Strona:Władysław Orkan - Nowele.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— O, tu wom bedzie dobrze...
— Bedzie, bedzie... — szeptał stary.
Synowa przeniosła na jedno łóżko dwa „zogłowki“ i pierzynę.
— No... legnijcie, tatusiu!... Przespijcie sie... a moze sie mleka przedtem napijecie?...
— O nie, nie... — oganiał się stary. Popatrzył na synowę mile.
— Tyś dobre dziecko... — począł szukać drżącą ręką w zanadrzu. Wyjął zawiniątko, podał jej.
— Naści... przydo ci sie... — Nastka cofnęła rękę.
— Schowajcie se, tatusiu... wom sie prędzy przydo...
— E, mnie już nie trza, nie;... schowaj.
Kobieta wzięła zawiniątko, podniosła wieko skrzyni i wrzuciła... Stary się przeżegnał powoli i położył na łóżku. Synowa wzięła pierzynę, by go przykryć.
— Dej pokój... — powtórzył — niech ci Bóg... — i wzruszenie, czy osłabienie nie pozwoliło mu dokończyć. Przymrużył oczy...
Nastka w przekonaniu, że usnął, wyszła cicho do piekarni...
Równocześnie dzieci wpadły z hałasem do sieni.
— Cicho!... — szepnęła matka dobitnie — dziadek spi w izdebce...