Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Stanęła chwilkę na środku izby, nie wiedząc narazie, co robić. — Iść po ludzi nie można, bo daleko do chałup, a tu wieczór na ramieniu!... Zresztą — jakże tak chałupę odejść! Żeby choć Ignac przyszedł!... — i tym podobne myśli przebiegały jej po głowie...
Wreszcie namyśliła się krótko, fartuszkiem łzy otarła, które jej zasoliły na licu, i przeszła znów do izdebki... Tu otwarła skrzynię i poczęła wyciągać bieliznę i koszulę, „płócienki“ lniane i inne drobiazgi. Rzeczy te poukładała na ławce, podeszła ku łóżku i poczęła delikatnie ściągać łachmany starego... Czynność ta nie była łatwą, bo już trup drewniał... Pomogły jej zaś zręczność i poświęcenie...
W krótkim przeciągu czasu rozebrała nieboszczyka i ubrała w czystą bieliznę. Następnie przykryła go nowem prześcieradłem, złożyła ręce na piersi, wzięła ze stołu krzyżyk i włożyła w dłonie umarłego. Po tej czynności klękła przy łóżku, odmówiła jeszcze krótką modlitwę, westchnęła ciężko, wstała — i przeszła do piekarni, do zajęć gospodarczych...
Zmierzchło się już zupełnie. Przy zorzy, padającej z okna, wypłukała ziemniaki i „wsuła“ do garnka. Miała się wziąć do zapalania, kiedy wszedł mąż...
— To jesce nie polis na wiecerzę?! E, coześ ty u djabłów robiła?... — krzyknął groźnie od progu.