Z puszczy Białowieskiej (Dyakowski)/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bohdan Dyakowski
Tytuł Z puszczy Białowieskiej
Wydawca Redakcya „Przyjaciela dzieci“
Data wydania 1908
Drukarz Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
I.
Rozchwiane projekty wakacyjne. Do Białowieży!

Julek błąkał się po parku Ujazdowskim w dość kwaśnym humorze: wczoraj wprawdzie skończyły się już lekcye i zaczęły wakacye, jest wolny, jak ptak, ale cóż z tego? Za parę dni pojedzie do Ciechocinka, który zna już od tylu lat i który przecie jest ostatecznie miastem, kiedy jemu, Julkowi, chce się na lato wsi prawdziwej, powietrza, łąk i lasów.
Był nawet projekt wyjazdu do Zakopanego, nadzieja wycieczek w góry, robienia nowych zbiorów przyrodniczych. Ale ten niegodziwy doktór uparł się, że dla Andzi są koniecznie potrzebne „solanki“ i przez to on Julek, uczeń obecnie już piątej klasy, będzie musiał znów spędzić lato w Ciechocinku i bawić się, jak mały bęben w piasku! brr! brr!
— Czemuż to tłuczesz się po parku z taką miną, jak gdybyś miał jutro zdawać poprawkę u szewca? — zapytał go nagle wesoły głos, i przed Julkiem stanął średniego wzrostu, szczupły i bladawy chłopak, kolega z tej samej ławy.
— Ach, Kazik, wolałbym dziesięć poprawek u szewca, z jego wiecznem nudzeniem, że kreska w ułamku za ukośna, ze czwórka podobna jest do jedynki, że on nie jest Duch święty i nie może odgadnąć, co ja myślę, — wszystkobym to wolał, bylebym tylko mógł nie jechać do Ciechocinka.
— Wybieraliście się przecież do Zakopanego?
— Tak, tak, wybieraliśmy i bylibyśmy pojechali, żeby nie ten mądry doktor. Andzia zdrowa jak ryba, tylko trochę mizerna i niema apetytu, a on znalazł w niej jakieś skrofuły, jakieś gruczoły i chce koniecznie, żebyśmy jechali do Ciechocinka, bo Andzia musi się moczyć w soli. Sam wymoknięty, jak śledź i chciałby cały świat moczyć w soli i marynować. I zato ja muszę tam również jechać. Co ja tam będę robił? pytał Julek żałośnie.
— To jedź z nami do Białowieży?
— Alboż to tam ludzie jeżdżą na lato?
— Wszędzie można pojechać. Ale my nie jedziemy na całe lato, tylko robimy kilkodniową wycieczkę z Jankiem, wiesz, moim bratem.
— Z Jankiem, taki znakomity przyrodnik. Tożbyśmy różne zioła mogli zbierać!
— Jedzie jeszcze Józik.
— E!.. taki fanfaron.
— Fanfaron, nie fanfaron, a ma aparat fotograficzny, będzie więc można zdejmować ładniejsze widoki. Jedź z nami na czwartego: przydasz się Jankowi na pomocnika w robieniu zbiorów przyrodniczych, bo ja, jak wiesz, nie bardzo lubię zbierać te motyle, chrząszcze i inne gady lub badyle. Janek nawet wspominał o tobie, aleśmy myśleli, że jedziesz do Zakopanego.
— Wiem, wiem, żeś ty mól książkowy: w sam raz do namoczenia z naszym kochanym doktorem w soli! Ale kiedy już nie mogę jechać do Zakopanego, wybrałbym się z wami do tej Białowieży, zwłaszcza, że Janek będzie. Tylko czy rodzice się zgodzą?..
— Kupić nie kupić — potargować można. Chodźmy najpierw do Janka i przez niego poprosimy rodziców.
— A co? — uczony historyk, — zaraz się wziął do dyplomacyi. My, przyrodnicy, nie umiemy tak kołować, ale może to racya: chodźmy do Janka!
Pomysł uczonego historyka okazał się jednakże bardzo dobrym.
Janek, dwudziestoletni słuchacz wydziału przyrodniczego, cieszył się wielkiem uznaniem rodziców Julka, którzy tem chętniej zgodzili się na tę wycieczkę, a pewni byli dobrej opieki, skoro Janek nią kierował.
Przygotowania do drogi nie zajęły zbyt dużo czasu.
— Nie jedziemy na bal, lecz na wycieczkę, nie potrzebujemy więc stroić się, weźmiemy tylko to, co jest koniecznie potrzebne, — mówił Janek.
Chłopcy zastosowali się do tego. Każdy przygotował sobie tłómoczek ręczny, złożony z peleryny, bielizny na zmianę i drugiej pary butów od przypadku.
Najwięcej kłopotu było z rynsztunkiem przyrodniczym, bo Julek nie mógł się zdecydować na to, czy miał być na wycieczce botanikiem, czy też zoologiem, obciążać się zaś i teczką zielnikową i puszką na owady wraz z siatką było za dużo na jednego.
Kazio jednak usunął tę trudność, zgadzając się być na ten raz przyrodnikiem, a czy zoologiem czy botanikiem, to mi już wszystko jedno — dodał: bylebyś mi nie kazał dźwigać żubra, nakłutego na szpilkę albo zasuszonego okazu Baublisa, na resztę się zgadzam.
— Więc bądź tymczasem botanikiem: zobaczysz, że jeszcze rzucisz historyę i literaturę, a zostaniesz przyrodnikiem.
Na drugi dzień wieczorem cała gromadka wycieczkowiczów zebrana już była na dworcu petersburskim, na Białystok bowiem prowadziła najkrótsza droga do Białowieży, tędy więc miano jechać.
Dziarskie miny, tłómoczki na plecach, teczki z bibułą lub puszki z boku peleryny, zarzucone z fantazyą, nogi młode i zdrowe — czegóż więcej potrzeba do wycieczki? Bo i aparat fotograficzny kołysał się wdzięcznie, na przerzucony przez ramię Józia, który za to nie miał już żadnych puszek, ani zielników.
— Trzy tuziny klisz kupiłem! — mówił z dumą.
— Za mało, stanowczo za mało na takiego fotografa, co tuzin klisz zepsuje, zanim mu się jedna uda! — wtrącił złośliwie Julek.
— Jeszczem ani jednej nie zepsuł.
— Bo masz od wczoraj aparat.
— No, no, będziesz mię jeszcze prosił, żebym Ci obfotografował jakieś piękne drzewo albo jakiego żubra lub tura.
— Obejdzie się cygańskie wesele bez marcepana.
— A tura, to już napewno nie będziesz fotografował, bo ich nie tylko niema w Białowieży, ale i nigdzie na świecie.
— Ho! ho! ho! a ten, co to z nim walczył Ursus w „Quo Vadis“ Sienkiewicza, to nie był tur?
— Najpierw, że był żubr, a nie tur, a następnie wtedy były jeszcze i prawdziwe tury, ale przecie my nie żyjemy w tych czasach.
Józio jednak nie chciał dać ze wygraną i szukał dalej dowodów w literaturze:
— A przecie i Mickiewicz pisał, że są tury, pamiętacie, tam, gdzie to mówi w „Panu Tadeuszu“ o cesarzach puszczy...
— Może o imperatorach?..
— Przecie to wszystko jedno.
— Nawet cesarz lepiej po polsku, prawda?
— Et, nie nudź! A lepiej przypomnij, bo mi się po głowie niewyraźnie kręci, jak to wylicza te różne zwierzęta: tur, żubr...
— Bóbr... dodał Julek.
Spór ciągnąłby się dalej, ale wtem dał się słyszeć dzwonek, i wszyscy pośpieszyli zająć miejsca w wagonach. Ciasno było porządnie, ale podróżni nasi nie posiadali zbyt dużo pakunków i sami tez nie odznaczali się tuszą, ulokowano się więc jako tako i ruszono w drogę.
Systematyczny Kazio wywlókł sprawę turów i żubrów przed sąd Janka, który przyznał mu słuszność i potwierdził, że turów istotnie niema już w puszczy Białowieskiej, wyginęły bowiem oddawna; ostatniem zaś miejscem, gdzie się znajdowały, była nie Białowieża, lecz puszcza Jaktorowska na Mazowszu. Tam dochowały się tury najdłużej, bo ostatni zginął w r. 1627.
— I postacią różniły się wybitnie te zwierzęta między sobą: tury były zupełnie podobne do naszych wołów dzisiejszych, tylko większe i okazalsze, z olbrzymimi rogami. Żubry zaś mają nadzwyczaj charakterystyczną silnie rozwiniętą przednią część ciała, kark, jakby garbaty, kudłatą grzywę, i brodę. Zobaczymy je zresztą wkrótce, dodał Janek.
Na tem rozmowa się urwała. Pomimo twardych ławek i siedzącej pozycyi, chłopcy zasnęli wkrótce, kiwając się i kołysząc na wszystkie strony.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bohdan Dyakowski.