Zygmuntowskie czasy/Tom II/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
IV.
PROBOSZCZ W KRAKOWIE.

Nie będziemy opowiadać, jak ksiądz proboszcz nasz odjechał do Krakowa, jak stanął u K. K. Bernardynów, gdzie go serdecznie przyjęto, jak naprzód do kościoła na modlitwę, potem się udał na miasto.
Biedny ksiądz, który dawno już stolicy nie widział, czuł się w niej bardzo obcym, wytarta jego sutanna każdego innego byłaby wstrzymała, ale on nie wstydził się swojego ubóstwa, nie lękał się niczego, nie był przystępnym śmiechom ludzkim. Po nabożeństwie posunął się wolnym krokiem ku kościołowi Panny Marji, ale zbliżając się, miarkował że nie wie jak dopytać się o Agatę, gdyż może być nie jedna żebraczka tego imienia pod kościołem. Biedził się więc zawcześnie i potrząsając kilką groszakami z kieszeni dobytemi, szukał oczyma twarzy, któraby większą w nim ufność wzbudziła.
Wszyscy żebracy siedzący na cmentarzu (to jest na placyku otaczającym kościół) wyciągnęli razem ręce, widząc zbliżającego się z groszami w ręku księdza.
— Na miłość Bożą, groszyk jałmużny!
— Mój ojcze, miejcie litość nad biedną kaleką!
— Groszyk ślepemu!
— Szeląg mnie, ojcze!
— W imie Najświętszej Panny.
— Na kości Ś. Stanisława.
— Będziemy się modlić za was.
— Niech was Bóg pocieszy.
— Ja mam dziecko i t. p.
Wszyscy swym krzykiem głuszyli biednego proboszcza, który stał, wahał, nie wiedział co począć, dzielił jałmużnę, a widząc że mu nie wystarcza przygotowanego, dobył resztę jaką miał.
— Nie mógłby mi kto z was powiedzieć, odezwał się wreszcie, gdzie tu jest, niejaka Agata, niedawno przybyła?
Wszyscy spojrzeli po sobie, zdziwieni że o ich towarzyszkę pytano.
Musi to być coś w tem! mruczały zazdrośne. Patrzajcie! Agata — już ją znają.
— Agata, rzekła siedząca na rogu babka. Była ona, ale jej nie ma, dziś podobno nie przychodziła. Wszak nie przychodziła?
— Nie, nie, i wczoraj jej nie było, rzekł ktoś z boku.
— Ale na cóż jej potrzebujecie, może to i kto inny potrafi, ojcze?
— Nie, nie, to ja chciałem tak informacji. Więc powiadacie że jej nie było?
— Dziś i wczoraj nawet.
— Ale nie wiecie gdzie mieszka?
— A gdzie ma mieszkać? na bruku jak my. Zresztą kto ją wie, to jakaś wielka pani, bo się drogo do Bractwa wkupiła.
— Może pan pisarz wie, zawołała druga bo oni się dawno znają.
— Jaki pan pisarz?
— A naszego Bractwa. Pielgrzym Groński.
— Gdzież go można znaleźć?
— Zawsze siedzi w gospodzie.
— W jakiej?
— Ot tu, w naszej, i kilka rąk wskazały na dom Bractwa.
Ksiądz pomyślawszy chwilę udał się tam. Zastał Grońskiego nad książką, modlącego się i przebierającego różaniec.
Na widok duchownego powstał stary, ucałował jego rękę i otarłszy ławę, prosił usiąść.
— Dziękuję wam, rzekł ksiądz, alem ja tu do was za interesem. Nie wiecie co się stało z Agatą, żebraczką u P. Marji.
— A cóż się z nią stać miało?
— Gdzie jest?
— Musi być pod kościołem.
— Nie ma jej od dwóch dni. Miałem potrzebę widzieć się z nią.
— Jakto! nie ma, zawołał Groński. Dziwna rzecz, oto temi dniami, jeden z biczowników Bractwa i ona znikli nie wiedzieć gdzie. z
Ksiądz milczał, Groński ozwał się po chwili.
— A wy ojcze, nie o dziecko, którem Agata się opiekuje pytać chcieliście?
— Zkąd-że wy wiecie o niem?
— Ja, rzekł pisarz, znam Agatę dawno i wiem całą dziecięcia historją.
— Wy?
— Jeszcze przed pielgrzymowaniem mojem do Rzymu, leżałem z choroby w domu księżnej, matki dziecięcia.
— Księżnej! mówicie?
— Tak, ruskie to książęta, Sołomereccy; ale jeźli wola i łaska, ja wam wszystko opowiem.
— Bardzo was proszę, rzekł ksiądz siadając, słucham.
Brat Groński usiadł niżej na ławie i począł księdzu opowiadać to co słyszał od Agaty. Powieść jego tak się zgadzała z opowiadaniem dziecka, że proboszcz coraz bardziej zajęty i poruszony, zaledwie dosłuchawszy opowiadania, pożegnał pisarza i udał się rozpytywać Senjora szkoły, Pudłowskiego.
Pudłowski był mu dawno znajomy, nie wahał się więc zabiedz do niego i coś więcej jeżeli można dowiedzieć.
Szkoła była pusta, i proboszcz dwa razy pociągnąć musiał kozią łapkę, nim mu z widoczną niecierpliwością człowieka, oderwanego od pracy, otworzył Senjor. Chwilę popatrzał zmordowanemi oczyma na proboszcza nim go sobie przypomniał: nareszcie opuścił drzwi i uśmiechając się z przymusem do środka poprosił.
— Dawno niewidzianego, dawno, rzekł jąkając i niespokojnie ozierając się na drzwi do drugiej izby. Cóż za szczęśliwy traf sprowadza?
— Rad jestem że was w dobrem zdrowiu zastaję.
— Jakkolwiek, dosyć.
I wskazał na krzesło, z którego zrzucił na ziemię czapkę żydowską. Czapka ta dowodziła, że Hahngold był u Senjora zamknięty w drugiej izbie.
Proboszcz nie mając czasu do stracenia rozpoczął pytania.
— Straciliście jednego z waszych żaczków, rzekł, niedawno.
— A! tak, nie pamiętam, tak! podobno. Jakże się zwał? zaraz! Maciek Skowronek! Wiecie o nim?
— Trochę, rzekł proboszcz, ale wprzód powiedzcie mi co wam o nim wiadomo.
— Prawdziwie, to coś niepojętego, niechętnie odrzekł Pudłowski, już mnie kilka osób o to dziecko pytało. Jednak to plebejus.
Ksiądz się uśmiechnął.
— Nie tak jak myślicie.
— Jak to? Sierota z Rusi?
— Sierota, nie całkiem, a co się tycze plebejuszostwa, princeps non plebejus, ex sangvine procerum Regni.
Pudłowski osłupiał i zerwał się z krzesła, ale ksiądz w tej chwili zwróciwszy oczy na żydowską czapkę, z żółtym aksamitnym wierzchem, położył palec na ustach.
— Jak? co? kto? począł pytać senjor.
— Ktoś tu u was jest?
— To, to, Kampsor nasz, dla spraw Bursy, to najlepszy człowiek.
Ksiądz głową niedowierzając poruszył.
— Dość wam, rzekł, na ten raz wiedzieć, że dziecię to ma nieprzyjaciół, co je zgubić pragną, że tu w Krakowie jest ktoś co nań czyha, że wydane zostało w ręce dziadowi przez niejakiego confratra żaka przezwanego Urwisem. Weźcie go na spytki, każcie zawołać.
Pan Pudłowski zajęty cały nowiną, wybiegł za Urwisem, z małą jednak nadzieją żeby go złapać można, bo żak ten częściej był pod oknami mieszczek, niż w Bursie. Dziwnym przypadkiem zszedł go Senjor na wschodach.
— Chodź tu, zakrzyczał, chodź tu, mam ci coś powiedzieć.
Urwis chciałby był uciekać, bo mu czegoś pilno było, ale nie miał sposobu. Spuściwszy uszy wszedł powoli na górę, przemyślając tylko, za które z niezliczonej liczby przestępstw kara nastąpi; Pudłowski w milczeniu wprowadził go do izby i jakby chciał go bardziej jeszcze przestraszyć, zaryglował drzwi za nim.
— A teraz, rzekł, chceszli wyjść cało, mów prawdę.
Urwis pobladł.
— Ty wydałeś w ręce żebraka Maćka Skowronka?
Zaciął się żak, ale prędko rzekł zbierając na odwagę.
— Ja.
— Za co? i dla czego?
— Chyba nie wiesz żeś go wydał na stracenie? na śmierć? dodał ksiądz.
— Na śmierć? zawołał bursarz załamując ręce — ja! ja!
W tej chwili dał się słyszeć szelest za drzwiami drugiej izby.
Senjor i proboszcz zwrócili oczy, ale prędko je znowu skierowali na żaka, który miał łzy w oczach. Urwis był największym łotrem, ale myśl że wydał na zginienie brata, że popełnił największą w przekonaniu swojem zbrodnią, zdradzając tego kogo bronić był obowiązany, przejęła go tak, że na kolana upadł.
— To być może! zawołał, ja! ja! Ja powiem wam wszystko, całą prawdę.
— Mów, ozwał się Senjor.
— Wieczorem spotkał mnie dziad Lagus i począł pytać o Maćka. Są tu powiada jego krewni, co mu dobrze życzą, przyjdźcie z nim do mnie, ja go im przywiodę. A jeśli się będzie opierał, nic nie zważajcie, choćby płakał, nagrodzą mu się te łzy, bo on nic nie wie jakie go szczęście czeka.
— W istocie czekało go, dodał pleban, porwanie zbójeckie i mało nie śmierć, rozbicie głowy.
Żak uszy sobie zatknął, powstał żywo i krzyknął.
— Zabiję tego psa dziada!
— Dajcie mu pokój, przyjdzie nań kara i bez was.
— Ale gdzie jest Skowronek? kto go ocalił?
— Bądźcie o niego spokojni, a dziękujcie Bogu, że was od ciężkiej zgryzoty sumienia uwalnia.
Pudłowski na skinienie księdza odryglował drzwi w milczeniu, a żak w pół oszalały, wyszedł, raczej poleciał pod kościół szukać Lagusa, którego jednak nigdzie znaleźć nie mógł.
Proboszcz tymczasem pomówiwszy z Senjorem, któremu wszystkiego co wiedział nie widział potrzeby mówić, dawszy jednak do zrozumienia że chłopiec u niego się znajduje, pożegnał go i odszedł.
Ledwie się drzwi za nim przywarły, gdy drugiemi blady, pomięszany wszedł z kryjówki swojej Hahngold.
— Zkąd ten ksiądz? spytał się Pudłowskiego.
— Ztąd nie daleko, z okolicy, gdzieś z pod Proszowic podobno, doprawdy nie pamiętam miejsca.
Hahngold wziął za czapkę.
— Muszę śpieszyć, rzekł, wybaczcie, czas drogi.
— A moje strusie skrzydła?
— Będą, będą! To mówiąc Kampsor łapał za klamkę i spuścił się żywo ze wschodów, tak że odchodzącego powoli proboszcza zastał jeszcze w ulicy. Tu obejrzawszy się do koła, nacisnąwszy na uszy czapkę, nasunąwszy pod brodę płaszcz, posunął się powoli za księdzem.
Proboszcz powracał już do klasztoru, nie mogąc nigdzie wywiedzieć się o Agacie, postanowił powrócić do domu, aby czuwać nad chłopięciem. Dnia tego późno już mu było powracać, chciał więc przenocować u Bernardynów, a nazajutrz rano odjechać.
Żyd poszedł za nim aż do fórty, i widząc księdza wchodzącego do klasztoru, jakby się namyślił, zawrócił w miasto. Na zakręcie ulicy spotkał go zielono ubrany nieznajomy.
— Ja was szukam, zawołał żyd łapiąc.
— Mnie, a cóż?
— Chłopiec jest.
— Gdzie.
— Wiem gdzie, ale nie ma na to rady, bardzo się już sprawa rozmazała. Przyjechał tu ksiądz dowiadywać się o niego. On na wsi u księdza.
— Daleko?
— Koło Proszowic, ale Lagus go znajdzie, bo już poszedł szukać w tę stronę.
Nieznajomy zamyślił się.
— Trzeba kogoś więcej posłać, wyście mi przyrzekli, róbcież.
Kampsor brał się za brodę i głową kiwał.
— Naprzód by wiedzieć miejsce. Aj! aj, co mnie to pracy kosztuje!
— Przynajmniej nie mówcie żeście nie zapłaceni!
Żyd ramionami wstrząsł z pogardą.
— Taka sprawa?
I odszedł. Udał się wprost ztąd do szynkowni Krzaczkowej, którąśmy wyżej opisali. Tu jak zawsze nie brakło pijących i zgromadzenie pod wieczór zwiększone, szumnie się nad kuflami bawiło.
Żyd głowę tylko we drzwi wcisnął, dał jakiś znak i wywiódł za sobą, potężnego młodego chłopca z krzywą ręką. Był to znajomy mu żebrak zwany od swego kalectwa Krzyworączką, siedział on pod kościołem KK. Bernardynów, jadł w klasztorze i sypiał tam, posługując ile mu kalectwo dozwalało. Kampsor znał go, jak znał wszystkich prawie uliczników.
Dobył grosz biały i pokazał go.
— Kto wczoraj zajechał do Bernardynów z księży?
— Proboszcz z pod Proszowic.
— Jak się nazywa?
Żebrak całą rękę wyciągając po datek, powiedział nazwisko, żyd odszedł szybko, a Krzyworączka wrócił do szynkowni uśmiechając się.
Ztąd Aaron pobiegł do swego domu, niedając się już zatrzymywać po drodze.
Nazajutrz rano po mszy, wózek księdza wytaczał się z podwórza OO. Bernardynów i śpieszył w stronę domu. Dzień był chmurny, wilgotny i smutny, proboszcz zamyślony odmawiał pacierze, koń truchtem biegnąc poparskiwał. Na śród drogi poczęła szkapa nakuliwać i ledwie dojechawszy do pierwszej plebanji, z wielkiem zmartwieniem swojem zatrzymać się musiał. Napróżno oglądano kopyto biednej klaczy, nic nie okazywała choroby zatratowania, stłuczenia, a jednak kulała. Nazajutrz wiedli ją do wody, toż samo, zawsze w nadziei ozdrowienia konia, proboszcz się zatrzymywał, aż nareszcie straciwszy ją, wziął kij w rękę i poszedł piechotą.
Nie męczyła go droga, bo był przywykły do podobnych pielgrzymek, ale niespokojny i o dziecko i o kościół i o dom, w którym zwykle po jednym dniu niebytności, dziwnie przewrócony porządek zastawał, śpieszył jak mógł nieborak.
Dobrze zmierzchało gdy ujrzał nareszcie stare lipy otaczające cmentarz i białe mury kościołka.
— Dzięki Bogu, rzekł w duchu.
Dzwon właśnie odzywał się na pacierze, proboszcz się przeżegnał i modlić począł. Tak coraz bardziej zbliżał się ku plebanji, mimowolnie zwracały się jego oczy na ten domek w którym przeżył lat tyle spokojnych i szczęśliwych.
Z biciem serca ludzi przywykłych do swojego kątka, otworzył fórtkę, zajrzał w dziedziniec, psy poczęły się koło niego łasić. W ganku postrzegł swoich Klechów i Magdę.
Ona poznawszy proboszcza, wybiegła przeciw niemu.
— To Dobrodziej! Ale cóż to jest? pieszo.
— Klacz zakulała. Jak się macie? A gdzie mały?
— Mały? powtórzyła kręcąc fartuch w palcach Magda, mały? I zafrasowana nie wiedziała co mówić.
— Mów, mów, co się z nim stało?
— Poszedł, rzekła Magda łykając ślinę i jąkając się, poszedł dalej.
— Dokąd? kiedy poszedł? toście go chyba wypędzili?
— My, nie, to on sam poszedł. Dobrowolnie.
— Ale to być nie może! zawołał proboszcz szybko zmierzając ku domowi, to być nie może!
Wszyscy Klechowie i Magda widocznie byli pomięszani.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.