Znak (Grabiński, 1920)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Grabiński
Tytuł Znak
Pochodzenie Szalony pątnik
Data wydania 1920
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia Narodowa
w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ZNAK

— Passe!
— Trójka.
— Spód.
— Passe.
— 10 taroków, pagat ultimo, tous les trois!
— Contra!
— Re! — odparował spokojnie pan domu i rozpoczął grę królem czerwiennym.
Papierowy władca zebrał okrężną daninę i nie przebity po drodze, wrócił lewą do właściciela. Rozmuski zadał z kolei taroki, zręcznie a z powodzeniem prowadząc inicjatywę gry. Nie pomogły wybiegi chytrych partnerów, zastawiających sidła na muzykalnego pagata — przebiegły cytrzysta wymknął się z obieży i zgodnie z zapowiedzią u początku, triumfalnie zakończył turę. Rozmuski wygrał.
Powoli, znużonym ruchem zapalił papierosa i zgarnąwszy parę złotówek, zaczął mieszać karty. Fortuna stała dziś wytrwale za jego krzesłem. Hazardował, podwajał i potrajał stawki — zawsze szczęśliwie: stos złotych i papierowych rulonów po jego lewej ręce rósł bezustannie. Kiedyindziej możeby go powodzenie dziwiło — dziś był zbyt zmęczony, by się nad tem zastanawiać. Grał tylko z automatyczną uwagą, obliczał ze szczególną sumiennością, jakby z obowiązku, w rzeczywistości obojętny.
Właściwie narzucono mu tę grę, do której zupełnie nie był nastrojony. Uległ tylko życzeniu trzech swoich towarzyszy i przyjaciół z sąsiedztwa, którzy po hucznej zabawie w domu przyszłych teściów Rozmuskiego wprosili się doń już późno wieczorem na partję taroka. Cóż było począć? Ludzie mili, szczerze mu życzliwi, a nadto moralni sprawcy blizkiego już małżeństwa, przyjaciele-swaci. Wsiedli do sań i prosto od Załęskich zjechali do modrzewiowego dworu rodziny Rozmuskich.
Zjedli krótką, kawalerską przekąskę, wypili parę kieliszków starej, gdańskiej wódki i żwawo zasiedli do zielonego stolika. Rozgrzani siarczystym mrozem, sporą ilością wychylonych napoi i ciepłem dużej, staropolskiej świetlicy, panowie rozobozowali się w domu przyjaciela swobodnie, nie krępowani obecnością kobiet.
Kostrzycki, wesoły, smukły blondyn z bujną, zawadjacką czupryną, zrzucił nawet frak i przewiesiwszy go przez grzbiet krzesła, grał, nucąc od czasu do czasu jakąś krotochwilną piosenkę.
Zgorzelski, rosły, barczysty, właściciel żytomierskiego klucza, rozparłszy się szeroko w skórzanym, wypłowiałym już mocno fotelu, wtórował mu grubym basem, sięgając w przerwach po butelkę węgrzyna, umieszczoną u nóg jego pod stolikiem.
Trzeci z rzędu, szczupły, z zawiesistym, melancholijnie trochę opuszczonym wąsem, Biedrawa, milczał zawzięcie, pykając z krótkiej, fajansowej fajeczki.
Na dworze lepił śnieg, na szybach malował krzepkie kwiaty mróz, a w kominie buzował pryskający co chwila mietlicą iskier ogień. Zaciszno było w starym dworze, zaciszno i ciepło.
Krwawe błyski ogniska wędrowały bezgłośnie po ścianach i przeglądały czerwonymi plamami zdobyczne, tureckie makaty, zwisające od stropu niemal po podłogę. Czasem gorętszy pełgot wymknąwszy się z kominka, trafił celnym rzutem surową jakąś twarz pradziada z portretu i zagrał migotem połysków; sędziwy wojownik jakby kraśniał od pocałunku i skostniałe, surowe rysy łagodniały w pobłażliwym uśmiechu. Czasem swywolny grot ognia musnął po drodze poważne lico babki-matrony, że wydrążona z wiekowej zadumy, zdała się żywszem spoglądać wejrzeniem; w ciemnych, głębokich oczach zapalały się jakieś światła, mżyły jakieś błyski, by znów po chwili pogrążyć się w ciemność i zapaść w starczą drzemotę...
Pan domu był tego wieczora małomówny. Po bladej, posągowo wykutej twarzy jego o iście rzymskim profilu, nie przemknął ani razu uśmiech; zimne, zacięte dumnie usta ani razu nie wygięły się linją pogody, wesołego żartu. Obojętnie zbywał milczeniem dowcipy przyjaciół, ze spokojnym chłodem odpowiadał na przekorne ich zaczepki. Czarne, mgłą smutku powleczone oko patrzyło gdzieś w przestrzeń, białe, cudnie sklepione czoło marszczyło się chwilami w podłużne, nerwowe brózdy. Był w nastroju zgoła nie przedweselnym. Usiłowania druhów, którzy już od lat paru dokładali wszelkich starań, by go wyprowadzić ze stanu dziwnego zobojętnienia dziś także spełzły na niczem. Ponura zaduma zagnieździła się w sercu tego zamkniętego człowieka.
A młody był jeszcze, młody i piękny. Z pod bujnej wichury kruczych włosów wyglądało oblicze męskie, o linjach mocno zakreślonych, pełne energji i poczucia siły. Podobno niegdyś należał do najweselszych ludzi w okolicy i szalał żarem niespożytego temperamentu na sąsiedzkich zjazdach i kuligach. Dopiero małżeństwo, zawarte lat temu dziesięć z Jadwigą Grotkowską, zmieniło go najzupełniej. Spoważniał, zaczął unikać towarzystwa, wieść życie w zaciszu domowem.
Różne krążyły pogłoski o pożyciu Rozmuskich i gadatliwa plotka snuła o niem najdziwaczniejsze powieści. Najprawdopodobniej jednak szczęśliwem nie było. Związek tych dwojga wyjątkowych ludzi, dumnych nad miarę i nad wyraz gwałtownych, należał do rzędu tych rzadkich stosunków, które znachodzą ujście albo w miłości do szału, do zatraty tchu, zaprzepaszczenia siebie, lub — w śmierci. I tę ostatnią drogę obrała Jadwiga Rozmuska. Pewnej zimowej nocy znaleziono ją martwą, z przestrzeloną na wylot piersią w sypialni męża. W liście ukrytym za gorsetem wyznała dziwna kobieta, że ginie z własnej ręki i woli, nie podając przyczyn samobójczego zamachu.
Rozmuski szalał z bólu, wił się z rozpaczy i gdyby nie wyraźne życzenie zmarłej wyrażone w testamencie, by został przy życiu, byłby niewątpliwie poszedł w jej ślady.
Lecz od owej tragicznej nocy chmura bólu nie zeszła z posępnego czoła. Rozpytywany o szczegóły śmierci i przeszłość małżeńską, milczał uporczywie i odmawiał wszelkich zwierzeń. Wogóle nigdy o wypadku i żonie nie wspominał, zawarłszy w sobie przeszłość na żelazne wrzeciądze.
Od tego czasu upłynęło lat pięć. Ból ukoił się, złagodniał i przeszedł w stałe zamyślenie. Dopiero w ostatnich miesiącach Rozmuski jakby otrząsł się pod dobroczynnym wpływem przyjaciół i zwolna powracał do życia. Wreszcie ustąpił usilnym ich zabiegom i poprosił o rękę bogatej a pięknej Leokadji Załęskiej, córki sąsiada, która podobno od dawna, jeszcze przed zawarciem jego pierwszego małżeństwa darzyła go cichem, nieodwzajemnionem uczuciem.
Stefan Rozmuski zaręczył się. Dzisiejszego wieczora po hucznych zrękowinach wśród toastów i kwiatów wrócił z drużbami do siebie, szarpany burzą wewnętrznych sprzeciwów pod maską obojętności i zadumy...
Rozpoczęto czwartą partję. Zgorzelski zmieszał karty, rozdał i po przeprowadzeniu licytacji, potoczyła się gra od nowa. W pewnym momencie Rozmuski wyciągnął z wachlarza kart trzymanych w lewej ręce łysego skiza i zagrywając nim, wpatrzył się tępo w jego połyskliwy monokl...
Wtem skrzypnęły z cicha drzwi wchodowe i do pokoju wsunął się nieśmiało Filip, stary sługa domu.
Rozmuski usłyszał ostrożne kroki i zwrócił się doń profilem.
— Jaśnie panie!
— Cóż powiesz stary?
— Jakaś pani w żałobie czeka w sieni i radaby bardzo w ważnej sprawie widzieć się z jaśnie panem.
Rozmuski spojrzał na zegarek.
— Teraz? O trzeciej po północy? Także fantazja! Pewnie znowu jakaś wdowa po oficjaliście. Nie macie wyobrażenia moi kochani — dokończył w stronę przyjaciół — jak mnie już nuży ta wieczna żebranina. Nachodzą mnie i dręczą niemal codziennie.
— Jaśnie panie — wtrącił poważnie Filip — znam je wszystkie, bo nie od dziś i nie od wczora tutaj służę — to nie jest żadna z tych. To jest ktoś inny.
Rozmuskiego uderzyło coś w głosie sługi, bo popatrzył nań uważnie, poczem wstając od stołu, przeprosił gości:
— Wybaczcie, muszę na parę minut przerwać partję, zaraz wrócę. Filipie, przyniesiesz tymczasem panom parę butelek węgrzyna, tego w zielonych flaszkach, wiesz?
— Stanie się, jaśnie panie!
Rozmuski nacisnął klamkę i zniknął w sieni. Za nim milcząco wymknął się z komnaty służący. Goście zostali sami we trójkę.
— A to jakaś romantyczna historja! — zauważył wesoło Kostrzycki. — Odwiedziny o północy w grubej żałobie!
— Ej, kto wie — podchwycił krotochwilnie Biedrawa — czy nasz Stefan nie ma jeszcze jakichś zaległości nowszej daty?
— Aha właśnie, i ja o tem myślałem — potwierdził sentencjonalnie Zgorzelski — może jakaś maleńka likwidacja z ostatniej doby wdowiego bytowania. — A w samą porę się zgłosiła — za jaki tydzień, dwa mogłoby być za późno.
Tok dalszych uwag przerwało wejście Filipa z węgrzynem. Stary milcząc postawił trzy omszałe butelki na srebrnej, masywnej tacy i odkorkowawszy, nalał ciemnowiśniowego napoju do dużych, w krysztale rzniętych szklanic. Obecność starca zmroziła jakoś wesołość. Wiał od niego jakby chłód i utajona niechęć.
Kostrzycki podniósł pod światło likwor i pojąc oczy jego przedziwnie soczystą barwą, przerwał przykre milczenie:
— Na zdrowie miłego gospodarza i jego przyszłej pięknej żony!
— Na zdrowie, vivant! Crescant et multiplicentur! — zawtórowali wszyscy trzej chórem, spełniając toast.
Filip nieznacznie skrzywił się i zabierał do wyjścia.
— No, a ty stary — zatrzymał go w drodze Kostrzycki — nie napijesz się z nami na zdrowie twej przyszłej pani?
Starzec spojrzał nań surowo i odpowiedział spokojnym, równym głosem:
— Nie — dziękuję wielmożnemu panu — za wielki zaszczyt. Zresztą jedną miałem panią w życiu i tej wiernie służyłem, a dziś ona nieboszczka. Stary ja już niezdara — dorzucił z tłumioną goryczą — czas mi już odejść na spoczynek, czas. Nie umiem dwom bogom służyć.
I nie czekając na odpowiedź, skwapliwie opuścił zaskoczonych tym wybuchem mężczyzn.
Kostrzycki pierwszy ochłonął ze ździwienia.
— A to ciekawy stary! Słyszeliście?
— Istotnie, uparty dziwak, któremu trudno nagiąć się do nowych porządków.
— Wiecie — zauważył Biedrawa — wygląda to tak, jakby nie życzył sobie ponownego małżeństwa Stefana.
— Et, głupstwo — zawyrokował Zgorzelski. — chyba nie będziemy zastanawiać się nad sympatjami i zapatrywaniami sługi. Szkoda czasu. Lepiej opowie nam Kostrzycki jedną ze swoich kapitalnych anegdot, których spory zapas miewa zawsze pod ręką.
Wezwany nie bronił się bardzo i popiwszy węgrzyna, zaczął opowiadać. Historja była nader ucieszna i wkrótce humory podniecone winem, pieniły się szampańską werwą. Za jedną krotochwilą poszła druga, za nią trzecia i dalsze przeplatane częstem wychylaniem szklanek, osnute kłębami tytoniowego dymu, ubarwione pustą piosenką.
Tak mijały niepostrzeżenie chwile i staroświecki zegar rozpięty na kolumienkach wskazywał już czwartą nad ranem.
Podochoceni goście jakoś nie zauważyli przydługiej nieobecności gospodarza i zabawiali się sami w najlepsze. Dopiero wejście Filipa otrzeźwiło trochę zmącone głowy. Biedrawa rzucił okiem na sługę, potem na zegar i nagle spoważniał:
— Filipie, gdzie pan? Czemu do nas nie wraca? Czyżby zapomniał, żeśmy u niego w gościnie?
Dwaj inni również pytająco zwrócili się do starego. Na twarzy sługi widniało trwożne zakłopotanie.
— Pana niema we dworze.
— Jakto? Wyjechał?
— Może zamknął się na rozmowę w którymś z dalszych pokoi?
— Nie, proszę panów. Jaśnie pan jeszcze nie wrócił.
— Więc wychodził z domu? Kiedy? Dokąd?
Starzec tajemniczo zniżając głos, mówił:
— Było tak. Wyszedłem tuż za panem w sień, gdzie miała oczekiwać go owa pani w żałobie. Rozglądnęliśmy się wkoło — w sieni nie było nikogo. Jaśnie pan myślał, że mi się przywidziało lub że kpię z niego i już chciał mnie surowo zgromić, gdy wtem spojrzał ku wyjściu i jakby coś spostrzegł. Ja nic nie widziałem... Pan otworzył drzwi i wyszedł na podwórze, ja za nim, lecz ręką wstrzymał mię i kazał nie ruszać się z miejsca. Potem przeszedł podwórzec, ciągle patrząc prosto przed siebie jak ślepiec z wyciągniętemi naprzód ramionami, którego ktoś prowadzi. Tak przeszedł podwórze, klepisko i przez bramę wjazdową wyszedł na drogę przed dworem. Stangret, który drzemał we wozowni, widział go także, jak brnął przez śnieg i otwierał wierzeje — lecz oprócz pana nie dojrzał wkoło ani żywej duszy... I tak wydostał się na czyste pole w mróz, w zawały śnieżne po kolana. Bez płaszcza poszedł, bez czapki, tak, jak wstał stąd od stołu. Widziałem go z dworu jak na dłoni. Wyraźnie czernił się na śniegu — noc dziś księżycowa.
— Czemużeś nie zarzucił nań przynajmniej okrycia? — przerwał zmienionym głosem Kostrzycki. — Tam na polu będzie z 20 stopni mrozu.
Stary bezradnie opuścił głowę:
— Nie śmiałem iść za nim; zabronił wyraźnie. W oczach miał przytem takie błyski, że coś mię od niego odpychało.
— I cóż dalej? Dokąd zaszedł?
— Nie wiem. Widziałem go jeszcze czas jakiś na gościńcu; potem skręcił w lewo...
— W lewo! — podchwycił Biedrawa. — Ależ trakt główny skręca w przeciwną stronę! Na lewo biegnie droga...
— Na cmentarz — dopowiedział półgłosem sługa. — Tam mi zniknął z oczu...
— Niema ani chwili do stracenia — zawołał nagle Zgorzelski, opanowując przemocą dziwne uczucie lęku, jakiem przejęły obecnych słowa Filipa. — Trzeba zwołać parobków i zaprząc obie sanie. Może go jeszcze ocalimy, o ile dotąd nie zamarzł.
— Parobków już wysłałem — odparł Filip — a sanie wielmożnych panów też gotowe do odjazdu... Złą noc podobno wybrali panowie na zabawę, bardzo złą noc...
Mężczyżni już na wychodnem równocześnie zwrócili się pytająco ku starcowi.
— Dzisiejszej nocy — objaśnił — przypada rocznica śmierci nieboszczki pani.
Gdy domawiał tych słów, drzwi od sieni otworzyły się i do pokoju wszedł Rozmuski.
Okrzyk przerażenia powitał go u progu. Mimowoli jak przed widmem cofnęli się wszyscy w głąb sali.
Był blady jak płótno i zesztywniały jakby od mrozu. Gęste okiście szronu srebrzyły się na wąsach, wązka, biała taśma lodu obrzeżyła klapy fraka... Patrzył w nich fosforyzującemi obłąkaniem i grozą oczyma...
Tak upłynęło parę ciężkich jak wieczność sekund. Wreszcie rzekł bezdźwięcznym, jakimś obcym głosem:
— Zostawcie mnie samego.
Drewnianym krokiem podszedł do fotelu pod oknem i runął weń złamanym, bezwładnym ruchem. Znużona głowa opadła ciężko na poręcz, oczy zanurzyły się w przestrzeń pól. Wtedy spostrzegli, że Rozmuski był siwy jak gołąb...
Milcząc, trzech mężczyzn opuściło pokój i pospiesznie wdziawszy futra, odjechali. Jakiś czas dochodziły z oddali srebrzyste potrząsy dzwonków i rżenie wypoczętych koni. Potem zaległa cisza...
W komnacie szemrał pod dzwonem pacierze zegar półwieczny, krzątał się ostrożnie Filip, zbierając karty i gasząc dogorywające świece...
Przez szybę spływał cicho brzask na pochyloną nizko, mleczno-białą głowę mężczyzny w fotelu...

W trzy tygodnie potem rozeszła się po okolicy wiadomość, że Stefan Rozmuski zerwał z narzeczoną.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Grabiński.