkę czarną z wstążkami kolorowemi, biały kołnierzyk i kwiatek we włosach.
Gdy Bolek wchodził, rozmowa się ożywiona i przerywana śmiechami toczyła w środku salonu, w któréj udział brała pani domu, radzca, doktor Bazyli, dwie panie już nie młode i mężczyzna, w którym można się było domyślać wirtuoza.
Lwa tego otaczali wszyscy, trzymał jeszcze kapelusz w ręku, miał minę znudzoną geniusza, który raczył się dać ubłagać i zstąpił na ziemię, a razem chciał być na ten raz prostym śmiertelnikiem.
Twarz muzyka nie mówiła zresztą nic — młoda jeszcze była już zwiędłą i zniszczoną; wzrok miał błędny i roztargniony, uśmiech jakiś nie naturalny i kwaśny. Ruchy i sposób obchodzenia się były przyzwoite, lecz zarazem jakby wyuczone. Pod tą powłoką salonowego lwa, mieszkał może jaki bardzo pospolity burek, który grał swą rolę dosyć zręcznie. Wśród rozmowy artysta oczyma robił inwentarz salonu i rekognoskował towarzystwo, aby wiedziéć w jakim tonie ma ją prowadzić.
Wnijście pana Bolesława, ku któremu zaledwie się zwrócił gospodarz, nie przerwała żywego opowiadania artysty o koncercie jaki dawał w Wiedniu, w przytomności dworu i wszystkich arcyksiążąt. Bolek z taktem wielkim, umiał zająć bardzo skromny kątek, jakby pragnął się ukryć. Doktór spojrzał ku niemu, lecz widząc że wejrzenia jego unikał, słuchał daléj powieści, z dowcipnemi przyprawami.
Dwie nie pierwszéj młodości damy, obie znakomite diletantki, z nadzwyczajném zajeciem, niemal gorączkową chciwością pochwycenia każdego wyrazu, słuchały artysty.
Na twarzy panny Emmy, która stała za matką, malowało się coś niezrozumiałego — artysta mógł to wziąć za sympatyę, kto inny byłby dojrzał może nieco szyderstwa.
Drzwi salonu otwierały się ciągle, goście nadchodzili, witano się i ze środka salonu grupa główna przeniosła się ku kanapie.
Troskliwy o to aby się goście nie nudzili u niego, radzca chciał właśnie zapoznać Bolka z doktorem i szepnął mu o tém, gdy pan professor, jak go tu przez grzeczność nazywano, z bardzo dwuznaczną jakąś miną, oświadczył iż ma przyjemność znać dawniéj doktora Bazylego.
Radzca nic się nie domyślający, uderzony był wszakże czemś w postawie i głosie Bolka dziwném tak, że się w niego wpatrzył by odgadnąć czy byli powaśnieni może — lub...
Schylił się do ucha Bolka.
— Czy panowie z sobą jesteście nie dobrze?
Spojrzał mu w oczy, zmięszał się Bolko i odegrał wybornie, scenę zdumienia, zakłopotania — zacierania czegoś, aby dać wiele do myślenia.
— Ale owszem, owszem...
Radzca był i ciekawy i napastliwy, odprowadził do kąta Bolka i po cichu badać go począł.
— Przyznaj mi się pan — tak, otwarcie, jak należy przed przyjacielem — czy mielibyście co między sobą?
— Słowo panu daję że nic, nic — rzekł umyślnie mięszając się i bełkocząc Bolko. — Jeśli mam prawdę powiedziéć, nie godziły się nasze charaktery.
Minę nastroiwszy i pokorną i dumną zarazem, Bolek już nic z siebie więcéj dobyć nie dał. Bazyli, któremu to było wszystko jedno, zdala się przywitawszy z nim, nie bardzo się już przysuwał. Tamten go widocznie unikał.
Dwaj synowie pana radzcy, chłopaki już słuszne weszli do salonu, a Bolek z pewną afektacyą dobroduszności i łagodności zajął się niemi. A że dobrowolnie siadł w kątku skromnie, i takie dawał dowody serdecznego dla swych uczniów współczucia — panna Emma zwabiona tém, na chwilkę poszła mu podziękować kilką grzecznemi słowy i uśmiechem.
Około wirtuoza naturalnie skupiało się całe salonu życie, lew królował. Doktor, dla którego wszystko i zawsze było przedmiotem do postrzeżeń, mówił sobie w duchu, że wielki ów mistrz tonów, mówił nieosobliwie, rzeczy oklepane, na których czuć było starzyznę. Znudzenie okrutne ziało z niego, ale chciał być grzecznym; wyciągał więc co mógł z zakątków pamięci, dowcipy zużyte, anegdotki zszarzane, postrzeżenia zmięte i spłowiałe, a słuchacze brali to za dobrą monetę. Najwięcéj jednak wyślizgało mu się arystokratycznych wspomnień — jakby mimowolnie, — mających dowodzić jak jego talent (mówi się geniusz w oczy) — oceniony został w wyższych sferach społecznych.
Wszyscy téż czuli się do obowiązku obchodzenia się z tą rozpieszczoną osobistością w sposób jak najdelikatniejszy i pełen poszanowania. Po Liszcie zostały wszakże tradycye tych ubóstwiań, do których teraz każdy uczeń jego rości prawa, jak do spadku po mistrzu i ojcu duchowym.
Gospodyni, pomimo nadzwyczajnéj chęci usłyszenia wirtuoza (który już się był dał publicznie słyszéć) dla tego aby módz nazajutrz po całém głosić mieście iż był u niéj, grał i produkował się z wielką uprzejmością — nieśmiała jednak być zbyt natrętną. Bawiono go rozmową, którą on się nie bardzo zdawał ubawiać. Podano herbatę, ciasta, i towarzystwo otoczyło lwa kołem.
Doktór Bazyli miał przytém zręczność przypatrzenia się nowéj cale osobistości, typowi XIX wieku, — istocie za żywota kanonizowanéj w imię sztuki — nie mówił nic, stał i słuchał z powagą wielką, a zarozumiałość kolosalna poczciwca, który brał się na seryo, zdawała się go bawić niezmiernie.
Bolek tymczasem w kątku ciemnym grał rolę skromnisia, istoty dystyngowanéj, którą losy zepchnęły nizko, a która się umie pogodzić ze swém przeznaczeniem i dźwiga niezasłużone przeciwności brzemię, nie skarżąc się i nie burząc, ze stoicyzmem heroicznym.
Dla doktora Bazylego, z powołania obserwatora i dawny towarzysz uniwersytecki, zjawiający mu się w nowéj postaci, był ciekawém studyum. Niepoznawał go tutaj i nierozumiał co go czynić mogło tak cichym, pokornym razem i dumnym.
Radzca, który długo stał niby się przysłuchując opowiadaniom artysty, a małą w istocie do nich przywiązując wagę, — odciągnął doktora do małego stoliczka na herbatę — we dwojgu.
— Dowiaduję się od p. Bolesława, odezwał się z cicha, że panowie się znacie z nim od uniwersytetu?
Doktor pamiętny na to o co go proszono — potwierdził dosyć ostrożnie.
— Tak jest, spotykaliśmy się z nim, chociaż na innych fakultetach słuchając wykładów, mało miałem zręczności zbliżenia się.
— Młodzieniec bardzo przyzwoity — i znakomitego rodu! — dodał Radzca.
Doktor zdziwiony nieco spojrzał na niego.
— A tak! tak! — odparł radzca sięgając do kieszeni i szukając w niéj biletu wizytowego — który podał nieznacznie doktorowi.
Bazyli znał Bolesława zawsze jako pana Tanczyńskiego w uniwersytecie, niemało się więc zdumiał ujrzawszy na karcie wizytowéj nazwisko Bolesław Tęczyński, i u góry herb Topor.
W milczeniu obejrzał kartę i nic nie mówiąc oddał radzcy, który ją schował do kieszeni.
— Ja sam byłem tego przekonania, dodał, że stary ów ród Tęczyńskich wygasł zupełnie, ale się okazuje, że gałąź jego jedna pozostała i doszła do naszych czasów. Na pańskim koledze znać zaraz tę krew starą i pochodzenie arystokratyczne.
Doktor popijał herbatę, nie przedłużając rozmowy w tym przedmiocie, który mu był obcym. Śmiać mu się wprawdzie chciało z tego nowo kreowanego spadkobiercy panów na Tęczynie, litość go brała zarazem, lecz szkodzić mu niechciał.
— Chłopak nadzwyczaj delikatny, mówił radzca, choć domyślam się, że musi być chwilowo w położeniu dosyć przykrem. Sam mu zaofiarowałem wyższe honoraryum za lekcye — bezinteresowność dziś rzadka. Przytém przywiązał się do naszego domu.
Doktor Bazyli słuchał, nie wtrącał nic, i po chwili wynurzywszy się przed nim, odszedł do innych gości. Wirtuoz jeszcze się jakoś nie decydował sprobować „Pleyela“, który stał otwarty i domagał się aby na nim zagrał coś chopinowskiego. Tymczasem panna Emma, z którą doktór przy pierwszéj znajomości zawiązał był dość żywą rozmowę, została samą i Bazyli do niéj się przybliżył.
— Ojciec mi mówi — odezwała się cicho, że doktor zna z uniwersytetu naszego professora, pana Tęczyńskiego? — Ciekawe oczy utopiła w nim pytając panna Emma.
— A tak, znaliśmy się, spotykaliśmy się — odparł doktor. Czy panią interesuje?
Nie zarumieniła się wcale na to pytanie córka radzcy, ciemne oczy swe zwróciła z wyrazem zdziwionym na doktora, poruszyła ramionami i poczęła z małym uśmieszkiem.
— Interesuje mnie tylko jako potomek znacznéj jakiéjś rodziny, upadłéj tak nieszczęśliwie, że jéj nic nie zostało oprócz pracy. Umiem poszanować taką szlachetną rezygnacyę — dodała panna Emma — ale, szanowny doktorze — niedyskretne pytanie przy pierwszéj znajomości — czy istotnie jest to potomek...
— Jakże pani chce aby doktor o tém wiedział, dla którego tylko genealogie chorób są znane? rozśmiał się Bazyli. — Dla mnie może on być potomkiem królewskiego rodu, to mi wszystko jedno...
— Panowie byli z sobą bliżéj? — spytała ciekawa panienka.
— Bardzo blizko, nie, — odparł doktor, ale — znaliśmy się.
— Bardzo skromny i miły człowiek — dodała panna Emma chłodno — tak skromny i pełen taktu, że mnie się to w jego wieku aż prawie nie naturalném wydaje?
Doktor się uśmiechnął patrząc jéj w oczy, lecz odpowiadać nie chciał, i zbył to uśmiechem.
— Ojciec, matka i bracia moi, wszyscy w domu pana Bolesława bardzo cenią — dodała Emma, — a mnie jako ofiara losu obchodzi — radabym wiedziéć z jakiéj spadł wysokości. Widzę jednak, że pan nie zaspokoisz mojéj ciekawości.
— Niestety! — rzekł Bazyli tym samym żartobliwym tonem — znałem go już w tym upadku, a o przeszłości niewiem nic.
Panna Emma, która się widać czuła z doktorem swobodniejszą niż z innymi i odczuła w nim człowieka, z którym mogła być poufaléj nie narażając się na żadne niebezpieczeństwo — zwróciła rozmowę na muzyka.
— Bardzo bym rada aby się nasz gość dał namówić do fortepianu — rzekła cicho — gra na koncercie ma oddzielny charakter i nie daje talentu ocenić — ale trudnoż kogoś co wypił herbatę, prosić ażeby się za nią zaraz wypłacił! Trzeba czekać cierpliwie.
— Tak — odparł doktor równie zniżonym głosem. Przyznam się pani żem się probował przysłuchiwać jego opowiadaniom i — po nich, radbym gry posłuchać, bo bym może o wirtuozie zmienił opinię.
— A! cóż pan chcesz od wirtuoza! — odezwała się z westchnieniem panienka — ja com była zmuszoną dobijać się pewnéj wprawy na fortepianie, wiem najlepiéj jaką ofiarą myśli i ducha okupuje się mechanizm. Cóż dziwnego że wirtuoz, który w sobie nim myśl zasuszył i odrętwił, mówić nie potrafi? jego mową są dźwięki, jego językiem muzyka.
Doktor popatrzał na piękną panienkę z wielkim zajęciem i skłonił głową na znak zupełnego przyzwolenia. Panna Emma, jakby zrozumiała że się trochę zdumiał śmiałemu jéj zdaniu, zarumieniła się i usteczka dziwny wyraz przybrały.
— Miał mnie za dziecko! widocznie — zdawała się mówić.
Właśnie kończyli rozmowę z sobą, gdy około kanapy ruch się jakiś wszczął i artysta, przez jedną z dam uproszony, wolnym bardzo krokiem, jakby w głębokiem rozmyślaniu zanurzony, posunął się ku fortepianowi. Zdejmował powoli rękawiczki, zdjął potém kilka kosztownych i pięknych pierścieni, które miał na palcach i złożył je od niechcenia na rękawiczkach. Były to wszystko dary wielbicieli i owoce rozbudzonych entuzyazmów. Panie zdaleka mierzyły je ciekawemi oczyma. Jeden ogromny turkus pochodził z pięknych rąk księżnéj G... i ofiarowany mu był nad Newą. Opal brylantami otoczony, dała mu na pamiątkę piękna amerykanka. Szmaragd był wspomnieniem paryżanki...
Wirtuoz stojąc przy fortepianie dotknął na próbę końcem palców kilku klawiszów... siadał powoli myślał jeszcze...
Nie był to już jeden z tych uczniów pierwotnych Liszta, którzy wszystko zakładali na sile, a z fortepianu usiłując uczynić całą orkiestrę — wybrał sobie inne zadanie. — Stroną główną gry jego było cieniowanie, delikatność, finezya — miał dotknięcie nadzwyczajne. Słynął ze śpiewności w grze swojej, i był tłumaczem zapomnianych mistrzów, takiego Scarlatti’ego, Bacha, Mozart’a, których teraźniejsi wirtuozi nie grają wcale.
Pod tym względem mógł się raczéj nazwać uczniem i naśladowcą Bülowa. Ze skromnością wielką, niepopisując się z żadnym pasażem hałaśliwym, wziął naprzód kilka akordów bardzo prostych, dał im przebrzmiéć i zagrał — starego Menueta...
Było to nieco dziwaczne, przestarzałe, śmieszne niemal swą prostotą naiwną, ale zagrane w istocie z taką doskonałością, staraniem, wytwornością, iż panna Emma nawet stała zdumiona, choć nie była do uwielbienia usposobioną.
Sprawdziły się jéj słowa, że wirtuoz, który w rozmowie okazał się bardzo pospolitym człowiekiem, przy fortepianie był poetą.
Wszyscy przyklasnęli z serca ślicznemu klejnocikowi — był to początek wdzięczny i miły... Sam téż wirtuoz, który na kanapie wyglądał niepociesznie, grając wypiękniał.
Jedna z pań poczęła modlić o Chopin’a i — zabrzmiało jego Adagio koncertowe, równie ślicznie i starannie odegrane. Zachwyceni byli wszyscy, nikt już ani śmiał prosić o więcéj. Sam artysta jednak pokochał się w swoim „Pleyelu“ i nieproszony zagrał nokturn i mazura.
Po nim otoczono go kołem dziękując mu z uniesieniem nie kłamanem. Rozstąpiły się panie, radzca proponował cygaro w swoim pokoju, muzyk przyjął. Tymczasem gotowała się wieczerza z szampanem, którym zdrowie wirtuoza wnieść miano.
Panie pozostałe w salonie rozbierały grę tę cudowną, spierały się o nią, udzielały sobie wzajemnie postrzeżeń o artyście, a wirtuoz swobodniejszy teraz przy cygarze znowu zszedł na bardzo pospolitego śmiertelnika. Co gorzéj, o niczém jakoś nieumiał tu mówić tylko o rezultacie swoich koncertów finansowych, co nie było zabawném bardzo. Utrzymywał on, że najkorzystniejsze koncerta miewał w głębi Rossyi, po małych miasteczkach, gdzie zwykle sale bywały pełne, a co zagrał i jak zagrał przyjmowano z entuzyazmem niesłychanym. Europa już dla koncertantów była krajem wyczerpanym i niewdzięcznym... Bodaj koncerty w Kiachcie i Nowogrodzie! dodawał rozweselony.
Całe męzkie towarzystwo spłynęło do gabinetu, gdzie cygara palono, przybył tam i doktór, wsunął się i pan Tanczyński. Pierwszy raz tego wieczora znaleźli się tak blizko siebie. Sam Bolek zagadnął z cicha dawnego kolegę.
— Jakże się podobało?
— Bardzo, dom miły, ludzie uprzejmi — rzekł Bazyli.
— I panna Emma, jak widzę, na doktora szczególniéj jakoś łaskawa, cicho dodał Bolek z sarkastycznym uśmiechem. Jeszcze mi się nie zdarzyło jéj widziéć przy pierwszéj znajomości tak szczęśliwie usposobioną. Lecz — strzeż się, szanowny doktorze — bo Krasicki, wielki znawca serc ludzkich powiedział. — Wszystko to jest zmienne!!
To mówiąc oddalił się, a w tonie mowy jego Bazyli poczuł trochę rozdrażnienia. — Jestem w domu! pomyślał. — Bolek Tęczyński chodzi około panny!!
Przy pierwszéj zręczności znalazłszy się w blizkości Bolka, doktor mu szepnął na ucho. — Bądź, kochanie spokojnym o mnie — bogdajbym ja tak mógł być o ciebie.
Rumieniec wypłynął na piękną twarzyczkę professora, chciał coś odpowiedziéć — lecz doktor się już oddalił. Myślał się nawet wymknąć przed wieczerzą, ale niezgrabnie się wziął do wyszukania kapelusza i radzca pobiegłszy za nim, odebrał mu go.
— Nie puszczę! — rzekł.
— Ja wieczerzy nie jadam — szepnął doktor.
— To nie jedz! — klepiąc go po ramieniu zawołał gospodarz — nie idzie mi o wieczerzę, ale o wasze towarzystwo. Wypijemy zdrowie menueciarza.
Dał się zatrzymać doktor Bazyli, panna Emma, dla większego bezpieczeństwa, wzięła go pod swój nadzór policyjny.
— A pięknie to — odezwała się — więc my pana nudzimy! Chciałeś tylko posłyszéć wirtuoza...
— Nie, pani, rzekł doktor, ja się lękałem żebym państwa nie znudził sobą, doktorowie w ogóle są nie zabawni i w towarzystwie niosą z sobą nie miłe przypomnienia.
— Ale pan w téj chwili nie jesteś wcale i niepowinieneś być doktorem — dorzuciła wesoło panna — dla uspokojenia go nawet muszę mu zaręczyć, że mamy domowego eskulapa, doktora B... więc tu u nas, jesteś pan prostym gościem, bez innego tytułu, prócz przyjaźni naszych rodziców.
Doktór Bazyli skłonił się grzecznie. Spojrzał przypadkiem na Bolka i dostrzegł na jego twarzy źle ukryte rozdrażnienie. Zajmował się z gorączkową czułością chłopcami, a widać było że myślą był gdzieindziéj.
Drzwi się otworzyły wkrótce do jadalnego pokoju, gospodyni podała rękę wirtuozowi, i złożyło się jakoś tak, że doktor musiał prowadzić pannę Emmę. Idący z tyłu profesor rzucił nań piorunujące wejrzenie. Bazylemu ponieważ się ani śniło przypodobać pannie Emmie, choć ją znajdował nadzwyczajnie miłą i umysłowo wykształconą — trochę się śmiać chciało z tych oznak po których zazdrości się łatwo domyślał.
U wieczerzy rozmowa nie bardzo była zajmującą, — z wielkim tylko zapałem wypili wszyscy, damy nawet, zdrowie genialnego artysty, który dziękował z tą skromnością przyzwoitą wielkim ludziom, zbyt ufnym w siebie, aby pysznemi się potrzebowali okazywać. Hołd oddany mu z ujmującą grzecznością, wnet zwrócił gość pijąc zdrowie gospodarstwa... Kieliszki widocznie ożywiły nawet umysł mistrza, który stał się weselszym i rzucił kilka melancholicznych wejrzeń ku pannie Emmie, ale spotkawszy wzrok jéj chłodny i zdziwiony a wcale nie onieśmielony, zwrócił się natychmiast z nadmiarem czułości ku pięknéj pani, którą posadzono koło niego nie bez myśli zapewne.
Była to diletantka równie ładna jak czuła, nawykła do obcowania z artystami i przyjmowania ich w swym domu. Prześliczne jéj oczy miały nadzieję wirtuoza ściągnąć na jeszcze jeden wieczorek na Leszno... Tu znalazł wzrok artysty, tak sympatyczną odpowiedź, tak ognistem mu się wywdzięczono spojrzeniem, iż panna Emma została oswobodzoną od dalszych magnetyzowania pokuszeń.
Po wieczerzy palono jeszcze cygara i popijano węgrzyna, a gdy doktor wyszedł nareszcie, na trotuarze dopędził go Bolek.
— Muszę ci choć powinszować — odezwał się głosem w którym czuć było trochę gniewu — aussitot arrivé, aussitot pendu — widzę że się panna Emma podobała!
Rozśmiał się doktor dobrodusznie.
— Ty widzisz więcéj niż jest — rzekł — ale ja widzę niewątpliwie że jesteś zazdrośny i zakochany — Bóg z tobą, mój Bolku — uspokój się, słowo ci daję że przeszkadzać nie będę. Odczep się odemnie, przyjechałem umizgać się do tyfusów nie do panien. — Dobranoc.
Pan Tanczyński przezwany Tęczyńskim — jakąś chwilę po odejściu doktora stał na trotuarze, ramionami rzucił i żywym krokiem poszedł z powrotem do swéj izdebki na strychu...
Nigdy może tak impetycznie nie biegł po wschodach, tak niegrzecznie dla śpiących sąsiadów nie rzucił drzwiami wchodząc na strych do mieszkania, — tak niezręcznie nie zapalał świecy jak dzisiaj. Dopiero wyższe względy na zachowanie ubioru, który z uwagą i troskliwością ojcowską trzeba było złożyć do komody, zdołały na nim wymódz uspokojenie i zwrócić go do prozaicznéj rzeczywistości.
Zdejmując frak postrzegł z boleścią — iż był pęknięty pod pachą!!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.