Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nią; poczem kapustę omaściła „skwarkami“, zgarnęła do ziemniaków i poczęła mieszać łyżką, oddmuchując gorącą parę, która z miski buchała wgórę.
Po skończeniu tej czynności postawiła miskę na środku ławki, wyjęła łyżki i poukładała koło miski. Równocześnie wbiegła zdyszana Hela.
— Poco tak lotos!... — zrobiła jej uwagę matka — ni mozes pomału iść? Jesce sobie ocy ka wybijes. Podej stołki!... A tata nie idzie?...
— Idzie... — odezwała się dziewczynka.
W tej chwili dało się słyszeć w sieni ciężkie stąpanie i do izby wszedł dorodny chłop, mało co starszy od kobiety, a rozrosły jak smerek. Rzucił kapelusz w kąt na ławę i siadł na stołku... Matka siadła na końcu ławy i podała dzieciom małe drewniane łyżki.
— Helu! zmów pacierz przed jedzeniem... — rzekła do dziewczynki, pociągając ją ku sobie i głaszcząc jasne kędziorki.
— Jee!... — oganiało się dziecko z grymasem.
Chłop, nie patrząc, sięgnął po łyżkę, i począł jeść.
— Widzis, — mówiła mu z wyrzutem kobieta — ty nigdy pacierza nie mówis, to i dzieci sie tak ucą. Helę teroz musę naganiać do pacierzy, a jak była mniejso, to sie sama garnęła... Jaki ociec — takie syćko.
— Jedz!... — odburknął chłop — i nie godoj.