Zemsta trupa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł Zemsta trupa
Pochodzenie Nowele
Redaktor Stanisław Pigoń
Wydawca Wojciech Meisels
Data wydania 1933
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ZEMSTA TRUPA

Wchodzimy do dymnej izbiny góralskiej. Ściany i powała świecą się, jakby lakierem pociągnięte; to dym sadzami tak je pomalował... Grube, nieociosane belki poleni dźwigają długie siągi smrekowych drew. Piec szeroki z „nolepą“[1], ławy brudne koło ścian, łyżnik, półka na miski, konewki do góry dnem przewrócone, „młynek“[2] przy drzwiach i parę niskich stołków — oto cały sprzęt, jaki się znajduje w piekarni.
Na glinianej, śliskiej ziemi dzieci się bawią struganiem patyczków; kot, wylizawszy rynkę,[3] przybliżył się milczkiem ku nim i bawi się obstrzępanemi sukienkami.
Przez dym, wypełniający od góry połowę piekarni, widać kobietę, która przykłada na „nolepę“ drew do ognia, to znów przystawia garnek z kapustą i odczerpuje warzechą wodę z żeleźniaka, napełnionego drobnemi ziemniakami.
Kobieta może mieć lat trzydzieści... Twarz szczupła, regularna i dwa czarne, długie warkocze, wysuwające się z pod kraciastej chusteczki, miłe czynią wrażenie, gdy się na nią spojrzeć. Ubrana w „katankę“ i czarną z białemi kropkami spódnicę, wdzięcznie się zwija koło „nolepy“; wiotka i smukła, jak habina, gdy się przechyla ku garnkom.
Przez zadymione okna słonko prościutko pada na dzieci, bawiące się na środku izby, i pozłaca promieniami jasne kędziorki dwojga maleństw.
— Helu!... — ozwała się kobieta od „nolepy“ — nie strugoj patyka, bo sie okalicys, abo sobie drzyzgę wbijes do paluska. Lepi idź, zawołaj taty na obiad, bo już połednie... No, Helu, słuchos, co ci mówię?...
Jasnowłosa Hela poskoczyła żywo do drzwi otwartych na oścież i wybiegła sienią do pola... Młodszy braciszek począł figlować z kotem, a matka klękła przy „nolepie“ i mówiła „Anioł Pański“, poglądając do garnków, czy który nie „skipi“...
Odmówiwszy modlitwę, wstała i postawiła ławkę na środku izby. Następnie wyjęła miskę z za półki i odcedziwszy ziemniaki, wysypała na nią; poczem kapustę omaściła „skwarkami“, zgarnęła do ziemniaków i poczęła mieszać łyżką, oddmuchując gorącą parę, która z miski buchała wgórę.
Po skończeniu tej czynności postawiła miskę na środku ławki, wyjęła łyżki i poukładała koło miski. Równocześnie wbiegła zdyszana Hela.
— Poco tak lotos!... — zrobiła jej uwagę matka — ni mozes pomału iść? Jesce sobie ocy ka wybijes. Podej stołki!... A tata nie idzie?...
— Idzie... — odezwała się dziewczynka.
W tej chwili dało się słyszeć w sieni ciężkie stąpanie i do izby wszedł dorodny chłop, mało co starszy od kobiety, a rozrosły jak smerek. Rzucił kapelusz w kąt na ławę i siadł na stołku... Matka siadła na końcu ławy i podała dzieciom małe drewniane łyżki.
— Helu! zmów pacierz przed jedzeniem... — rzekła do dziewczynki, pociągając ją ku sobie i głaszcząc jasne kędziorki.
— Jee!... — oganiało się dziecko z grymasem.
Chłop, nie patrząc, sięgnął po łyżkę, i począł jeść.
— Widzis, — mówiła mu z wyrzutem kobieta — ty nigdy pacierza nie mówis, to i dzieci sie tak ucą. Helę teroz musę naganiać do pacierzy, a jak była mniejso, to sie sama garnęła... Jaki ociec — takie syćko.
— Jedz!... — odburknął chłop — i nie godoj.
Dość mom tego trzescenio poza usy. Dziecku dej spokój! jak podrośnie — to sie naucy...
— Ho! mocny Boże! naucy sie ta potem, jak za młodu nie przywyknie!... — mówiła, jakby do siebie. — No, Helu!... przezegnoj-ze sie chocioz i weź łyżkę!...
Hela podniosła leniwie rączkę do czoła:
— Mię Ojca... i Ducha siętego...
— Jakże ty mówis?... — przerwała jej matka i poczęła z nią mówić:
— W Imię Ojca... wyraźnie!... i Syna... na piersi rąckę!... i Ducha...
Kapryśna Hela, która dotąd ledwo wstrzymywała łzy — rozbeczała się przy słowie „i Ducha“ na głos...
— Hela! nie dostanies obiadu!.... — rzekła surowo matka i odsunęła ją od siebie. Ta jeszcze głośniej poczęła szlochać. Matka wzięła łyżkę i, nie zważając na nią, „obiadowała“ razem z mężem i małym Stefkiem.
Hela, wypłakawszy się, widząc, że to nic nie pomoże, przysunęła się ku ławce, przeżegnała potem wyraźnie i spojrzała na matkę nieśmiało.
— Widzis, ze umies... ino wykręty mos zawse... — Pociągnęła dziewczynkę, ucałowała w główkę i podała jej łyżkę.
Wszyscy pożywali obiad jakiś czas w milczeniu...
— Jest jesce co?... — spytał mąż, kładąc łyżkę.
— Są kluski z mlekiem, ale ojcu trzeba zostawić, jak nadejdzie... On insego ni moze jeść, a kto wie, cy ta ka co dostał...
— Ty ino ojca pasies!... — odezwał się gniewnie chłop. — Ociec nic nie robi; mógłby zjeść byle co. A jo się napracuję, narobię, jak nieboskie stworzenie, a tu nika nic!... Djabli z takiem zyciem!...
— Ej, Ignac! nie obrozoj Boga! — mitygowała go łagodnie żona — momy chwała Bogu co jeść, nic nom nie brakuje. A ze robić jest co, to i za to Bogu dzięki; bo jakozby cłek zył bez roboty. Na ojca sie nie pociskoj, bo ni mos o co...
— Oj, Ignac, Ignac!... — mówiła po chwili z łagodnym wyrzutem — proś Boga, żeby nom scęściół, a nie koroł za to, ze ojcu dajes zebrać. Przecię to i grunt jest i cosi kasi, nos jesce mało; przy nosby sie łatwo wyzywiół. Choć to nie mój rodzony ociec, ba twój, alebych mu łyzki strowy nie zazdrościła!... On na stare lata włócyć sie ni może, a ty go z chałupy wyganios... O lepsego ojca trudno, a ty go tak nie sanujes! Uzbiero co, to ci zaroz daje...
— Bo powinien... — mruknął chłop.
— Powinien, pados?... Toś ty powinien żywić go na starość, kie cie wychowoł i oddoł grunt. Pamiętoj, zeby sie kiedy włosne dziecko z tobom tak nie obesło... Pon Bóg litościwy, ale i sprawiedliwy...
— Dość tego!... — krzyknął groźnie mąż — kozań mi tu nie prow nademną!... Cy myślis, ze stary piniędzy ni mo?... Ale skąpiec, sknera, woli chodzić po zebraninie, jak se zyć po pańsku z uskładanego grosa. Mnieby teroz trza woły kupić, to nie do...
— Bo ni mo! — zaprzeczyła energicznie żona.
— Musi mieć!... Kaby podzioł?!... Ty mi, Nasta, nie godoj! jo wiem, co robię...
— Rób, zeby cie ino Pon Bóg nie skoroł...
Trzeba zauważyć, że Ignac w czasie tej rozmowy sięgnął na „nolepę“ po garnek z kluskami i, wlawszy mleka, kończył obiad... Żona nie śmiała mu już robić żadnych uwag.
Teraz wstał, przeciągnął się, aż kości zatrzeszczały mu w stawach i, popatrzywszy ironicznie na żonę, wyszedł z izby.
— Przed wiecorem wrócę od siąg...[4] Ino zamiost kozanio przyrządź mi lepsą wiecerzę!... — rzucił na odchodnem.
Kobieta popatrzyła za nim i westchnęła ciężko do jakiejś myśli; potem, zebrawszy łyżki, wlała wodę na miskę, umyła i poukładała za półką.
— Ęhę! jesce cielęciu mom dać wody... — szepnęła do siebie.
— Helu! podej mi cebrzycek!...
Dziewczę skoczyło po naczynie, a matka, zlawszy „ziemniocorkę“,[5] omaściła mąką i miałką solą i poniosła do stajni...
Mały chłopczyk bawił się z „trusiami“[6] na środku izby, głaszcząc je po lśniącej sierci.
— Stefciu! zostań... jo tlusiom przyniesę konicyny!... — odezwała się z szepleniem dziewczynka i pobiegła szybko na pole...
Mały Stefek, nie namyślając się długo, przegramolił się przez wysoki próg i dalejże za siostrzyczką w pole!...
W chałupie nikogo, oboje drzwi na ścieżaj otwarte. Króliki tylko skaczą i gonią się po wilgotnej podłodze. Słonko przechyliło się już z południa i resztkami dłuższych promieni pada na szyby, czerwono-brudne od gęstej sadzy dymu. Roje much latają z garnka na garnek, to biją w okna, a dudnią, jak cały ul trzmieli. Jeden kot spokojny usadowił się na oknie do słonka i przymrużając oczy, udaje, że śpi, a baczy na każdy najmniejszy szmer... Zaszeleściało koło okna i cień się złamany przesunął poza szyby... Kot spojrzał jednem okiem i znów zasnął: widać nic podejrzanego... W sieni odezwał się ciężki posuwany krok i na progu stanął przychylony wiekiem starzec... Twarz miał pomarszczoną, zeschłą, o ostrych rysach; wąs biały, szczecinowaty; pod wielkiemi siwemi brwiami małe i siwe, przygasłe już, lecz dziwnie miło patrzące oczy... Białe kosmyki włosów wysuwały się na szyję z pod „strzępiatego“ kapelusza. Krótka siwa „chazuka“, koszula brudna, kij i przewieszona lniana torba dopełniały reszty obrazka.
Gdy stanął we drzwiach, obejrzał się po izbie, potrząsnął głową zdziwiony, że nie zastał nikogo i usiadł na progu, a z piersi wypadł cichy, stłumiony jęk, jak brzmienia strun rozstrojonej cytry, kiedy się ją na stole kładzie...
Następnie zdjął kapelusz z głowy, rzucił na ziemię i, przeżegnawszy się powoli, począł mówić pacierz; ręce mu opadły, bezwładne, jak drewno... A on patrzył się w okno, do słonka, i wargami poruszał...
Światło matowo-czerwone padało od szyb na łysą głowę dziada, to w półcieniach spadało po kosmykach białych włosów i jeszcze bardziej zbliżało tę pomarszczoną, suchą twarz do żółtej maski trupiej... W dwóch tylko sinych punkcikach tli się jeszcze życie, ale mdłe, jak światło dopalającego się kaganka, i ono wnet zagaśnie...
Tych dwoje siwych ócz pobiegło gdzieś daleko przez czerwone światło szyb: może ze wspomnieniami w dawne lata, a może z pacierzem po promieniach, co łączą oczy ze słonkiem, dalej jeszcze... ku Bogu. Kto wie... Twarz pomarszczona nie zdradzi, a poruszające się machinalnie wargi mogą i wzruszeniem drżeć i głodem... Bóg to raczy wiedzieć.
W sieni, za plecami dziada, stanęła kobieta.
— A, to wy tatusiu!...
— Jo... dziecko... jo... — rzekł starzec drżącym, słabym głosem i zwrócił głowę ku niej, a widząc, że stoi z cebrzykiem i nie może przejść koło niego do izby „zgrotał się“[7] powoli i powlókł ku ławie pod okno... Kobieta weszła, postawiła cebrzyk w kącie.
— Chce sie wom jeść, tatusiu?... — spytała pieszczotliwie, całując dziada w rękę.
— E nie, Nastuś... nie... ino tu boli... — wskazał ręką na piersi — tu, tak dusno...
— O lo Boga!... — lamentowała kobieta — trza przecie co radzić...
— E, nie trza... nie... nic nie pomoże... — Łzy zaświeciły mu w oczach i stoczyły się powoli, jak ziarnka, po zaschłej twarzy.
— Przecię moze jesce nie tak źle... — mówiła Nastka przez łzy.
— O nie... nie... — wyjęczał stary i objął łagodnie głowę synowej.
— Tatusiu, moze sie połozycie?... Pościelę wom w izdebce...
— Dobrze, dobrze, dzicię... — Wzięła starego pod rękę i przeprowadziła do izdebki.
— O, tu wom bedzie dobrze...
— Bedzie, bedzie... — szeptał stary.
Synowa przeniosła na jedno łóżko dwa „zogłowki“ i pierzynę.
— No... legnijcie, tatusiu!... Przespijcie sie... a moze sie mleka przedtem napijecie?...
— O nie, nie... — oganiał się stary. Popatrzył na synowę mile.
— Tyś dobre dziecko... — począł szukać drżącą ręką w zanadrzu. Wyjął zawiniątko, podał jej.
— Naści... przydo ci sie... — Nastka cofnęła rękę.
— Schowajcie se, tatusiu... wom sie prędzy przydo...
— E, mnie już nie trza, nie;... schowaj.
Kobieta wzięła zawiniątko, podniosła wieko skrzyni i wrzuciła... Stary się przeżegnał powoli i położył na łóżku. Synowa wzięła pierzynę, by go przykryć.
— Dej pokój... — powtórzył — niech ci Bóg... — i wzruszenie, czy osłabienie nie pozwoliło mu dokończyć. Przymrużył oczy...
Nastka w przekonaniu, że usnął, wyszła cicho do piekarni...
Równocześnie dzieci wpadły z hałasem do sieni.
— Cicho!... — szepnęła matka dobitnie — dziadek spi w izdebce...
— Spi?... — zatrwożyły się dzieci i natychmiast się uciszyły.
Hela rzucała trusiom po szczypcie koniczyny na podłogę, a Stefek głaskał je po miękkiej sierści.
— Jedzą tlusie, — mówił ze śmiechem do matki — jak sie im usy trzęsą!...
— Dobrze, dobrze — rzekła matka — ino cicho!...
Siadła na ławie, przysunęła koszyk ze ziemniakami i poczęła skrobać i rzucać oskrobane do „cebrzycka“, po obrączki napełnionego wodą...
Tymczasem w izdebce dziadek spał... Ciężki oddech mieszał się naprzemian z regularnym chodem staroświeckiego zegara. Tętno serca starego i chód miarowy zegara wyprzedzały się, to mijały, jakby walczyły z sobą o pierwszeństwo; wreszcie zwyciężył flegmatyczny zegar, — i oddech ustał zupełnie...
W izbie słychać tylko było uderzenia miarowe zegara... Czasem mysz zaszeleści za piecem, to znów robak odezwie się wierceniem w ścianie — i znowu to samo miarowe, jednostajne: tik, tak...
Bohomazy patrzą się ze ścian bezmyślnie... Ich twarze, zbliżone do siebie podobieństwem niepodobieństwa, uśmiechają się głupowato, to smucą, podług tego, jak im kazał pędzlista, czy farbiarz.
W piekarni zaś kobieta skrobie ziemniaki, a myśli jej latają, Bóg wie, za czem... Twarz tylko zdradza tę podróż myśli, bo się rozjaśnia, to schmurza. Ot, i teraz — dwie łzy stoczyły się po gladkiem licu i padły na twarz chłopczyny, który zasnął na podołku matki... Hela gdzieś lata po polu, ani się nawinie do izby! Ot, jak zwykle dzieciska.
Nagle kobieta, tknięta jakąś myślą, osunęła leciuchno chłopca na ławę i wysunęła się do izdebki. Wchodząc, cicho otwierała drzwi, by starego nie zbudzić.
Podeszła bosą nogą do łóżka i nachyliła się nad twarzą śpiącego. Długo stała i patrzała w milczeniu, a oczy jej rozszerzały się powoli, przerażeniem...
Stary spi, a oddechu nie słychać... Serce jej uderzyło gwałtownie. Wzięła ojca za rękę — ręka bezwładna, sztywna, jak drewno...
— O Jezu!... — wyszeptała kobieta i osunęła się na kolana przy łóżku. Jeszcze nie chciała wierzyć. Dłonią pomacała twarz starca — twarz zimna, oczy przymknięte; tylko usta rozchylone, jak brama, którą ulatuje dusza z ostatniem tchnieniem.
— O Jezu!... — zajęczała głośniej, oparła twarz o krawędź i długo rzewnie płakała... Potem poczęła szeptać pacierz — za umarłych... Modlitwa uspokoiła ją. Podniosła się zwolna i chwiejnym krokiem przeszła do piekarni. Tu nikogo — tylko chłopczyna spi pod oknem na ławie, uśmiechnięty, jasny...
Stanęła chwilkę na środku izby, nie wiedząc narazie, co robić. — Iść po ludzi nie można, bo daleko do chałup, a tu wieczór na ramieniu!... Zresztą — jakże tak chałupę odejść! Żeby choć Ignac przyszedł!... — i tym podobne myśli przebiegały jej po głowie...
Wreszcie namyśliła się krótko, fartuszkiem łzy otarła, które jej zasoliły na licu, i przeszła znów do izdebki... Tu otwarła skrzynię i poczęła wyciągać bieliznę i koszulę, „płócienki“ lniane i inne drobiazgi. Rzeczy te poukładała na ławce, podeszła ku łóżku i poczęła delikatnie ściągać łachmany starego... Czynność ta nie była łatwą, bo już trup drewniał... Pomogły jej zaś zręczność i poświęcenie...
W krótkim przeciągu czasu rozebrała nieboszczyka i ubrała w czystą bieliznę. Następnie przykryła go nowem prześcieradłem, złożyła ręce na piersi, wzięła ze stołu krzyżyk i włożyła w dłonie umarłego. Po tej czynności klękła przy łóżku, odmówiła jeszcze krótką modlitwę, westchnęła ciężko, wstała — i przeszła do piekarni, do zajęć gospodarczych...
Zmierzchło się już zupełnie. Przy zorzy, padającej z okna, wypłukała ziemniaki i „wsuła“ do garnka. Miała się wziąć do zapalania, kiedy wszedł mąż...
— To jesce nie polis na wiecerzę?! E, coześ ty u djabłów robiła?... — krzyknął groźnie od progu.
Kobieta drgnęła na te słowa.
— Nie godoj!... — odrzekła. — Tatuś umarli... — i zapłakała głośno.
— Go? ociec umar? pados... Kaz lezy?... — spytał łagodniej.
— W izdebce...
— W izdebce?... e, pocoześ go tam zaniesła?!...
— Som posed... idź... zmów pocierz.
Chłop się poruszył. Kobieta jeszcze zwróciła się ku niemu.
— Ignac! nie bądź markotny!... Odziołach nieboscyka w twoją bieliznę...
— Co?!... — krzyknął głośno.
— Przecię trudno go było w łachmanach zostawić... — usprawiedliwiała się.
— A niech cie!... — niedokończył przekleństwa. — Gotuj prędko wiecerzę!...
Sam poszedł do izdebki... Ciemno było zupełne. Blada „zarza“ biła o szyby... Ignac otworzył szafę, wyjął świecę, zapalił i postawił ją na stole. Na łóżku zobaczył nieboszczyka... Światło świecy padało z boku na niego — i zdawało się, że śpi — takim łagodnym wyrazem błyszczała pożółkła twarz.
Ignac rzucił się ku łachmanom i począł je gorączkowo przerzucać... Przetrząsnął wszystkie kieszenie, obmacał szwy; snać nie znalazł, czego szukał, bo się skrzywił i spojrzał na trupa...
— Musiołeś kasi inędy piniądze schować. Zol ci było dać synowi — rzekł z urąganiem i postąpił ku łóżku.
— A to wścieklina baba!... Nowiutką kosulę mu wdzioła. Cóz jo będę mioł do kościoła?... Umarłemu co to wystarcy...
Z temi słowy wyciągnął rękę do trupa, wyjął krzyżyk z jego dłoni, rzucił na stół — następnie chwycił rękaw, by ściągnąć koszulę z ojca-nieboszczyka...
Dziwnym przypadkiem — dłoń swoją zaplątał między palce umarłego... I stała się straszna rzecz. Palce nieboszczyka zwarły się i objęły dłoń Ignaca żelaznemi kleszczami... Syn wydał okropny ryk z przerażenia i strachu — i padł bez duszy przy trupie ojca...

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Na trzeci dzień był jeden pogrzeb dla ojca i syna. Pochowano ich w jednej szerokiej trumnie.. Ojciec nie puścił syna... Rozłączeni za życia — w mogile spali razem. I było im dobrze. Robactwo nie kłóciło się o ich ciała...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.
  1. Nolepa = kawałek pieca, wysunięty naprzód, służy jak blacha do gotowania. Tylko rozpala się ogień na wierzchu, garnki stawia się dookoła. Dym idzie prosto na izbę.
  2. Młynek = inaczej żarna na których się rękami kamień obraca.
  3. Rynka = rondel.
  4. Siągi (= przenośnie) miejsce gdzie się siągi rąbie.
  5. Ziemniocorka = woda ze ziemniaków (ziemniaczarka)
  6. Trusie = króliki domowe.
  7. Zgrotać się = zgramolić się (zebrać się powoli).