Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dość mom tego trzescenio poza usy. Dziecku dej spokój! jak podrośnie — to sie naucy...
— Ho! mocny Boże! naucy sie ta potem, jak za młodu nie przywyknie!... — mówiła, jakby do siebie. — No, Helu!... przezegnoj-ze sie chocioz i weź łyżkę!...
Hela podniosła leniwie rączkę do czoła:
— Mię Ojca... i Ducha siętego...
— Jakże ty mówis?... — przerwała jej matka i poczęła z nią mówić:
— W Imię Ojca... wyraźnie!... i Syna... na piersi rąckę!... i Ducha...
Kapryśna Hela, która dotąd ledwo wstrzymywała łzy — rozbeczała się przy słowie „i Ducha“ na głos...
— Hela! nie dostanies obiadu!.... — rzekła surowo matka i odsunęła ją od siebie. Ta jeszcze głośniej poczęła szlochać. Matka wzięła łyżkę i, nie zważając na nią, „obiadowała“ razem z mężem i małym Stefkiem.
Hela, wypłakawszy się, widząc, że to nic nie pomoże, przysunęła się ku ławce, przeżegnała potem wyraźnie i spojrzała na matkę nieśmiało.
— Widzis, ze umies... ino wykręty mos zawse... — Pociągnęła dziewczynkę, ucałowała w główkę i podała jej łyżkę.
Wszyscy pożywali obiad jakiś czas w milczeniu...
— Jest jesce co?... — spytał mąż, kładąc łyżkę.