Zemsta krwi (May, 1925)/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Zemsta krwi
Rozdział Dla dziecka
Pochodzenie Hadżi Halef Omar
Wydawca Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wydania 1925
Druk Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Blutrache
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
3. Dla dziecka.

Mieszkańcy El Achadid byli nam chętni. Wodę ofiarowywali za darmo, a mąkę, owoce i inną żywność po bardzo niskich cenach. Jeden z nich powracał właśnie z okolicy Wasit, gdzie napotkał Abd el Birra i jego Arabów Handhala. Gdy o tem wspomniał, po wyrazie jego twarzy poznałem, że mówi o nich jak o wrogach; wywnioskowałem stąd, że pomiędzy osiedlem Achadid, a szczepem Handhala panuje nienawiść. Opowiedziałem więc tym poczciwcom o wszystkiem. Mowa miała ten skutek, że życzono nam z całego serca powodzenia; musieliśmy pozostać jako goście duaru i, gdy nazajutrz wyruszaliśmy, udzielono nam wszystkich potrzebnych wskazówek. To było najważniejsze, gdyż Muntefikowie nie mogli już nas prowadzić, zbytnio się bowiem oddalili od swego siedliska. —
Wiedzieliśmy więc, że Malik ben Handhala znajdują się w odległości pół dnia drogi od nas. Musieliśmy naglić, by wyrównać ten dystans. Na nieszczęście, przeszkadzało nam dziecko, które, pomimo całej troskliwości Omara, nie mogło wytrzymać takiej jazdy. Muntefikowie poczęli sarkać, lecz Omar nie zwracał na to uwagi. Błękitne oczy chłopca oczarowały go poprostu; myślał teraz więcej o dziecku, niż o zemście krwi, która nas wszakże tutaj sprowadziła. Paplał bezustannie ze swoim Lakitem, choć jedyną odpowiedzią, jaką otrzymywał, był wyraz Zarka. Czyżby nazywała się tak matka dziecka? —
Pod wieczór napotkaliśmy znowu tropy ściganych i postanowiliśmy nie zbaczać z nich więcej, chyba, że będzie trzeba okrążyć nieprzyjazny duar.
Ścigani kierowali się dotychczas drogą Wasit; nazajutrz jednak zaprowadziły nas ślady do Mawija, leżącego na szosie Mekkańskiej. Słyszeliśmy, że miejsce to zamieszkują Arabowie Anbara, których nie mieliśmy potrzeby się obawiać, gdyż nie należeli do wrogiego nam szczepu; dlatego więc postanowiono zasięgnąć u nich wskazówek Co do obecnego miejsca pobytu Handhala. Jednakże byłem na tyle ostrożny, że pozostawiłem towarzyszy poza duarem, a tylko sam z Halefem udałem się na przeszpiegi.
Kilku ludzi stało przy pierwszych chatach i namiotach. Spostrzegłszy nas, poczęli uciekać; być może, aby zawiadomić resztę mieszkańców o przybyciu dwóch obcych jeźdźcow. Pomimo to, nikt nie wyszedł na spotkanie, nawet gdyśmy już wjechali między domostwa, prócz jakiejś starej kobiety, którą zapytałem o szecha el Beled. Wskazała duży namiot. Dojechaliśmy do niego i zawołali; natychmiast prawie odsunięto zasłonę, przykrywającą wejście, i ukazał się „władca duaru“. Nie czekając, aż wyłożymy cel swego przybycia, zaprosił nas do wnętrza na fajki i kawę. Odmówiłem grzecznie, tłumacząc się brakiem czasu, lecz gospodarz, nie słuchając usprawiedliwienia, powtórzył swą prośbę takim natarczywym tonem, że musieliśmy ulec jego gościnności. Odrzucenie powtórnego zaproszenia byłoby niesłychaną obelgą, a zmycie jej wymagałoby krwi. Nie mogliśmy sobie bynajmniej pozwolić na przysparzanie wrogów, tem bardziej, że droga powrotna prowadziła przez tą miejscowość; — przywiązaliśmy więc konie do żerdzi namiotu.
Gospodarz przyjął nas pozdrowieniem: Ahla wa sahla wa marhaba[1], co rozproszyło natychmiast moje nieokreślone obawy, gdyż nie wita się tak nigdy osoby, której się źle życzy. Usiedliśmy. Na palu wisiało mnóstwo fajek, z których wybrał dwie najlepsze; poczem przyniósł tytoniu i podpału. Przyjaźń okazywał w najwyższym stopniu; przysiadł się do nas, rozpoczął pogawędkę, nie pytając nawet o nasze zamiary i stosunki. —
Wtem wydało mi się, że słyszę odgłos wielu stop; zbliżały się lekkie kroki, co znowu obudziło moją czujność.
— O ile spostrzegłem, mieszkańców niema we wsi? Spotkałem zaledwie paru ludzi i jedną kobietę, — rzekłem.
Władca wioski wstał. Na twarzy jego wykwitł uśmiech ironiczny:
— Wszyscy są, nikogo nie brak. Czekali na was!
— Czekali? — spytałem, pozostając spokojnie na miejscu; — czyście wiedzieli, że przybędziemy?
— Wiedzieliśmy! Abd el Birr, szeik Handhala, ostrzegł nas o waszem przybyciu, psy chrześcijańskie! Znieważyliście świętą drogę pielgrzymek! Zapłacicie zato życiem! Nasi mężowie ukryli się, aby was, smrodnych szakali...
— Milcz! — krzyknąłem, zrywając się razem z Halefem. — Tak, jestem chrześcijaninem! Ale śmierdzącym szakalem jesteś ty!
— A twoi ludzie, są dziećmi suki! Tchórzliwe potomki psich wnuków! Mój bat oćwiczy te wywłoki! — przerwał mi odważny Halef, zerwawszy w okamgnieniu, Wiszący zawsze u jego pasa, gruby harap z plecionej twardej skóry krokodylej. Raz, dwa, trzy, cztery uderzenia — przecięły błyskawicznie twarz szecha!
Drab chciał krzyczeć; przeszkodziłem temu jednym ciosem pięści, zwalając go na ziemię. Odsunąłem zasłonę namiotu. Wokół stało przeszło stu uzbrojonych mężczyzn i chłopców, gotowych rozszarpać w kawały świętokradców, którzy ośmielili się znieważyć świętą drogę Mekkańską; za nimi wrzeszczała horda kobiet i dzieciaków, potrząsając groźnie przygodną bronią. Chciałem skoczyć na konia i przebić się, lecz mój mały chytry hadżi odsunął mnie na bok i zawołał, uprzedzając ryk fanatycznej tłuszczy:
— Cóżto wam na myśl wpada, o wierni wyznawcy proroka, bohaterscy wojownicy Mawija! Należymy do szczepu Handhala i zostaliśmy tu przysłani przez Abd el Birra, by zawiadomić szecha el Beled, że oczekiwani niewierni wkrótce przybędą! Za wcześnie opuściliście kryjówki! Mogą nadejść lada chwila, a skoro zobaczą was zebranych tutaj, nie wejdą do duaru i zdołają umknąć! Schowajcie się natychmiast, póki czas! Żywo! Biegnijcie! Spieszcie! Pędźcie! Precz! O Allah! Giaurowie gotowi nam ujść!
Aby im doreszty zamydlić oczy, zniknął w namiocie, a ja udałem się za nim. Szech leżał nieprzytomny na ziemi. Spojrzeliśmy przez szparę i stwierdzili z niemałem zadowoleniem, że tłuszcza poczęła się szybko rozchodzić!
Sprytny hadżi, patrząc na efekt swego pomysłu, zaśmiał się i rzekł:
— Widzisz, jak to pomaga, sihdi! Ty zabiłbyś ze dwudziestu, lub więcej jeszcze ludzi, pięściami, lecz mój język rozproszył ich wszystkich! Hamdulillah! Nikogo już niema! Jazda więc, naprzód!
Gdyśmy dosiedli wierzchowców, nie było przed namiotem ni żywej duszy, lecz w tej samej chwil wybiegło paru ludzi z poza długiej niskiej chaty; poznałem Abd el Birra i jego łotrów!
— Oszukano was, okłamano! okłamano! — ryczał z pianą na ustach; — na nich, głupcy, na nich! Prędzej! Ucieknie nam giaur przeklęty!
Halef mógł go z łatwością zastrzelić, lecz naturalnie nie uczynił tego. Harap miał jeszcze w dłoni; przeciął nim kilkakrotnie powietrze ze świstem; uderzenia te miały być dla Abd el Birra symboliczne. — Ruszyliśmy galopem, odprowadzeni wrzaskiem wściekłości, który można było porównać tylko z rykiem Indjan! —
Należało się spodziewać, że sfanatyzowana tłuszcza, nie poprzestanie na tych objawach wściekłości, lecz pobudzona żądzą krwi, rzuci się w pościg. Dlatego też nie przystanęliśmy, spotkawszy towarzyszy, a zawołaliśmy na nich, by podążyli za nami. Skierowaliśmy się na północ, ażeby zmylić prześladowców. Po chwili spostrzegłem tuż za sobą oddział jeźdźców, gnających pędem. Rychło jednak przekonali się naocznie, że nie może już być mowy o pogoni. Spuścili nosy na kwintę i wrócili stepa zpowrotem. Teraz zatoczyliśmy łuk, powracając do poprzedniego kierunku. Po drodze opowiedział Halef towarzyszom o naszej przygodzie, nie zapomniawszy naturalnie o swoich bohaterskich czynach. —
Dopędziliśmy zatem tych łotrów! I to dzięki temu, że pozostali w Mawija, aby nas pochwycić w zastawione sidła. Abd el Kahir radził napaść na nich, gdy wyruszą w drogę, lecz ja się oparłem, gdyż było rzeczą, więcej niż prawdopodobną, że właśnie teraz będą się mieli na baczności. — Najbliższem osiedlem było Rakmatan, należące do Arabów Handhala. Mogliśmy więc fatwo dostać się między dwa ognie; wobec tego odłożyłem atak na później. Nikt nie zaprotestował, uznając słuszność mego rozumowania.
Rakmatan leży na górnym końcu wadi Falg i słynie w świecie mahometańskim, jako miejsce pobytu wielkiego poety Maleka ben er Reib el Mazini. — Należało przypuszczać, że Abd el Birr, nie opuści tak szybko Mawiji po rozegranych w niej wypadkach; później zaś pozostanie w Rakmatan, W gościnie u współplemieńców. Sądził zresztą zapewne, że po niemiłej przygodzie nie powrócimy tak prędko, a może wogóle zaniechamy pościgu; mieliśmy więc czas do jutra. Nie spiesząc tedy, okrążaliśmy zaludnione miejscowości w obawie, aby nas nie poznano.
Zapadał już mrok, gdy wjechaliśmy na drogę, z tamtej strony Rakmatanu. Ukryliśmy się tutaj, poza skatami wadi Maskat el Raml, gdzie rozpoczyna się pustynia Sziha.
Omar zajmował się przez cały czas malcem, na nic innego nie zwracając uwagi. Był to widok doprawdy wzruszający, jak delikatnie opiekował się nim, jak łagodnie i miękko odzywał do niego; rodzona matka nie okazałaby więcej czułości. To też dziecko nie chciało się ani na chwilę z nim rozstać. —
Zależało mi teraz bardzo na wiadomości, czy Abd el Birr jeszcze jest w duarze, czy też, wbrew oczekiwaniom, minął już Rakmatan; postanowiłem więc udać się na zwiady. Halef chciał mi towarzyszyć, ponieważ jednak nie byłby mi pomocny, a wręcz przeszkadzał, kazałem mu zostać. Zdjąłem z siebie jasny haik, który mógł mnie zdradzić, i ruszyłem. —
Przyjrzałem się osiedlu już podczas przybycia do wadi Maskat el Raml. Duar był jakby przylepiony do krzywizny wadi Falg. Obliczałem odległość od naszej kryjówki, na jakieś pół godziny drogi. Po upływie tego czasu stałem też przed pierwszą chatą. W otworach, służących za okna, błyszczało światło świecy, czy knota lampy, napełnionej oliwą. Nie chcąc, by mnie spostrzeżono, musiałem zacząć wywiad od tyłu wioski. Skradałem się od jednego mieszkania do drugiego, dopóki nie dosiągnąłem końca duaru. Tam zawróciłem nieco, kierując uwagę na budynek, największy chyba w całem osiedlu; jeśli należał do najbogatszego mieszkańca, to zapewne do szecha el Beled. — Przed wejściem przywiązano kilkanaście koni. Tylna ściana miała cztery otwory okienne; trzy były oświetlone. Poczołgałem się do pierwszego i zajrzałem do wnętrza. Ujrzałem prymitywne pomieszczenie, w którem leżała na macie jakaś nieruchoma postać kobieca. Zdawała się nasłuchiwać; z sąsiedniego pokoju dochodziły niewyraźne głosy. Przez drugie okno, w izbie większej od poprzedniej, ujrzałem dwóch ludzi. Jeden kręcił się, zdenerwowany, tam i zpowrotem; był to szeik Handhala, nasz zacięty wróg!
— A więc moje dziecko, pociecha starości, moj jedyny syn — stracony! Zrabował go Humam ben Dżihal, przeklęty pies Hadesz! — wołał. — Czy to na pewno był on? — Kto go poznał?
— Twoja żona; zna go wszak dobrze! Była sama z dzieckiem na makbara[2] i tam została napadnięta.
— Przeklęta! Niech ją pochłoną czeluście piekielne! Zaraz się z nią porachuję! Natychmiast! A potem zgromadzę wojowników na wyprawę zemsty; zgotuję tym szakalom krwawą łaźnię! — Wyruszę, skoro tylko nasze konie nieco wypoczną! Zrównany z ziemią duar wadi Baszam, tego rabusia! Zemścił się na mnie straszliwie; nie mógł wynaleźć okrutniejszego odwetu! Wiedział, że kocham dzieciaka nad życie. — Zamordował je po drodze! — — Co warta ta kobieta, ta matka? Siedzi w domu i myśli zapewne, czy do twarzy jej będzie w żałobie! Na Allaha! zasłużyła na śmierć! Pierwszą kulę przeznaczam nie Humamowi, lecz jej; przysięgam na...
— Powstrzymaj się, nie przysięgaj! — przerwał gospodarz; — twojej żony niema w domu!
— Gdzież jest? — ryknął, pieniąc się, Abd el Birr.
— Pobiegła, jak lwica, której zabrano młode, za tym złodziejem dzieci!
— Zabił ją więc również; niestety, teraz ujdzie mej zemście! Co pomóc może tej kobiecie pościg za zbrodniarzem?! Czy dlatego nazywasz ją lwicą? Powinna była bronić dziecka do ostatniej kropli krwi, wówczas zasłużyłaby na to miano! Przysięgam na Allaha i wszystkich Kalifów, że jeśli ją znajdę...
— Nie przysięgaj! Nie wyrzekł tego gospodarz, lecz kobieta, którą poprzednio widziałem w drugiej izbie. — Teraz nastąpiła scena, przed której opisem wzdraga się pióro! Matka w obawie o dziecko przybyła, by prosić pokrewny szczep o pomoc, i znajdowała się tu zaledwie od kilku godzin, gdy tak niespodzianie napotkała męża. Ten, z pianą na ustach, obalił ją na ziemię, począł nie ludzko kopać i wlec za włosy po całej izbie, tłukąc jej głową o ściany. Zastrzeliłby biedną niechybnie, gdyż kilkakrotnie wyrywał broń z za pasa, gdyby mu towarzysz nie przeszkadzał. Wreszcie wywlókł ją, bijąc niemiłosiernie, z chaty, popchnął tak silnie, że zatoczyła się i upadła o kilka kroków dalej, i począł ryczeć w niebogłosy:
Euti talikah bit telateh!
Wyrazy te oznaczają: — trzykrotnie cię odpycham — są przepisaną formułą rozwodową. — Od tej chwili przestała być jego żoną. —
Okrążyłem, skradając się bezszelestnie, dom, aby zobaczyć, co się stało z nieszczęśliwą, choć przedsięwzięcie to było związane z dużem niebezpieczeństwem. — Ujrzałem ją, gdy, tkając głośno, stanęła u węgła chaty. Zadrżała z przestrachu zobaczywszy obcego.
— Czy nazywają cię Zarką? — spytałem szeptem.
— Tak; kim jesteś? — wyjąkała z trudem.
— Twoim przyjacielem. Przynoszę ci pomoc. Chodź za mną!
Ująłem ją za rękę i poprowadziłem. Szła bezwolnie, bez słowa protestu, za mną — obcym, któremu nie wolno było jej dotknąć. Wpadła bowiem w apatję i własny los jej zobojętniał. Cicho popłakując, wlokła się tak przez pół godziny, dopóki nie doszliśmy do wadi Maskat er Raml. Tam, z miejsca, gdzie ukryci byli towarzysze, doszedł nas łagodny głos Omara, któremu inny, dźwięczniejszy i delikatniejszy odpowiedział:
— Zarka!
Kobieta krzyknęła przeraźliwie i pobiegła z szybkością strzały. Nie umiem opisać radości, jaka ją opanowała; schwyciwszy dziecko, okrywała tysiącem pocałunków, oddalała je od siebie i zbliżała, jakby niedowierzając swym zmysłom.
Najmniej zadowolony z tego niespodziewanego obrotu rzeczy był naturalnie Omar, który zasypał mnie odrazu dziesiątkiem pytań. Wszyscy garneli się po wyjaśnienia, lecz nie miałem czasu zaspokoić ich ciekawości, gdyż Abd el Birr mógł wyruszyć natychmiast. Jeśli nie miał nam ujść i tym razem, musiano się spieszyć. Zarkę z dzieckiem umieściłem tak daleko w wadi, ze nic nie mogła słyszeć; przy niej pozostali dwaj Haddedinowie, otrzymawszy odpowiednie instrukcje. Potem przeciągnęliśmy przez całą szerokość drogi moje lasso, długości trzydziestu metrów. Konie powinny były paść, podcięte tą niespodzianą przeszkodą, a jeźdźcy tem łatwiej dostać się w nasze ręce. — Czekaliśmy. —
Upłynął kwadrans, zanim usłyszałem tętent kopyt. Arabowie jechali pomimo ciemności ostrym kłusem. Szeik klął, rzucał się bezustannie na siodle i przynaglał ludzi; znaleźli się wreszcie przy Haddedinach. Lasso tu wiele zdziałało, gdyż inaczej wyprzedziliby nas w przeciągu kilku sekund, a nie mieliśmy ochoty zatrzymywać ich strzałami; na szczęście okazało się to zbyteczne; — wszystkie konie runęły! Błyskawicznie rzucono się na zbrodniarzy; ja skoczyłem do szeika, którego poznałem po głosie. Początkowo leżał nieruchomo, jak głaz, opanowany panicznym strachem, lecz po chwili począł się bronić zaciekle. Chciał wstać, zachwiał się jednak i opadł z głośnym jękiem na ziemię. Złamaną miał prawą nogę. Ludzi jego powiązano i ułożono obok siebie. Milczenie, które towarzyszyło walce, wzmogło przestrach i obawę napadniętych. Kazałem zachować absolutną ciszę aż do mego powrotu; wyjąłem szeikowi obydwa pistolety z za pasa i udałem się w kierunku wioski.
Przybywszy, zakradłem się powtórnie do największej z chat, w której, jak się dowiedziałem później, mieszkał rzeczywiście szech el Beled. Wszedłem drzwiami przedniemi. W dużej izbie siedział samotnie szech, paląc fajkę; widocznie chciał uspokoić nerwy, stargane ostatniemi wypadkami. Zobaczywszy mnie, skoczył z miejsca, przerażony.
— Czy znasz tę broń? — spytałem, podsunąwszy mu pod nos pistolety.
Maszallahi Pistolety szeika Malik ben Handhala!
— Tak jest! Dał mi je, jako rozpoznawczy znak dla ciebie. Nie ujechał daleko. Tkwi w tem tajemnica, o której tylko ty dzisiaj się dowiesz. Czy masz parę fanamur?[3]
— Tak!
— Przynieś je prędko i chodź ze mną! Zdarzyło się coś bardzo doniosłego!
— Co się stało? Kim jesteś? Nie znam cię; nie widziałem nigdy!
— Dowiesz się o wszystkiem od samego szeika. Spiesz! Każda sekunda droga!
Zarówno pewny ton, w jakim do niego przemawiałem, jak pistolety szeika, wywarły pożądane wrażenie. Przyniósł kilka latarni, zapalił jedną z nich i pobiegliśmy. Chociaż zamęczał mnie po drodze pytaniami, nie odpowiadałem ni słowem; dopiero gdyśmy przybyli do celu, oznajmiłem, że jest moim jeńcem, lecz nie powinien się niczego obawiać, jeśli będzie zachowywał spokój aż do rana. Związano go również, zanim się zdołał zorjentować; zabrano teraz latarnie i zapalono je wszystkie tak, że starczyło światła, by oświetlić przestrzeń w promieniu paru metrów.
Szeik Muntefików począł obsypywać Abd el Birra stekiem obelg i złorzeczeń; pozwalałem na to przez pewien czas, lecz gdy trwało zbyt długo, a Abd el Kahir nie zamierzał bynajmniej poniechać jeńca, straciłem cierpliwość.
— Skończ-że wreszcie i zahamuj potoki swojej wymowy! Idzie w tym wypadku o obrazę, za którą możesz żądać przeprosin, lub co najwyżej błahej kary, nie zaś o zbrodnię, za którą się płaci śmiercią. Tutaj oto stoi mściciel, żądający życia jeńca. Pozwól i jemu dojść do słowa. Lawina twych obelg nie daje mu wyrazić swego zdania!
Wskazałem na Omara, który od czasu pojmania Abd el Birra, zachowywał grobowe milczenie. Teraz przystąpił i obrzucił jeńca wzrokiem, pełnym śmiertelnej nienawiści. Skinąłem skrycie na Halefa. Zrozumiał mnie w okamgnieniu i ruszył, wydostawszy się niepostrzeżenie, by sprowadzić Zarkę z dzieckiem.
— Zamordowałeś brata mojej żony, ukochanego jedynaka zgrzybiałych starców! — przemówił Omar syczącym szeptem, podnosząc stopniowo głos, a gdy doszedł do słów — stoję przed tobą, zbrodniarzu, jako mściciel niewinnie przelanej krwi; czy znasz prawo, które brzmi: ząb za ząb, oko za oko?! — bas jego rozległ się, jak ryk głodnego lwa.
— Zabij mnie! — odpowiedział dumnie szeik. — Allah oddał nas w twe ręce, przez tego oto emira, Kara ben Nemzi! — O Mahomecie! O wielcy Kalifi! Czemuż zabrał mi Allah jedyne szczęście mojego życia, dziecię jedyne, spadkobiercą mych czynów? Nie chcę żyć dłużej! Kula z twej strzelby położy kres moim cierpieniom Zabij! Będziesz dobroczyńcą!
Tego Omar nie oczekiwał; zmieszał się. Chciał! ukarać jeńca, a nie spełnić jego życzenie. — Spojrzał bezradnie na Abd el Birra, potem na mnie.
— Dlaczego nie strzelasz, Omarze? Może zakłujesz go nożem? — spytałem.
Zmieszanie jego rosło. Pożądał zemsty, lecz nie pociągała go rola kata, mordującego bezbronną ofiarę.
— Rozumiem, — ciągnąłem dalej, ze świadomym fałszem tłumacząc jego niezdecydowaną postawę, — zwykła śmierć jeńca nie wystarcza ci; może przypieczesz go płonącemi węglami, poczynając od głowy?
Nagle skrępowany szeik wyprężył się, jak struna, nie bacząc na ból gwałtowny złamanej nogi, i krzyknął przeraźliwie; z gardła wyrywały mu się chrapliwe, nieartykułowane dźwięki. — Zobaczył żonę, przybyłą wraz z chłopczykiem na ręce. — Uklękła przy mężu i podała mu dziecko do pocałunku. Szeika opanowało nie zwykłe, gorączkowe wzburzenie; na policzkach wykwitły mu krwiste plamy, a oczy zdawały się wyskakiwać z orbit. Ryknął głosem, w którym nie było nic ludzkiego:
— Żyje mój mały, żyje! Emirze, błagam, zwolnij mi choć na chwilę rękę, na jedno mgnienie oka! Objąć mą dziecinę, raz choćby dotknąć, pogłaskać! Allah! Allah! Allah!
Schyliłem się i rozwiązałem mu ramiona. Błyskawicznie pochwycił dziecko i przytulił do piersi. Począł je pieścić, dusząc w objęciach. Zachowywał się jak człowiek, który postradał zmysły z radości; — przyciągnął wreszcie żonę do siebie i zawołał:
Odepchnąłem cię, szalony! Teraz wracasz do mego serca! Jesteś znowu moją żoną, droga, jedyną! Czy mnie odrzucisz?
Zaprzeczyła ruchem głowy; mówić nie mogła, gardło ściskały łzy.
— Rozwiodłem się z tobą coprawda, ale to się naprawi — ciągnął dalej — pójdziemy do kadiego[4] i...
Umilkł nagle, jakby rażony piorunem; przypomniał sobie, że życie jego wisi na włosku, że przed chwilą jeszcze sam błagał, aby położono kres jego męczarniom. — Zadrżał; śmiertelna bladość pokryła mu oblicze.
— O najmiłosierniejszy Allahu, koniec wszystkiemu! — biadał. — Okup krwi! Okup! Zapłacę! Teraz nie mogę umrzeć; nie chcę!
— A jednak zginiesz! Krew za krew! — odpowiedział Omar.
Wziąłem z rąk ojca chłopczyka o błękitnych oczach i podałem Omarowi:
— Maleństwo wstawia się za złoczyńcą; to jego ojciec! Dwukrotnie przysiągłeś na Allaha, że uszczęśliwisz rodziców chłopca, jeśli tylko będzie to w twojej mocy. Pamiętaj o tem!
Chłopczyk objął szyję Omara rączkami i wtulił twarzyczkę w jego brodę. Omar, ten sam Omar, który przed chwilą gotów był zabić jego ojca, odwrócił się i zniknął z dzieckiem w ciemnościach nocy. Teraz nastąpiła naprężona cisza. Szeik skorzystał z niej, by spytać żonę, w jaki sposób odzyskała stracone dziecko. Zamiast odpowiedzi, wskazała niemym gestem na mnie. Opowiedziałem mu wszystko.
— Tamten człowiek go znalazł, mściciel krwi! Krewny zamordowanego przez nas! — zawołał Abd el Birr. — O Allah! Jak, ciężko mnie za ten czyn pokarałeś!
Omar powrócił; usłyszał ostatnie zdanie i twarz jego przybrała dziwnie łagodny wyraz. Oddał szeikowi chłopca i rzekł melancholijnie:
— Nie żądam twej śmierci, wystarczy mi okup... Podziękuj temu dziecku, które zabrało moja duszę! — wykrztusił, łkając prawie. — Wojownicy Haddedinów nie wzgardzą mną chyba!
Podałem mu rękę i uspokoiłem go.
— Nigdy jeszcze nie postąpiłeś tak wzniośle i szlachetnie, jak w tej chwili, gdy przezwyciężyłeś siebie! Powiedz twoim, że ja — emir Kara ben Nemzi — jestem tego zdania. Któż sądzi inaczej? — A teraz naznacz okup!
— Okup będzie wynosił tyle, ile zapłacił Abd el Mottaleb, dziadek proroka; — sto wielbłądów!
— To mój cały majątek! — zawołał szeik. — Nic mi nie pozostanie, zupełnie nic; obracasz mnie w żebraka. Lecz będziesz go miał! Zabieraj wszystko! — Pozostanie mi wszak największy skarb — dziecko i żona, dla których odtąd żyć będę! Nie moja jednak ręka zamordowała twego krewniaka; zabójcę zastrzeliłeś owej nocy, gdy zamierzaliśmy was napaść na drodze do wadi Baszam!
— Sprawa więc ułagodzona; jesteście wolni! — oświadczyłem.
Rozwiązaliśmy ludzi szeika. Abd el Birr nie mógł tutaj pozostać ze złamaną nogą; szech el Beled oświadczył, że udzieli z chęcią gościny rannemu, żonie jego i dziecku, a nawet i mnie zaprosił. Przysięgał wraz z resztą naszych dotychczasowych wrogów, zaklinał się na wszystkie świętości, że nie zamyślają nic złego; uważają nas za swych braci i przyjaciół i będą bronić przed wrogiem. Pociągnęliśmy więc jako goście całego duaru. —
Przybywszy do Rakmatan, udaliśmy się do chaty szecha; przewiązałem nogę szeikowi; złamanie nie było skomplikowane. Na drugi dzień chory czuł się tak dobrze, że zawołał kadiego, by ponownie zaślubić odtrąconą żonę. Gdybym nie był chrześcijaninem, dostąpiłbym zaszczytu drużby; Omar mnie wyręczył. Poczciwiec, był tak wzruszony, że po ceremonji odezwał się do powtórnego nowożeńca:
— Ofiaruję ci prezent ślubny, którego nie powinieneś odrzucać; jestem świadkiem waszego szczęścia i nie pozwolę, aby zdusiła je nędza. Wyrzekam się okupu; daję go twemu synkowi! Niech was Allach błogosławi!
Szeik ze wzruszenia nie mógł wydobyć głosu; Zarka również milczała; błękitne jej oczy zalane były łzami; — po niej to odziedziczył synek te piękne, jedyne może w całej Arabji, źrenice. —
Cóż mógł teraz uczynić szeik po tym nowym dowodzie wspaniałomyślności Omara? — Przynajmniej wyrzec się wszelkiej myśli o zemście. Rzecz dziwna, jak po chrześcijańsku postępowano w tym domu, leżącym na drodze pielgrzymek do Mekki, gdzie fanatyzm święcił swe dzikie orgje! —
Pozostaliśmy około trzech tygodni jako goście w Rakmatan; przez cały czas naszego pobytu nie ośmielił się nikt obrzucić mnie słowem zelżywem. Prawdziwa miłość zwycięża zawsze nawet nieprzebłaganą, najbardziej zaciętą nienawiść. — Odzyskałem strzelby, a Haddedinom zwrócono pieniądze, zrabowane Mesudowi w Kubbet el islam. — —



Przypisy

  1. Wyrazy powitania.
  2. Cmentarz.
  3. Latarnie papierowe.
  4. Kadi-sędzia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.