Zygmuntowskie czasy/Tom II/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
V.
WDOWA.

Przenieśmy się teraz ze stolicy daleko w głąb kraju, na Podlasie, do Knyszyna, kędy ostatni z Jagiełłów dokonywa smutnie żywota, otoczony kobietami, pochlebcami, tłumem chciwych i podłych ludzi, bez serca w piersi i wstydu na czole.
Późnym wieczorem jesieni ciągnie się po błocie do miasteczka skórą wybijany rydwan, osłoniony zewsząd firankami skórzanemi, zaprzężony czterema lichemi końmi. Na przodzie jego siedzi żyd woźnica i stary osiwiały ciemno ubrany mężczyzna. W milczeniu zacina konie żyd, spoglądając na cel podróży: miasteczko i zamek.
Stary przy nim siedzący mężczyzna, podparł się na ręku i smutno zadumał namarszczywszy. Niekiedy obejrzy się w tył na rydwan, jakby za firankami kogoś tam siedzącego chciał dojrzeć, to znowu podeprze i zamyśli i wzdycha.
— A jest tu dobra gospoda? spytał stary żyda.
— U! wa! czy to wy koniecznie chcecie w najlepszej stanąć?
— Czemuż by nie, mój Mortchel?
— Wy nigdy w Knyszynie nie bywali?
— Nie, mój kochany.
— To wy nie wiecie, jak to drogo! Kiedy król JM. mieszka, ciągle do niego panowie wielcy jeżdżą, że często wszystkie domy ich końmi, ludźmi i pocztami zajęte, bo na zamku miejsca nie ma. Za kątek dla koni i dla człowieka każą sobie płacić! Jakbyśmy w najlepszej gospodzie stanęli, choćby nawet miejsce znaleźć, nie na długo by nam worka stało.
— I trudnoż Mortchel, naszej pani stanąć nie wiedzieć gdzie.
— Ja to wiem, odpowiedział żyd kiwając głową, jej potrzeba wygody, nu ale za wygodę każą płacić, i dobrze płacić.
— Cóż robić póki jaki grosz mamy!
— Ja bym i swego nie pożałował, odpowiedział żyd cicho. Wy wiecie że ja naszą panią kocham jak wy, jak wszyscy jej ludzie, ale taki nie życzę do wielkiej gospody w rynku zajeżdżać.
— A dokąd-że?
— Hm! to się wam będzie zdawało nic do rzeczy ale posłuchajcie tylko. Ja tu znam krewnego, który ożenił się z siostrzenicą mojej Sory, zajedźmy do niego. Dla naszej pani każę wyczyścić izbę osobną, a konie i wóz w stodółce postawim, choć to dom niepozorny, ale będzie wygodnie — a kosztować nie będzie. Tu i tak zdadzą się pieniądze, by ich najwięcej było.
I Mortchel zaciąwszy konie w kałuży, usiłował różnemi głosy, zachęcić je, aby wśród grzęzawicy zmęczone nie stanęły.
— Uważaj Mortchel jak lepiej, aby tylko pani było wygodnie.
— Zresztą zobaczymy.
W tej chwili pomimo deszczu lejącego o firanki rydwanu, roztwarła się zasłona białą ręką posunięta i ukazała głowa kobieca bladości śmiertelnej, rysów twarzy dziwnie pięknych, oczu zamglonych świeżym płaczem, ale ognistych jeszcze. Kobieta wyglądająca mogła mieć lat trzydzieści kilka, a rysy dowodziły niedawno i nie zupełnie jeszcze znikłej wielkiej piękności; cierpienie jakieś czy choroba wypiętnowały na niej marszczki, odjęły nietylko rumieniec, ale nawet wszelkie krwi ślady. Rzekłbyś że powstała z trumny i otwarła oczy pod całunem. Ręka jej była tak biała jak twarz. Ciemna suknia osłaniała szerokiemi fałdy kibić jej wysmukłą i cienką, ramiona białości marmurowej, kreza stojąca otaczała szyję, głowę wdowi czepiec czarny objął i wychudłą twarz zasłaniał. Nieznajoma spojrzała, przeżegnała się, zadrżała i poczęła modlić. Cichym, miłego dźwięku głosem spytała starego sługi, który się w tej chwili odwrócił:
— To Knyszyn?
— Tak, pani, tak.
I firanka zapuściła się znowu, a żyd z starym sługą szeptać coś poczęli. W powozie było słychać płacz i łkanie tłumione, przerywane jakby rozmową urywaną.
Nie młoda już i skromnie bardzo ubrana kobieta, rysów twarzy grubych, wyrazistych ale tchnących dobrocią, siedziała w powozie obok pierwszej. Ona to starała się ją pocieszyć i utulić rzewnemi łzami płaczącą.
— Pani, pani, czyż łzy pomogą? zbliżamy się do celu, może Bóg da, że król J. M. wymierzy nam sprawiedliwość. Nie ma jeszcze czego rozpaczać!
— A! moja Janowa, czyż utrata dziecięcia, czyż wszystko co przecierpiałam, nie wyciskają łez mimo woli? One same płyną. Mój Staś! Bóg wie gdzie, może go już pochwycili, może. —
— Bóg strzeże sieroty. Agata poszła za nim, pan Czuryło.
— Wszystko ja to sobie mówię, a jednak płaczę mimo woli. Kto wie czy król poznać mnie zechce, czy zechce się ująć za krzywdę.
— Ja nie wątpię.
— Szczęśliwaś moja kochana.
I nieznajoma znowu gorżko płakać zaczęła.
— Zbliżając się do miejsca, w którem ostatnia moja nadzieja, strach za serce ściska. Sama jedna! jak się dostać do niego, jak uprosić, jak mu wytłumaczyć.
— Chyba pani w opiekę Bożą nie wierzysz nad dzieckiem i nad sobą? ozwała się Janowa.
— O! gdybym w nią nie ufała, dawnobym umarła!
— Tyle jej pani moja miałaś dowodów.
— I tyle przeciwności.
— Bóg zsyła krzyże tym których kocha, odpowiedziała Janowa, usiłując jakkolwiek towarzyszkę z płaczu zachodzącą się utulić. Ale nie pomagało, ona płakała a płakała.
Wjechali w miasteczko, którego szerokie ulice ostawionemi lichemi domki, gdzieniegdzie przeciętemi nowszą porządniejszą budową, pełne były błota. Wielka murowana gospoda wznosiła się w pośród rynku otoczonego domostwy żydowskiemi, kramikami drewnianemi otwierającemi się na zewnątrz klapą podpartą na wbitym w ziemię palu. W tych sklepikach lichych wyglądały białe zasłony żydówek siedzących na garnkach z żarem i węglami, czarne płaszcze żydów zgarbionych nad książką modlitwy, wiszące w oknach rozmaite towary, leżące na wystawach naczynia, owoce i t. p. Deszcz lał jak z wiadra miotany silnym wiatrem, drzewa chyliły się resztę liści tracąc porwanych burzą, kilku ludzi z głową przykrytych workami, podkasaną suknią, wywróconym kożuchem, kilka bab w fartuchach zarzuconych na włosy, brodziło zalanemi błotem ścieżkami. Na prawo widać było zamczysko. Nieznajoma spojrzała nań przez firanki, i modlić się znowu zaczęła. Minęli kościół, minęli rynek, Mortchel woźnica kilka razy spotykanych żydów zapytał, i zakręcił w prawo na ciasną uliczkę. Ale tu ciężko było rydwanowi przejechać. Ta część mieściny miała jeszcze smutniejszy i biedniejszy pozór. Sciśnięte domki żydowskie i mieszczańskie, przegrodzone rzadko płotkami, najczęściej przypierające prawie do siebie, stykały się dachami, ścianami; wystawały na ulicę gankami; wysokie żerdzie na których zawieszony był sznur łączący pokrewne domy żydowskie wznosiły się tu i owdzie. Studnie, błotniste, głębokie kałuże, kupy śmieci, gnojów, drew, materjału budowlowego, przerzynały w poprzek czarny ten zaułek. Karoca niekiedy wpadła po osie w wodę, grzęzła w błocie rzadkim, to znów krajała miękką i rozlazłą od deszczu ziemię, to wznosiła się na nasypy słomy i gnojów, z których nagle spuszczała w rowczaki wiodące ścieki miejskie do fos zamkowych.
Trzeba było i powolności żydowskich koni i uwagi połączonej żyda i starego sługi, aby bez wywrotu lub zagrzęźnienia przebyć ten piekielny kawałek drogi.
Zatrzymał się żyd u wrot nieco większego domu, któren z wywieszonych skór do koła i zapachu właściwego garbarnią się wydawał. Stał on nad wodą, z jednej strony na ziemi, z drugiej na gęsto nabitych palach oparty; miał wzjazdowe wrota, ganek z galeryjką niezgrabną, kilka okienek w części pęcherzami i szkłem zaciągnionych. Czerwono malowane okiennice z wyciętemi sercami wisiały od wiatru dygocząc na drewnianych z gruba wyrobionych zawiasach.
Widząc zatrzymujący się powóz u drzwi swoich, garbarz z zakasanemi po łokieć rękawy, zawalanemi farbą rękoma, w kaftanie tylko i jarmułce na głowie, wyszedł na ganek. Mortchel ujrzawszy go zlazł, podał rękę, wszedł do izby, całując palce dotknięte do umieszczonego na uszaku hebrajskiego napisu i począł coś mówić z gospodarzem. Stary sługa tymczasem smutnie podparłszy się został na kozłach, z cierpliwością bezprzykładną znosząc bijący deszcz w same oczy.
— A co Paleju?
— A co pani, stojemy, czekamy, żyd poszedł szukać gospody dla nas.
Odpowiedział stary na zapytanie z wnętrza powozu wychodzące.
Widać było gospodarza żywo rozmawiającego z woźnicą czas jakiś, przekonywającego jak by o czemś, potem wychodzącego na ganek i wracającego znowu, koniec końcem zaczęto wymiatać i uprzątać pierwszą izbę, wynosić żydowskie pierzyny do alkierza, żydówki uwijały się, kręciły, a Mortchel podnosząc zasłonę i zdejmując czapkę przystąpił do rydwanu.
— Jasna pani może wysiąść, ugodziłem gospodę, nie będzie bardzo wygodnie, ale żyd nie dokończył i poskrobał się.
— Wszędzie mi będzie dobrze, odpowiedziała nieznajoma.
Trzymaj konie a ja panią wysadzę, przerwał stary, bo po błocku tem nie przejdzie.
I Palej żywo mimo wieku z siedzenia swego skoczywszy, podbiegł ku wysiadającej, wziął ją jak dziecko na ręce i schylając się uważnie, wniósł do izby, za niemi starsza niewiasta powlokła się powoli.
Izba do której weszli, smutną, brudną i nagą miała prawo wydawać się przybyłym, a jednak wszyscy już trochę z biedą i podróżą oswojeni, znaleźli ją wygodną; chociaż kury co chwila wbiegały dowiadywać się z alkierza, choć podłoga czarna była od błota, pułap niski i zasmolony, ściany wylepione gliną, piec garbowaty i okopcony, ławy nizkie i chwiejące, chociaż wiatr chodził od okna do okna wahając pajęczynami, poosnowanemi po kątach.
Na gołym tapczanie usiadła przybyła i pozostała nieruchoma, zamyślona, gdy słudzy krzątali się tymczasem znosząc tłumoki, robiąc posłanie, zatykając dziury i starając się jako tako izbę uprzątnąć.
— Spytajcie o króla, rzekła nareszcie nieznajoma.
Stary sługa, którego zwano Palejem, niegdyś kozak, jak to po części z wąsów zawiesistych, po części z fantazji poznać było można, zafrasował się, poskrobał w głowę i odpowiedział cicho:
— Już ja się pytałem.
— Król jest?
— Jeszcze w Lublinie, mruknął Palej.
Młoda kobieta spojrzała na niego i opuściła ręce.
— Ale prędko przyjedzie, dodał, spodziewają się co chwila. Już słyszę koniuszy odebrał wiadomość i wozy idą.
— A tymczasem spoczniemy, przerwała kobieta, pani potrzebujesz spoczynku.
— Spokojności, nie spoczynku — Janowa, zawołała kobieta, a póki nie będę miała pewności, póki król nie wyrzecze między mną a nieprzyjacielem, póty wszelka myśl spoczynku dla mnie daremna.
W tej chwili ubrany w czarny żupan, podpasany pasem jedwabnym, gospodarz domu podnosząc nieco jarmułkę wszedł do izby.
— Prawda to, że się króla JM. spodziewają? spytała żywo przybyła.
— Lada dzień, rzekł gładząc brodę żyd, Już pan koniuszy miał posłańca. Pan Bisławski starosta nasz czeka na Najjaśniejszego Pana, wozy idą; już Kniaźnik przyjechał.
On dziś albo jutro pewnie będzie.
— Kto to Kniaźnik?
— Jasna pani nie wie? z podziwieniem spytał żyd. Nu! to wielka figura, choć mały człowieczek, przez niego można wszystko zrobić. On, pan podkomorzy i krajczy, a Egid, to co chcą to robią. Kniaźnik to pokojowiec królewski, a teraz jemu i senatorowie kłaniają się, a on im nie jeden raz drzwi przed nosom zamyka.
I żyd z niejaką wzgardą i oburzeniem poruszył ramionami.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.