Ładny chłopiec/Tom I/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ładny chłopiec
Wydawca Maurycy Orgelbrand
Data wydania 1879
Drukarz S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.

Dwóch ich na poddaszu siedziało, stary i młody. Izba w któréj się mieścili, miała pretensyą nazywać się pokojem, i choć wysoko umieszczona, była dosyć porządną i czystą. Godzina popołudniowa dnia letniego, choć jedyne okno stało otworem, i choć wiaterek w niém czerwoną firanką poruszał — napełniała mieszkanie skwarem nieznośnym. Niebo téż, na którém ani chmureczki widać nie było, rozpalone do ołowianéj jakiéjś bladości, barwę swą lazurową straciło.
Pokoik był w rodzaju tych, które studentom, kancellistom i komisantom początkującym się najmują; wązki, niziuchny, ledwie mogący sofę, całą obitą perkalem, stół i kilka krzeseł, a w kącie piec pomieścić.
Jednakże niebieskim papierem okryte ściany, pewne o czystość staranie i porządek, wesołym go czyniły. Drzwiczki ztąd otwarte, prowadziły do alkowy ciemnéj, w któréj całe, na świat się wychylać nieśmiejące gospodarstwo, tuliło. Nad sofą wisiało parę fotografii, na stole kilka książek leżało, zwiędły bukiet w kącie na gierydoniku dogorywał.
Mężczyzna siedzący na sofie, na wpół leżał, na łokciu sparty; młodszy stał przed nim z uwagą się przysłuchując, temu co tamten z powagą wygłaszał. Człowiek był już podżyły, lecz zdrów jeszcze i silny. Na głowie włos siwy postrzyżony nizko, jeżył mu się jak szczotka — twarz miał rumianą, oczy małe niebieskie, rysy pospolite i wiekiem a życiem starte. Mógł niegdyś być bardzo przystojnym, dziś w ulicy ani pięknością, ni brzydotą, ni fiizionomii oryginalnością niczyjegoby nie zwrócił wzroku. Z pięknych młodzieńców życie tysiące robi takich, z pozwoleniem, kulfonów. Jednakże twarz ta niczém się nie odznaczająca, pospolita, miała sobie właściwą powagę, która i w całéj postaci człowieka się rozlewała. Była to suknia wdziana dla ludzi, tak przynajmniéj wyglądała i zdawała się pożyczoną.
Wpatrując się w nieco obrzękłe oblicze starego, można było dostrzedz po za tą powagą, sztuczną, w wejrzeniu siwych źrenic, w pewném ust sfałdowaniu siedzące skryte szyderstwo, a pobywszy z nim dłużéj, można było uczuć, że grał kogoś, i sobą nie był.
Gra ta wszakże chwilami się zdradzała, gdy się ożywił i zapomniał, lecz zaledwie poczuł to, powracał do przybranéj sztywności pierwszéj.
Ubiór na nim był czysty, prosty, skromny, lecz staranny.
W nim także widniała myśl przyzwoitego pokazania się światu. Śnieżnéj białości kołnierzyk, czarna chustka zręcznie zawiązana, kamizelka pod szyją zapięta, szary surdut, jaki przystał nie młodemu człowiekowi, dawały mu postać emeryta niby, expedagoga, lub kogoś z téj kategoryi ludzi, co się długo w jedném miejscu wysiedzieli. Na rękach nie spracowanych, białych, widać było parę pierścieni, a między niemi jeden z krwawnikiem herbowym. Skromny łańcuszek srebrny trzymał zegarek. Twarz wygolona czysto do włosa, czerstwa była, choć pomarszczona.
Młodzieniec stojący przed nim, niemal był anomalią pod strychem, tak śliczném, arystokratyczném był zjawiskiem. Coś pieszczonego, trochę niewieściego, nie raziło przy wielkiéj jego młodości, gdyż nie miał nad lat dwadzieścia.
Ubiór chłopaka mówił, że o téj piękności swéj młodzieńczéj dobrze wiedział.
Biała i rumiana twarzyczka ślicznego owalu, któraby i panienki nie zeszpeciła, oczy czarne ogniste razem i łzawe jakieś, uśmieszek wdzięczny koralowych ustek, czoło białe, krucze w pukle się zwijające włosy, składały się na całość uroczą. — Przytém postać cała, aż do nóg i rąk białych, utrzymanych starannie — odpowiadała maseczce. Na mężczyznę był może nadto ładny. Wyrazu téż brakło na twarzy, która wyglądała jak biała nie zapisana kartka.
Skromna izdebka na poddaszu nie widywała pewnie zdawna tak starannego stroju, jaki okrywał młodego antinousa. Musiał z innych zapewne życia przyjemności uczynić dla niego ofiary, bo ubrany był jak paniczyk, leżały na nim suknie jak ulane, a najmniejszy szczegół toalety był wykwintnie i z myślą dobrany. Elegancik spozierał téż kiedy niekiedy ku małemu zwierciadełku zawieszonemu za sofą. Na twarzyczce malowało się zadowolenie z siebie. A jednak i troska jakaś marszczyła mu czoło.
Stary prawił monolog, niedopuszczając rozmowy, zwolna, dydaktycznie, jakby z katedry wygłaszał coś, niekiedy rąk ruchem dodając wyrazistości swéj mowie. Młodzieniec słuchał, może znudzony, roztargniony nieco — lecz z cierpliwością przykładną, jakby już był do tego nawykłym.
— Wy, młodzi — mówił starszy — wy, młodzi — zwykle życie zjadacie jak zieloną paszę, nie dając dojrzéć kłosom. Jest to w naturze młodości, że chciwą jest używania, głodną i fałszywe sobie robi pojęcia o wszystkiém!
— Ideały, mosanie, ideały! serce! uczucia! poświęcenia! romanse, same romanse! Jest to tak jakby kto stawił na kartę, któréj w całéj talii niema. — Bo — niema!
— Wszystkim wierzycie, wszystko bierzecie za dobrą monetę; każdemuście gotowi rozpiąć się do koszuli i do naga pokazać... Hołdujecie prawdzie, szlachetności, i tym podobnym istotom wymyślonym — être de raison, mosanie — głupstwom... A tu, kto zechce żyć i być szczęśliwym, musi być komedyantem, musi łgać — bo bez blagi nie ma nic. — Tak — nic.
Spojrzał na młodzieńca, który się uśmiechał, nie biorąc tego na seryo. Obraził się stary i podniósł a wyprostował.
— Blagi się ucz! tak — dodał stukając palcami po stole. Dziwisz się że ja ci to mówię? hę! komu innemu sekretu tego nie wyjawię, ale ciebie szczęśliwym chcę widziéć — krew mnie do ciebie wiąże, dzieci własnych nie mam, interesujesz mnie! Widzę ze wszystkiego iż masz skłonność młodzieńczą, do téj naiwności głupiéj, co was wszystkich gubi. Chcę ci oszczędzić smutnych doświadczeń i zmarnowania lat drogich, mój Bolku — dla tego jestem z tobą otwarty. Ucz się zawczasu blagi!
Potrząsł połami szaraczkowego surduta.
— Widzisz, na starość bym nie chodził w skromnym sieraczku, gdybym wcześniéj to wiedział co dziś tobie mówię. Prawdą i prostą drogą do niczego nie dojdziesz, sentymentami się brukuje gościniec do łachmanów. Łgać trzeba, komedyantem być i blagi się uczyć. Masz i twarzyczkę ładną i sprytu dosyć — ale na tém nie koniec! Ludzie ciebie wyzyskają, wyduszą jak cytrynę i rzucą precz — lepiéj żebyś ty z nich sok wycisnął dla siebie.
— Jedno z dwojga na świecie, albo być duszonym lub dusić — pośredniego niema nic.
Znowu popatrzał na Bolka.
— No, tak, potwierdził — nie ma nic.
— Wujaszek dziś w przedziwnym humorze, słowo daję! — odezwał się śmiejąc Bolko.
— To nie jest humor — zawołał z powagą starszy — to silne, niewzruszone przekonanie. Przyszła godzina że ci potrzeba było oczy otworzyć. Jesteś moim siostrzeńcem, nie mam ci czém pomódz, na obwinięcie palca nic ci dać nie mogę, moja emerytura ledwie mi na życie starczy. Daję ci co mam najdroższego, owoc życia — doświadczenie — zdobytą prawdę!
— Bez blagi do niczego nie dojdziesz! Szelmostwa i świństwa robić nie życzę, są to rzeczy nie opłacające się, nie ma na nich rachuby — ale — ale pomiędzy ideałem a świństwem jest przestrzeń znaczna, po któréj rozumny człowiek bezpiecznie kroczyć może — Est modus in rebus.
Palec położywszy na nosie, stary emeryt chrząknął.
— Rozumiesz ty to? — spytał.
— Rozumiem tylko, że wujaszek jest w obawie, abym jakiego głupstwa nie zrobił.
— A no tak — rzekł emeryt — głupstwo powszednie, maleńkie, nie pociągające za sobą konsekwencyi, na jakie młodość jest narażoną — rzecz prawie nieunikniona; ale z was niektórzy umieją palnąć takie, za które całe życie pokutować trzeba.
Bolko milczał, emeryt się obejrzał do koła z pewną obawą.
— Niech wujaszek śmiało mówi, nie mamy innych sąsiadów co by nas podsłuchiwać mogli, nad jaskółki. W istocie zwijały się one około okna, pod którem gniazdo miały.
— Wyglądasz jak paniczyk! — rzekł emeryt. Natura cię uposażyła pod tym względem wspaniale. Ojciec twój wyglądał jak parobek, matka była do mnie podobną — tobie się dostało paniczykowate oblicze, iż przysiądz można, żeś wysokiego rodu! Panu Bogu dziękuj za to, ale nie bądź że téż głupim, pierwszemu lepszemu spowiadać się z tego żeś synem ekonoma i goły jak bizun.
Młodzieniec się zarumienił i nadąsawszy nieco — dorzucił.
— Ojciec zarządzał majątkiem u hrabiów.
— Co tam! zarządzał! — odparł wuj — ekonomem był i typem starego ekonoma, co nawykł w bizun tylko wierzyć. Mama sama czasem krowy doiła — co prawda — ale — distitiguo! — to między nami. Powiedzże mi naprzykład, gdy się radzca spyta, u którego dajesz tym smarkaczom lekcye — coś zacz? Co odpowiesz...
Bolko pomilczał chwilę.
— Cóż ja mu się mam tłómaczyć! — odparł — co to do kogo należy.
— Przepraszam cię, rozumny człek z niefortunnego położenia umie korzystać. Staje się, mosanie, melancholijnym... spytany, wybąkuje o nieszczęściach jakie familią dotknęły. To go czyni interesującym. Przypadkiem się wygaduje z hrabiami, z któremi rodzinę jego łączyły ścisłe stosunki. Nie jest to kłamstwo, ale zręczne zużytkowanie materyału jaki Pan Bóg dał! Przytém należy milczącym być i tajemniczym, a w gustach, smakach, jadle wybrednym, zaręczając, że się jednak do wszystkiego nawykło... Trzeba — grać! dodał emeryt. — Blaga! tak! Blaga może wiele, lecz powinna być jak perfumy paryzkie delikatną... fine... umiejętną.
To mówiąc jedną rękę podniósł i palcami przebierał w powietrzu, Bolko się uśmiechał.
— Ale wujaszek może bo ma mnie za dziecko — dodał po chwili — przecież sam wuj widzi że ja się ubrać umiem, choć często nie bardzo mam co zjeść, że się staram dobrze zaprezentować...
— I dla tego — wtrącił emeryt, iż widzę w tobie pewną zdolność, chciałbym cię na dobréj drodze utrzymać, pokierować. Człowiek z talentem daleko zajść może...
Zamilkł nieco nauczyciel i w formie konkluzyi, zamknął mowę swą axiomatem.
— Ale trzeba łgać!
To mówiąc wstać już myślał z kanapy, lecz coś mu jeszcze do głowy przyszło.
— Mówi się to między nami, sub rosa — rzekł. Pospolitemu tłumowi sekreta się te nie otwierają; owszem, kochanku — szlachetność, ofiarność, bezinteresowność trzeba nieustannie wywieszać, stroić się w nie, aby lepiéj okryć kontrabandy!
— Taki świat! to darmo! Żyjemy na nim, trzeba się wykręcać aby nas nie zmiażdżono.
— Proszę cię! proszę, gdybym ja miał rozum za młodu, gdybym takiego wuja posiadał jak ty, czybym dziś był kiepskim emerytem z parą tysiącami złotych pensyi!! Ja! ja! Ludzie stokroć głupsi odemnie, osły, co nic nie umieli, bałwany — porobili karyery — ja! nic.
— Opatrzyłem się za późno! Chciałem iść prostą drogą, wierzyłem że poczciwość zwycięża — a nieprawda!! Zwycięża intryga, fałsz, podłość! Co my temu winni? Tak jest! tak jest!
Rozgorączkował się nieco profesor, ale natychmiast uspokoił i wrócił do równowagi.
— O tóż dla tego iż chcę byś w podobną do mojej nie wpadł jamę, mówię ci to tak otwarcie. Co za moralność! powiesz — a ja ci powtarzam, między złem a dobrém jest przestwór znaczny, ścieżka pośrednia — którą trzeba się umiéć pokierować tylko — wszystkie dziesięcioro przykazań co do litery zachować trzeba, na to nie ma rady, stoi za niemi kodeks i policya — a z temi się zadzierać niech Bóg uchowa — ale po za płotem dziesięciorga, zwinny człek się przeciśnie i da sobie rady...
Wstał wreszcie professor, wyciągnął się i rzekł już innym głosem.
— Piekielny dziś skwar! Cóż ty robisz z sobą?
Wpatrzył mu się w oczy, jakby chciał przeczytać w nich, czy młodzieniec już się kłamać nie nauczył.
— Wieczorem jest muzykalne jakieś zebranie u radzcy, rzekł Bolko, był tak grzeczny, że mnie na nie zaprosił, wiedząc iż lubię muzykę...
— Bardzo dobrze! mów że lubisz muzykę, unoś się nad poezyą, exaltuj — ale zawsze na zimno! na zimno... Więc wieczorem u radzcy! Bardzo dobrze, powtórzył emeryt. — Wiesz, to człowiek bogaty jak Krezus, wielu synków?
— Dwóch...
— Bez synków by się było obeszło! i to, aż dwóch — mówił stary. — Przecież córka, śliczna panna, w najgorszym razie kilkakroć sto tysięcy miéć będzie — zwłaszcza że jest i matki faworytą, która jéj skrzywdzić nie da, i u ojca w łaskach... Mówią że i utalentowana — ale to tam mniejsza! kobiety noszą się z talentami póki za mąż nie pójdą, potém na uprawę ich nie mają czasu! A, kokietka?
— To skromna i nieśmiała jeszcze panienka... — rzekł Bolko.
— Jakże ci — w guście? — spytał stary.
Bolko się śmiać zaczął dziwnie jakoś.
— Wcale nie patrzę na nią — rzekł — na nic by się to nie zdało.
— Dla czego? dla czego? — podchwycił żwawo emeryt. Miéj to sobie za pewnik, że na świecie się wszystko robi przez kobiety — nic bez nich. Jest tylko dwojaka szansa — kto się niemi nie posługuje, tym one się posługują. Zakochać się, niech cię Bóg uchowa... najwyższe głupstwo, ale dobrze się obrachowawszy, postarać o to, aby się zakochano! dlaczego nie!
— Z tém wszystkiem — mówił profesor szukając kapelusza — z tém wszystkiem, dla ciebie czas wielki jeszcze, nim chomąt sobie włożysz na szyję. Pobrykać ostrożnie nie wadzi, aby się zbytniego ognia pozbyć...
— Niemcy mają doskonałą wychowania metodę. U nich uniwersytet starczy za krwi upuszczenie, młodzieńcowi cugle na kark rzucają — hulaj! Jak się lat cztery, pięć, wybryka, wyswawoli, wyszaleje, wraca do domu wymokłym śledziem i do powszedniego życia doskonały. Niema niebezpieczeństwa, już się tam nic nie zapali, bo się wypaliło wszystko! Jednakże i z tą metodą — ostrożnie! Zdrowia trzeba szanować!
To mówiąc emeryt kładł rękawiczki letnie jedwabne...
— A zatém pozostajesz w domu? — zapytał.
— Ani odwagi, ani ochoty nie mam iść na takie gorąco! — rzekł Bolko...
— Ja zaś — jeszcze cieniem się przejdę, w szachy zagram — odparł stary, jeśli się okazya trafi na cudzą wieczerzę — nie odmówię — nie? to się skromnym kotletem u Poziemkiewiczowéj ograniczę — i — spać!!
Bolko pożegnawszy go, wychodzącemu drzwi otworzył, a że na poddaszu było trochę ciemno, przeprowadził aż do wschodów, i zwolna do swojéj izdebki powrócił.
Stanął zamyślony u stolika, jak gdyby ważył co słyszał od wuja, pokręcił głową, uśmiechnął się, popatrzał w lusterko, poprawił włosów, zapuścił w oknie firankę, i zdjąwszy surdut na sofie się spocząć położył.
Twarzyczka jego przed chwilą bez wyrazu, obojętna, prawie znudzona, stopniowo teraz zaczęła się ożywiać jakimś ogniem wewnętrznym. Młodzieniec marzył, myśl poruszała mu krew, dawała jéj obieg żywszy i fiziognomię czyniła wyrazistszą, dojrzalszą. Gdyby wujaszek zobaczył go teraz, możeby niewidział potrzeby dawać mu nauk, które instynkt naturalny, szczęśliwie obdarzonego chłopaka, zastępował. W oczkach czarnych błyszczała chytrość i przebiegłość, usta się uśmiechały dziwnym sarkazmem, starszym niż człowiek, w którym on mieszkał, kryć się i objawiać umiał.
Marzenie to poruszało go tak dalece, że mu nie dawało spokojnie wyleżéć na sofie; zrywał się, opierał o stół, prostował, ręce zakładał, włosy rozrzucał, — widać było, że z siebie i swych planów był rad bardzo.
Nie mogąc już odpoczywać, począł chodzić, zatrzymując się czasem przed zwierciadełkiem, jakby czuł potrzebę porozumienia się, za jego pośrednictwem, z samym sobą.
Zwierciadło mu zwracało jego rysy szlachetne, uśmieszek mądry, wejrzenie bystre, a nadewszystko piękną twarzyczkę, z którą właściciel już umiał co chciał zrobić.
Ubiegło tak dobre pół godziny w téj kontemplacyi samego siebie, Bolko spojrzał na zegarek leżący na stole. Była to srebrna, gruba, stara, niepozorna cebula, któréj do kieszeni wziąść nie mógł — a łańcuszek bardzo elegancki ale prosty wiszący u kamizelki, nic nie utrzymywał — czekał.
Godzina była jeszcze wczesna — gorąco zawsze dopiekające na poddaszu, do roboty nie miał ochoty najmniejszéj młodzieniec, upadł więc znowu na sofę, i ze stolika dobył w szufladce ukrytą książkę, która do zabicia czasu dopomódz mu miała.
Nad czytaniem upłynął kwadrans, gdy na ciemném poddaszu, gdzie drzwi nie łatwo było znaléźć nie obeznanemu z miejscowością, posłyszał Bolko nieśmiałe kroki. Nastawił ucha niewstając, zmarszczył się — widocznie przybywająca wizyta — która tylko jemu mogła być przeznaczoną — w smak mu nie szła. Niespieszył więc z ułatwieniem jéj do drzwi przystępu.
Pan Bolesław u siebie przyjmować w ogóle nie lubił, nie dawał nikomu adresu swego, wstydził się zbyt skromnéj izdebki pod strychem. Wuj i ci co do niego mieli interesa, w niewielkiéj liczbie — o mieszkaniu jego wiedzieli.
Chodzenie po strychu zniecierpliwiło go wreszcie, nie było mu końca, wstał żywo, otworzył drzwi i wyjrzał...
— Kto tam?
Szybko zbliżyły się kroki ku nagle rozświeconemu wnijściu, i słusznego wzrostu młodzieniec, równego wieku z Bolkiem, ubrany niepokaźnie, pokazał się gospodarzowi poddasza. Uśmiechał się on do Bolka, który zrazu nie zdawał się go poznawać, choć światło nie mogło być temu przyczyną, bo wprost padało z izdebki, na twarz przybywającego gościa.
— Pana Bolesława dobrodzieja! — odezwał się głos gruby z akcentem rubaszno wesołym.
— Ah! Bazyli! — wykrzyknął jakby pomięszany nieco Bolko, ustępując od progu — proszę cię! Co za gość.
Wchodzący dorodny ale nie piękny mężczyzna, dobrze zbudowany, zdrów — miał fiziognomię rozumną i poważną, a pomimo to jakąś dobroduszną wesołością ożywioną. Ubrany był przyzwoicie a skromnie, a w stroju ani wykwintności ni zbytku o nie starania i pamięci widać nie było. Na twarzy czerstwéj, jasnéj panował spokój dojrzalszych lat, a gdy się ożywiła, wyraz rozumny czynił ją niemal piękną, choć nią nie była. Bazyli należał do tych ludzi, których pokochać można, zapominając, iż im na wdzięku zbywa. Miał w sobie coś niepospolitego, oznajmującego istotę do wybranych należącą. Piękność Bolka gasła przy jego charakterystycznéj twarzy, i wydawała się jakby lalką z fryzyerskiéj wystawy.
— Ale zkądżeś się mógł o moim dowiedziéć adresie? — dodał Bolko.
— Istnym przypadkiem — rzekł Bazyli stawiąc kapelusz na stole i powolnie rozglądając się do koła. — Zaszedłem do kawiarni, gdziem spotkał Morczykowskiego, dowiadywałem się u niego o kolegów, wymienił mi twoje nazwisko, nie mogąc wskazać adresu, gdy siedzący przy szachach jakiś siwy, z głową ostrzyżoną, poważny jegomość...
(Bolko się zarumienił.)
— Był tak grzeczny, że zwróciwszy się ku mnie, mieszkanie twe mi wskazał.
— Mój wuj, professor — szepnął dławiąc się tém Bolko.
Bazyli siadł był na sofie i dobywał cygaro.
— No? jakże ci się wiedzie? co robisz? — spytał. — Mów mi naprzód o sobie, potém ja powiem co mnie tu przypędziło.
Twarz gospodarza, powlokła się melancholicznym obłokiem.
— A! kochany kolego — rzekł — ty wiesz, są ludzie których zowią dziećmi szczęścia; ja się mogę dzieckiem nieszczęścia nazywać! Wiesz jaka nikczemność pozbawiła mnie stopnia w uniwersytecie i karyery... Być może iż się to da naprawić późniéj, tymczasem, z powodu ciosów, jakie naszą rodzinę dotknęły, znalazłem się bez resursów chwilowo, i zmuszony jestem żyć z lekcyi — z mizernych lekcyi!
Zapalający cygaro Bazyli nic na to nie odpowiedział długo, a po przestanku dodał.
— Trzeba się raz zdecydować na jakiś zawód, parę lat jeszcze pomęczyć i stopień otrzymać. Wiesz, dodał, żem zwykł mówić prawdę — zmieniałeś fakultety, łatanina była w twoich studyach — rzucałeś się, rwałeś, to ci do egzaminów przeszkodziło.
Bolko się zaczerwienił i zaperzył.
— Proszę cię — drudzy gorzéj odemnie rzucali się, mniéj pracowali, przecież stopień otrzymali. To była intryga, podłość, prześladowanie.
Bazyli głową pokiwał, widocznie się sprzeczać nie chciał.
— W twoim wieku — przebąknął powoli, — wszystko się da naprawić, masz czas, popracujesz...
— A! dobrze ci to mówić! — zawołał Bolko — tobie coś do portu dopłynął. Ja, teraz zbity z tropu, sam nie wiem co mam począć. Myślałem jak wiesz zostać prawnikiem, adwokatem, coś podobnego... tymczasem jurystów jest więcéj już jak klientów! Dziękuję... Pedagogika, mam na wuju przykład, do niczego nie prowadzi. Do matematyki nie mam zdolności najmniejszéj, a i inżenierów, jak mówią, jest już przez wierzch głowy!.. Sam nie wiem! sam nie wiem...
Spokojnie palił swe cygaro pan Bazyli.
— Rzekłeś, panie Bolesławie — odezwał się — żem szczęśliwy, bom do portu dopłynął! Bogdajeś tak zdrów był, i mojéj rady nie potrzebował. Jestem wprawdzie doktorem medycyny i chirurgii, ale doktorów jest jak much w lecie — klientela rozebrana, znakomitości ją pochłaniają. Wyrobić sobie praktykę, rzecz wcale nie łatwa. Jednakże widzisz, przybyłem do miasta, to jest tam, gdzie najtrudniéj o nią, jestem ubogi, — ale wesół i swobodny! Dla czego? bo naukę kocham i tu sobie będę robił studya praktyczne po szpitalach, a daléj się kształcił. Na wsi niepodobieństwem nabrać doświadczenia — ale tu! tu!
Oczy mu się rozjaśniły.
— Nie masz ambicyi — rzekł Bolko.
— Mam ambicyą nabycia nauki — to moja jedyna, nielicząc że chcę być uczciwym człowiekiem. Zresztą! o grosz i glans — nie dbam!
Bolko ramionami potrząsł.
— No, ale cóż tedy myślisz? — spytał puszczając dym cygara Bazyli — co myślisz z sobą, boć te lekcye to jest interim.
— Sam niewiem! — odparł gospodarz. Będę musiał chyba jeszcze raz ruszać na prawo gdzieś.
— Zawsze lepiéj jak na lewo! — rozśmiał się doktór...
Bolko chodził po pokoju przypatrując się lakierowanym swym bucikom, jakby rozważał czy mu one na wieczór do pana radzcy służyć mogą.
— Widzisz mnie w doskonałym humorze — prawił daléj gość — mam sobie na trzeciém piętrze najęte dwa pokoiki, przy Mazowieckiéj ulicy, wyśmienite. Panowie koledzy do których się zameldowałem z powodu kliniki i szpitalów, przyjęli mnie doskonale. Oświadczyłem im że nie dla praktyki tu przybywam. Mam już kilka znajomości, a nawet! wyobraź sobie już dziś zaproszenie na wieczór.
— Dokąd że? — zapytał Bolko stając.
— Cała historya — rzekł doktor. — Niejaki radzca Dziemba, przyjaciel mojego ojca nieboszczyka...
Na twarzy Bolka wyskoczył rumieniec i schował się natychmiast, drgnął, wyprostował się, zaciął usta.
— Przyjaciel ojca!! patrzcie! — przerwał — ja u niego lekcye daję chłopakom, i mam téż być na wieczorze!
— A! to doskonale — rozśmiał się Bazyli — wszystko mi się wiedzie jak z płatka, właśnie sobie trochę łamałem głowę co ja tam będę robił, niemając nikogo znajomego oprócz gospodarza.
Radości wielkiéj doktora wcale się nie zdawał podzielać Bolko, stał u stolika zakłopotany jakiś i niemal podrażniony, namyślając się co ma odpowiedziéć — marszczył brwi i gryzł usta.
— Prosiłbym cię — odezwał się po chwili głosem zmienionym — abyś był łaskaw o mnie tam nie mówić nic. Wiesz co, nawet ze zbyt blizką znajomością, wolałbym ażebyśmy się nie chwalili.
Doktor się poruszył, mocno zdziwiony.
— Cóż to? dla czego?
— Powodów na ten raz, nie mogę ci wyłuszczyć — rzekł mieszając się Bolko, który rękę doń wyciągnął — ale, proszę cię o to, tak mi wypada.
Doktór ruszył ramionami.
— Pełen jesteś zawsze tajemnic! — rzekł z westchnieniem dobroduszném. — Nie rozumiem cię.
— Ale, o cóż ci chodzi? co ci to szkodzi? — odparł Bolko skłopotany.
I począł znowu przechadzać się żywo po izdebce, dla uczynienia jakiejś dywersyi; spuszczoną firankę u okna podniósł, krzesło jedno poprawił. — Milczeli.
— Pozwól mi się spytać — dodał stojąc naprzeciw doktora — znasz dobrze radzcę i dom jego?
— Ja? nic a nic — rzekł Bazyli. — Poznałem się z nim dopiero teraz, tytułem stosunków jego z moim ojcem...
Bolko zrobił minę kwaśną.
— Mów, proszę cię — podchwycił zaciekawiony doktór.
— Nie mogę — odezwał się Bolko z jakimś heroizmem udanym — nie mogę, nie przystało mi. Za mało znam ich sam przez się, jako przyjacielowi tylko, któremu dobrze życzę, mogę powiedziéć jedno: — bądź w stosunkach ostrożnym.
Słowa te były wypowiedziane z takim jakimś naciskiem, z powagą i znaczeniem, że doktór się zasępił.
— Cóż to jest? — przebąknął.
— Nic, nic, powiadam ci, znam ich mało — ale — przestrzegam cię, z osobami składającemi rodzinę w ogóle, bądź ostrożnym. Nie zaciągaj zbyt blizkich stosunków na ślepo...
Bolko, mówiąc, to, wykrzywił się, pokiwał głową, uderzył ręką po stoliku, i chodzić zaczął.
Doktor, tak był jakoś zdziwionym, że mu cygaro zagasło, siedział jak osłupiały.
— Jednakże — wtrącił — wszystkie osoby z któremi trafiło mi się mówić o Radzcy, wyrażały się o nim i o familii z wielkim szacunkiem.
Uśmiech szyderski przebiegł po ustach gospodarza, ruszył ramionami.
— A zatém, to com powiedział, uważaj za — niebyłe, — rzekł szybko. — Zapomnij, nie mogę mówić więcéj, dajmy temu pokój — proszę... Niepotrzebnie się wypaplałem, powtórnie białą rączkę wyciągając ku doktorowi, odezwał się Bolko — jestem zawsze nierozważny. Niech mnie moja przyjaźń tłumaczy...
Oczyma śledził go doktór napróżno, ani z twarzy nic więcéj nie mógł wyczytać, ani wydobyć z ust jego. Zamilkł więc.
— O któréj będziesz u radzcy? — zapytał Bolko.
— Myślę pójść około ósméj — rzekł doktór, — wszak godzina ta w mieście stosowną mi się zdaje? Radzca mi coś wspomniał o muzyce?...
— A tak! pani jest muzykalną bardzo — dodał żywo Bolko — panna także, ojciec naturalnie talentami rodziny się zachwyca. Oprócz tego ma się produkować jakiś cudowny wirtuoz fortepianowy, młodzieniec, uczeń Liszta, bo teraz wszyscy fortepianiści są uczniami Liszta...
— Ja, choć doktor, i jako doktor pozytywista, rozśmiał się Bazyli — muzykę lubię bardzo.
— Jest to jedyna sztuka, która ma język swój własny, odrębny i myśli do naszego świata nie należące, malujące coś co po za tym światem, odrębnie gdzieś mieszka. Dla tego, barbarzyńca, nierozumiem cudzołożnego łączenia wyrazów do muzyki. Muzyka mówi więcéj i co innego niż słowa.
Machnął ręką i wstał z sofy.
— Ale ja ci czas zajmuję, a tu się już ma ku wieczorowi, ty i ja mamy się jeszcze wysztafirować do pana radzcy. No! ja jak ja! — rzekł śmiejąc się, włożę frak i jakie takie jaśniejsze rękawiczki, cylinder i basta — ale ty!
Bolko niby urażony i pochwycony na uczynku, rozśmiał się kwaśno.
— Za tém, do widzenia! — dodał doktor odchodząc już.
— Do widzenia! powtórzył Bolko we drzwiach, i potrzymawszy je chwilę otwarte, aby w ciemności nie zostawić doktora, zamknął gwałtownie i zaryglował.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.