Strona:PL Kraszewski - Ładny chłopiec.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   10   —

brze, powtórzył emeryt. — Wiesz, to człowiek bogaty jak Krezus, wielu synków?
— Dwóch...
— Bez synków by się było obeszło! i to, aż dwóch — mówił stary. — Przecież córka, śliczna panna, w najgorszym razie kilkakroć sto tysięcy miéć będzie — zwłaszcza że jest i matki faworytą, która jéj skrzywdzić nie da, i u ojca w łaskach... Mówią że i utalentowana — ale to tam mniejsza! kobiety noszą się z talentami póki za mąż nie pójdą, potém na uprawę ich nie mają czasu! A, kokietka?
— To skromna i nieśmiała jeszcze panienka... — rzekł Bolko.
— Jakże ci — w guście? — spytał stary.
Bolko się śmiać zaczął dziwnie jakoś.
— Wcale nie patrzę na nią — rzekł — na nic by się to nie zdało.
— Dla czego? dla czego? — podchwycił żwawo emeryt. Miéj to sobie za pewnik, że na świecie się wszystko robi przez kobiety — nic bez nich. Jest tylko dwojaka szansa — kto się niemi nie posługuje, tym one się posługują. Zakochać się, niech cię Bóg uchowa... najwyższe głupstwo, ale dobrze się obrachowawszy, postarać o to, aby się zakochano! dlaczego nie!
— Z tém wszystkiem — mówił profesor szukając kapelusza — z tém wszystkiem, dla ciebie czas wielki jeszcze, nim chomąt sobie włożysz na szyję. Pobrykać ostrożnie nie wadzi, aby się zbytniego ognia pozbyć...