Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Spi?... — zatrwożyły się dzieci i natychmiast się uciszyły.
Hela rzucała trusiom po szczypcie koniczyny na podłogę, a Stefek głaskał je po miękkiej sierści.
— Jedzą tlusie, — mówił ze śmiechem do matki — jak sie im usy trzęsą!...
— Dobrze, dobrze — rzekła matka — ino cicho!...
Siadła na ławie, przysunęła koszyk ze ziemniakami i poczęła skrobać i rzucać oskrobane do „cebrzycka“, po obrączki napełnionego wodą...
Tymczasem w izdebce dziadek spał... Ciężki oddech mieszał się naprzemian z regularnym chodem staroświeckiego zegara. Tętno serca starego i chód miarowy zegara wyprzedzały się, to mijały, jakby walczyły z sobą o pierwszeństwo; wreszcie zwyciężył flegmatyczny zegar, — i oddech ustał zupełnie...
W izbie słychać tylko było uderzenia miarowe zegara... Czasem mysz zaszeleści za piecem, to znów robak odezwie się wierceniem w ścianie — i znowu to samo miarowe, jednostajne: tik, tak...
Bohomazy patrzą się ze ścian bezmyślnie... Ich twarze, zbliżone do siebie podobieństwem niepodobieństwa, uśmiechają się głupowato, to smucą, podług tego, jak im kazał pędzlista, czy farbiarz.
W piekarni zaś kobieta skrobie ziemniaki, a myśli jej latają, Bóg wie, za czem... Twarz tylko zdradza tę podróż myśli, bo się rozjaśnia, to