Z „Ojca Goriot“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Honoriusz Balzac
Tytuł Z „Ojca Goriot“
Pochodzenie Antologja literatury francuskiej / Balzac
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Całość jako: Pobierz cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
„Z OJCA GORIOT“[1].
(Rastignac, młodzieniec z arystokratycznej rodziny ale biedny, pędzi studencki żywot w nader skromnym pensjonacie na przedmieściu Paryża. Sąsiadem jego przy stole jest niejaki Vautrin, niebezpieczny galernik, romantyczny demon zbrodni, ukrywający się przed policją pod postacią spokojnego mieszczanina. W chwili gdy Rastignac, zetknąwszy się ze światem paryskiego zbytku i pokusy, przebywa niebezpieczny moment swego życia. Vautrin, głęboki znawca serc ludzkich, zamierza pozyskać dla siebie tę ofiarę).

...Pobiją się, rzekła panna Michonneau obojętnie.
— Będą się bić! powtórzył Poiret.
— Ale nie, odparła pani Vauquer, gładząc słupek talarów.
— O, o, są tam, idą pod lipy, krzyknęła Wiktoryna, wstając i patrząc w ogród. A przecież ten biedny pan Eugenjusz nic nie zawinił!
— Chodźmy do siebie, dziecko, rzekła pani Couture; te sprawy nas nie obchodzą.
Skoro pani Couture i Wiktoryna wstały aby odejść, spotkały w drzwiach grubą Sylwję, która im zagrodziła drogę.
— Co się nie dzieje, rzekła. Pan Vautrin powiedział panu Eugenjuszowi: „Chodźmy pogadać trochę!“ Poczem, ujął go za ramię i chodzą ot tam, po ogrodzie.
W tej chwili zjawił się Vautrin.
— Mamo Vauquer, rzekł z uśmiechem, niech się pani nie przeraża, chcę, pod lipami, wypróbować pistolety.
— Och! panie, rzekła Wiktoryna składając ręce, czemu pan chce zabić pana Eugenjusza?
— Nowa historja, rzekł drwiącym tonem, który przyprawił o rumieniec biedną dziewczynę. Milusi chłoptaś z niego, nieprawdaż? dodał. Poddałaś mi myśl. Uszczęśliwię was oboje, ślicznotko.
Pani Couture ujęła wychowanicę za rękę i pociągnęła ją mówiąc do ucha:
— Ależ, Wikciu, niepojęta jesteś dziś rano.
— Nie życzę sobie strzelaniny w domu, rzekła pani Vauquer. Co panu w głowie, żeby przerażać całe sąsiedztwo i sprowadzić jeszcze policję?
— No, no, spokojnie, mamo Vauquer, odparł Vautrin. Dobrze już, dobrze, pójdziemy do strzelnicy.
Wrócił do Rastignaka, którego ujął poufale pod ramię.
— Gdybym panu udowodnił, że, na trzydzieści pięć kroków, pakuję pięć razy z rzędu kulę w pikowego asa, toby panu nie odjęło odwagi. Wydajesz mi się cokolwiek krewki; dałbyś się zastrzelić jak głupiec.
— Cofa się pan, rzekł Eugenjusz.
— Nie drażnij mnie, młodzieńcze, odparł Vautrin. Nie jest zimno dziś rano, siądźmy sobie, rzekł wskazując pomalowaną na zielono ławeczkę. Tam nikt nas nie usłyszy. Mam z panem do pomówienia. Jesteś dobry chłopczyna, któremu nie życzę nic złego. Lubię cię młodzieńcze, słowo Ołży... (kroćset bomb!), słowo Vautrina. Dlaczego cię lubię, zaraz powiem. Tymczasem, znam cię tak dobrze, jakgdybym był twoim ojcem i zaraz ci tego dowiodę. Złóż pan tu swoje worki, rzekł wskazując okrągły stół.
Rastignac położył pieniądze na stole i usiadł, wiedziony palącą ciekawością, jaką rozbudziła w nim nagła zmiana w obejściu tego człowieka, który, po uprzednich pogróżkach, występował teraz w roli jego protektora.
— Radbyś wiedzieć kto jestem, com robił, albo co robię, ciągnął Vautrin. Jesteś nadto ciekawy, mój chłopczyku. No, no, spokojnie. Usłyszysz lepsze rzeczy! Miałem nieszczęścia. Wysłuchaj najpierw, odpowiesz potem. Oto moje poprzednie życie w dwóch słowach. Kto jestem? Vautrin. Co robię? Co mi się podoba. Mniejsza. Chcesz poznać mój charakter? Jestem dobry z tymi którzy mi czynią dobrze, lub których serce odpowiada memu. Tym wszystko wolno, mogą mi deptać po odciskach, bez obawy abym im rzekł: Strzeż się! Ale, do stu kaduków! jestem zły jak djabeł z ludźmi którzy mi dokuczają lub którzy mi są niemili. I nie od rzeczy będzie pouczyć cię, że zabić człowieka, to dla mnie, ot, tyle! rzekł spluwając na kilka kroków. Tylko, kiedy już koniecznie trzeba, dokładam starań aby zabić schludnie. Jestem tem, co nazywacie artysta. Czytałem, jak mnie tu widzisz, Pamiętniki Benwenuta Celliniego, i to w oryginale! Nauczyłem się od tego człowieka — tęgi kawał hultaja! — naśladować Opatrzność, która nas zabija na prawo i lewo, i kochać piękno wszędzie gdzie się znajduje. Czyż to nie jest zresztą ładna partja do rozegrania, znaleźć się samemu przeciw wszystkim i być górą? Zastanowiłem się dobrze nad obecnym ustrojem waszego nieładu społecznego. Mój mały, pojedynek to igraszka dla dzieci, błazeństwo. Kiedy, z dwóch żywych ludzi, jeden musi zniknąć, trzeba być głupcem aby się spuszczać na los. Pojedynek? orzeł czy reszka, ot, co! Pakuję pięć kul z rzędu w asa pikowego, jedna na drugą, i to o trzydzieści pięć kroków! Kto posiada ten skromny talencik, może się spodziewać że sprzątnie człowieka. I ot, strzelałem się z kimś na dwadzieścia kroków i chybiłem. Hultaj w życiu nie miał w ręku pistoletu. Ot, patrz! rzekł ten niezwykły człowiek rozpinając kamizelkę i pokazując pierś kosmatą jak grzbiet niedźwiedzia, i porośniętą płową szczecią która budziła uczucie wstrętu połączonego z grozą, ten smarkacz osmalił mi sierć, dodał kładąc palec Rastignaka na dziurze którą miał w piersi. Ale, w owym czasie, byłem dzieckiem, byłem w twoim wieku, dwadzieścia jeden lat! Wierzyłem jeszcze w coś, w miłość kobiety, w całą pakę głupstw, w których ty się jeszcze babrzesz. Bilibyśmy się, nieprawdaż? Mógłbyś mnie zabić. Przypuściwszy że ja znalazłbym się pod ziemią, cóż z tobą? Trzebaby zmykać, jechać do Szwajcarji, przejadać talary papusia, który ich nie ma do zbytku. Otóż, ja ci objaśnię położenie w jakiem się znajdujesz; ale uczynię to z wysokości człowieka, który, rozpatrzywszy się na tym ziemskim padole, ujrzał iż są jedynie dwie możliwe drogi: albo głupie posłuszeństwo, albo bunt. Ja nie słucham nikogo i niczego, czy to jasne? Czy wiesz, ile ci trzeba, przy tempie które wziąłeś? Miljon, i to szybko; inaczej, przy naszej gorącej główce, możemy znaleźć się na dnie Sekwany, pytać o drogę do Pana nad Pany. Ten miljon ja ci dam.
Uczynił pauzę, patrząc na Eugenjusza.
— Ha, ha! lepszem już okiem patrzysz na ojczulka Vautrin. Słysząc to słowo, jesteś jak młoda dziewczyna, której powiedziano: „Dziś wieczór“, i która się stroi oblizując się jak kotek przy mleku. Doskonale. A zatem, porozumiejmy się. Oto twój bilans, młodzieńcze. Posiadamy, tam na wsi, papę, mamę, cioteczną babcię, dwie siostry (ośmnaście i siedmnaście lat), dwóch małych braci (piętnaście i jedenaście) oto inwentarz. Ciotka wychowuje panny. Proboszcz udziela łaciny braciom. Rodzina zjada więcej kasztanów niż chleba, papa oszczędza spodnie, mama sprawia jedną suknię w zimie a jedną w lecie, siostry łatają jak mogą. Wiem, wiem, bywałem na Południu. Tym trybem idą rzeczy u was, skoro ci posyłają tysiąc dwieście franków, folwarczek zaś przynosi ledwo trzy tysiące. Trzymamy kucharkę i służącego, trzeba zachować decorum, papa jest baronem! Co do nas, jesteśmy ambitni, spokrewnieni jesteśmy z Beauséantami a chodzimy piechotą; chce nam się majątku a nie mamy szeląga, jadamy frykanda mamy Vauquer a smakowałyby nam proszone obiadki, sypiamy na tapczanie a chcielibyśmy pałacu! Nie potępiam twoich chęci. Mieć ambicję, serdeńko, to nie każdemu jest dane. Spytaj się kobiet, jakich mężczyzn szukają: ambitnych. Ambitni mają lędźwie bardziej krzepkie, krew bogatszą w żelazo, serce gorętsze niż serce innych ludzi. A kobieta czuje się tak szczęśliwa i tak piękna w godzinach w których jest silna, że nad wszystkich przekłada tego, który ma olbrzymią siłę, choćby jej groziło niebezpieczeństwo, że ta siła ją złamie. Sporządzam inwentarz twoich pragnień, nim postawię ci pytanie. A to pytanie brzmi następująco: Mamy wilczy apetyt, ostre ząbki, w jaki sposób weźmiemy się do rzeczy aby napełnić miskę? Mamy najpierw do schrupania kodeks: to nie jest zabawne i nie uczy niczego; ale trzeba. Niech będzie. Zdajemy egzamin adwokacki aby zostać sędzią karnym, wysyłać nieboraków więcej wartych od nas na galery, z piętnem na ramieniu, dla dowiedzenia bogaczom że mogą spać spokojnie. To nie wesołe, a przytem djablo długie. Najpierw, dwa lata obkuwania w Paryżu, przyglądania się na czczo ananasom, na które idzie nam ślinka. To męczące, wciąż pragnąć, nigdy nie mogąc się nasycić. Gdybyś był chłopczykiem bladym, z familji mięczaków, nie potrzebowałbyś się niczego obawiać; ale my mamy gorącą krew lwa i apetyt zdolny przyprawić o dwadzieścia głupstw na dzień. Strawisz się tedy w tej męczarni, najokropniejszej ze wszystkich jakie nam pokazano w piekle dobrego Boga. Przypuśćmy, że będziesz rozsądny, że będziesz pił mleko i układał elegje: trzeba ci będzie, przy twej bujnej krwi, zacząć, po wielu przykrościach i prywacjach które psaby przyprawiły o wściekliznę, od tego, iż zostaniesz substytutem jakiegoś ciury, w zapadłej dziurze, gdzie rząd ciśnie ci tysiąc franków lafy, tak jak się stawia miskę zupy psu rzeźnika. Naszczekuj za złodziejami, pieniaj się za bogacza, wysyłaj na gilotynę tęgich zuchów. Moje uszanowanie! Jeśli nie będziesz miał protekcji, zgnijesz w trybunale na prowincji. Około trzydziestego roku, będziesz sędzią z tysiącem dwustoma frankami na rok, jeżeli, do tego czasu, nie śmigniesz togą o sosnę. Skoro dojdziesz czterdziestki, ożenisz się z córką młynarza, posiadającą jakieś sześć tysięcy franków renty. Padam do nóżek. Miej protekcje, będziesz prokuratorem w trzydziestym roku z tysiącem talarów płacy i ożenisz się z córką mera. Jeżeli popełnisz parę politycznych podłostek, jak naprzykład, wyczytać na kartce wyborczej: Villèle, zamiast Manuel (rymuje, to uspokaja sumienie), będziesz w czterdziestym roku prezydentem sądu i możesz zostać posłem. Uważ, drogie dziecko, iż popełniliśmy małe kompromisy z sumieniem, wytrzymaliśmy dwadzieścia lat nudy, tajonych udręczeń, i że siostrzyczki zwiędły tymczasem w staropanieństwie. Mam zaszczyt również zwrócić uwagę, że jest we Francji tylko dwudziestu prezydentów sądu, a jest was dwadzieścia tysięcy kandydatów, między którymi znajdują się chwaty gotowe sprzedać własną rodzinę aby się wspiąć o jeden szczebel. Jeżeli to rzemiosło cię mierzi, przyjrzymy się czemu innemu. Pan baron de Rastignac chce zostać obrońcą? Och! ślicznie. Trzeba się szamotać dziesięć lat, wydawać tysiąc franków miesięcznie, mieć bibljotekę, gabinet, bywać w świecie, całować togi adwokatów aby dostać sprawę, zamiatać trybunał własnym językiem. Gdyby ten fach prowadził do czegoś, nie mówiłbym ani słowa: ale pokaż mi w Paryżu pięciu obrońców, którzy, w pięćdziesiątym roku, zarabiają ponad pięćdziesiąt tysięcy rocznie? Ba! nimbym miał wydać duszę na takie spodlenia, wolałbym raczej zostać korsarzem. Zresztą, skąd wziąć pieniędzy? Wszystko to nie jest wesołe. Chcesz się żenić? to znaczy uwiązać sobie kamień u szyi; przytem, jeśli się ożenisz dla pieniędzy, cóż się stanie z naszem poczuciem honoru, szlachectwem? Raczej zacząć zaraz dziś bunt przeciw ludzkim konwencjom. Toby było nic płaszczyć się jak pluskwa przed żoną, lizać nogi teściowej, popełniać nikczemności zdolne przyprawić świnię o wymioty, puach! gdybyś przynajmniej znalazł w tem szczęście. Ale z kobietą, którą zaślubisz w ten sposób, będziesz nieszczęśliwy jak kamień w zlewie. Lepiej już wojować z mężczyznami, niż walczyć z własną żoną. Oto rozstajne drogi, młodzieńcze, wybieraj. Już wybrałeś: poszedłeś z wizytą do kuzyna de Beauséant i powąchałeś zbytek. Poszedłeś do pani de Restaud, i zwąchałeś paryżankę. Tego dnia wróciłeś, mając wypisane na czole jedno słowo, które łatwo mi było wyczytać: Dobić się! Dobić się za wszelką cenę. „Brawo! pomyślałem sobie, ten zuch mi się podoba“. Trzeba ci było pieniędzy. Skąd wziąć? Upuściłeś krwi siostrom. Wszyscy bracia doją, mniej albo więcej, siostry. Twoje tysiąc pięćset franków, wyrwane, Bóg wie jak! w kraju gdzie rośnie więcej kasztanów niż srebrnych talarów, rozlezą się jak stado maruderów. A potem, cóż poczniesz? będziesz pracował? Praca, pojęta jak ty ją pojmujesz w tej chwili, daje, na stare lata, apartament u mamy Vauquer, dla chwatów w typie Poireta. Szybkie zdobycie fortuny, to problem jaki sobie stawia w tej chwili pięćdziesiąt tysięcy młodych ludzi znajdujących się w twojem położeniu. Jesteś jednostką tej liczby. Osądź, jakie wysiłki cię czekają i jak zacięta będzie walka. Musicie się pozjadać wzajem, niby pająki w garnku, zważywszy że niema pięćdziesięciu tysięcy dobrych posad. Czy wiesz, jak się tu dochodzi? Błyskiem genjuszu, albo też zręcznością zepsucia. Trzeba wejść w tę masę ludzi jak kula armatnia, albo wślizgnąć się między nich jak zaraza. Uczciwość nie zda się na nic. Ludzie uginają się pod władzą genjuszu, nienawidzą go, starają się go spotwarzyć, ponieważ bierze bez podziału; ale uginają się przed nim jeżeli wytrwa; jednem słowem, świat ubóstwia go na kolanach, o ile go nie zdołał zagrzebać w błocie. Zepsucia jest w bród, talent jest rzadki. Dlatego zepsucie jest bronią miernoty, której jest pełno, i wszędzie uczujesz jego ostrze. Ujrzysz kobiety, których mężowie mają, całej parady, sześć tysięcy płacy, a które wydają więcej niż dziesięć tysięcy na stroje. Ujrzysz urzędników po tysiąc dwieście franków pensji, kupujących majątki. Ujrzysz, jak kobiety się prostytuują, aby się pokazać w powozie syna para Francji, który może jechać w Longchamps środkową aleją. Widziałeś, jak ten biedny fujara, ojciec Goriot, zmuszony był zapłacić weksel poręczony przez córkę, której mąż ma pięćdziesiąt tysięcy franków renty. Wyzywam cię, abyś spróbował zrobić dwa kroki w Paryżu, nie natykając się na piekielne machinacje. Stawiłbym w zakład głowę przeciw tej główce sałaty, że wpakujesz się w pasztet przy pierwszej kobiecie która ci się spodoba, choćby była bogata, młoda i ładna. Wszystkie są omotane przez prawa, w wojnie z mężami dla tej czy owej przyczyny. Nie skończyłbym nigdy, gdyby ci trzeba było tłómaczyć handle jakie czynią dla kochanka, dla szmatek, dla dzieci, dla domu lub dla próżności, rzadko przez cnotę, możesz być pewny. Toteż, uczciwy człowiek jest wrogiem wszystkich. Ale, jak myślisz, kto jest uczciwym człowiekiem? W Paryżu, uczciwy człowiek, to ten, który milczy i nie chce iść do działu. Nie mówię o tych biednych helotach, którzy dźwigają wszędzie mozoły, nigdy nie wynagrodzeni za swoją pracę i których nazywam arcybractwem pantofli bożych. Zapewne, jest tam cnota w całym kwiecie swej głupoty, ale tam jest także nędza. Widzę stąd kwaśną minę tych zacnych ludzi, gdyby Bóg sobie pozwolił na ten lichy koncept i nie pojawił się na sądzie ostatecznym. Jeżeli chcesz tedy rychło dojść do fortuny, trzeba już być bogatym albo bogatego udawać. Aby się tu wzbogacić, trzeba jechać całą parą; inaczej, najniższy sługa! Jeżeli, w stu zawodach których się możesz chwycić, zdarzy się dziesięciu ludzi którym się szybko powiedzie, publiczność nazywa ich złodziejami. Wyciągnij konkluzje. Oto życie, takie jakiem jest. Nie jestto ładniejsze niż kuchnia: tak samo cuchnie, i trzeba sobie powalać ręce, jeżeli się chce pitrasić; umiej tylko dobrze się opłukać: w tem cała moralność naszej epoki. Jeżeli mówię tak o świecie, dał mi do tego prawo, znam go. Myślisz, że go potępiam? Wcale nie. Zawsze był taki. Moraliści nie zmienią go nigdy. Człowiek nie jest doskonały. Jest niekiedy bardziej albo mniej obłudny; głupcy powiadają wówczas, że jest moralny albo niemoralny. Nie obwiniam bogatych w imię ludu: człowiek jest ten sam u góry, w dole, w środku. Znajdzie się, na każdy miljon tego ulepszonego bydła, dziesięciu chwatów, którzy się stawiają powyżej wszystkiego, nawet praw; ja należę do nich. Ty, jeżeli jesteś człowiekiem wyższym, idź do celu prosto i z podniesioną głową. Ale trzeba będzie walczyć przeciw zawiści, oszczerstwu, miernocie, przeciw całemu światu. Napoleon spotkał ministra wojny, nazwiskiem Aubry, który omal nie wysłał go do kolonij. Wejdź w siebie! Zastanów się, czy zdołasz budzić się co rano z większą sumą woli niżeli miałeś jej w wilję. Wszystko to wziąwszy pod rozwagę, uczynię ci propozycję, którejby nikt nie odrzucił. Posłuchaj dobrze. Ja, widzisz, mam pewną myśl. Marzeniem mojem jest pędzić życie patrjarchalne wśród wielkiej przestrzeni, jakieś sto tysięcy morgów, naprzykład w Stanach Zjednoczonych, na Południu. Chcę zostać plantatorem, mieć niewolników, zarobić parę ładnych miljonów sprzedając woły, tytoń, lasy, żyjąc jak udzielny monarcha, robiąc co mi się podoba, prowadząc życie którego nikt nie pojmuje tutaj, gdzie ludzie zagrzebują się w norach z tynku. Ja jestem wielkim poetą. Nie piszę swoich poezyj: mieszczą się w czynach i uczuciach. W tej chwili, posiadam pięćdziesiąt tysięcy franków, któreby mi dały ledwie pięćdziesięciu murzynów. Trzeba mi dwustu tysięcy franków, ponieważ chcę mieć dwustu czarnych, aby zadość uczynić swoim upodobaniom do patrjarchalnego życia. Murzyni, widzisz, to nowonarodzone dzieci, z któremi robi się co się chce, i żaden wścibski prokurator nie przyjdzie żądać z nich rachunku. Z tym czarnym kapitałem, w dziesięć lat, będę miał trzy albo cztery miljony. Jeżeli mi się powiedzie, nikt się nie spyta: „Kto jesteś?“ Będę pan Cztery Miljony, obywatel Stanów Zjednoczonych. Będę miał pięćdziesiąt lat, nie będę jeszcze strupieszały, użyję sobie życia na swój sposób. W dwóch słowach, jeżeli ci dostarczę posagu w wysokości miljona, czy dasz mi dwieście tysięcy franków? Dwadzieścia od sta komisowego, hę? czy to nie za drogo? Rozkochasz w sobie młodą żonkę. Raz będąc po ślubie, zdradzisz niepokój, zgryzoty, będziesz udawał smutnego przez dwa tygodnie. Pewnej nocy, po paru takich scenkach, przyznasz się żonie, między dwoma pocałunkami, do dwustu tysięcy długów, mówiąc do niej: „Mój aniele!“ Wodewil ten odgrywają codziennie najbardziej dystyngowani młodzi ludzie. Kobieta nie odmawia sakiewki temu, który zdobył jej serce. Myślisz, że stracisz na tem? Nie. Znajdziesz sposób odbicia swoich dwustu tysięcy franków w jakim interesie. Mając kapitał, i przy twoim sprycie, zrobisz pieniędzy ile sam zapragniesz. Ergo, zapewnisz, w ciągu pół roku, szczęście własne, szczęście miłej kobietki, a wreszcie i papy Vautrin, nie licząc swej rodziny, która, w zimie, chucha w palce, dla braku drzewa na opał. Nie dziw się ani temu co ofiaruję, ani temu o co cię proszę! Na sześćdziesiąt świetnych małżeństw w Paryżu, czterdzieści siedm odbywa się na zasadzie podobnych targów. Izba notarjalna zmusiła pana...
— Co trzeba uczynić? rzekł chciwie Eugenjusz, przerywając Vautrinowi.
— Prawie nic, odparł ten człowiek, czyniąc mimowolny ruch radości, podobny do niemego okrzyku rybaka, który czuje rybę na końcu wędki. Słuchaj mnie dobrze! Serce biednej dziewczyny, nieszczęśliwej i ubogiej, jest gąbką najbardziej chciwą wilgoci miłosnej, suchą gąbką która pęcznieje natychmiast, skoro tylko padnie na nią kropla uczucia. Umizgać się do młodej osoby którą się spotka w warunkach samotności, rozpaczy i ubóstwa, kiedy nie przeczuwa w niczem swej przyszłej fortuny! ba! to znaczy mieć cztery tuzy w ręku, to znaczy znać numery na loterji, znaczy grać na rentę na podstawie pewnych wiadomości. Zbudujesz na tęgich palach niezniszczalne małżeństwo. Niech spadną na młodą dziewczynę miljony, rzuci ci je do stóp, jakby to były kamyki. „Bierz ukochany! Bierz, Adolfie! Bierz, Alfredzie! Bierz, Eugenjuszu!“ powie, jeżeli Adolf, Alfred lub Eugenjusz miał ten spryt, aby się dla niej poświęcić. Poświęceniem np. nazywam sprzedać stare ubranie, aby iść pod Niebieski kompas zjeść razem omlet z grzybkami; stamtąd, wieczorem, do jakiego teatrzyku; zastawić zegarek w lombardzie aby jej ofiarować szal. Nie mówię ci o gryzmołach miłosnych, ani o tych błazeństwach na które kobiety są tak łase; jak naprzykład, rozlać krople wody na papier w postaci łez kiedy jesteś zdala od niej: wyglądasz mi na chłopca, który doskonale się rozumie na gwarze serdecznej. Paryż, widzisz chłopcze, jest niby las Nowego Świata, gdzie porusza się dwadzieścia dzikich plemion, Illinoisi, Huronowie, żyjący z produktu jaki dają rozmaite klasy społeczne; ty jesteś łowcą miljonów. Aby je chwycić, używasz podstępów, zasadzek, przynęt. Są rozmaite rodzaje łowów. Jedni polują na posag; inni na bankructwo, ci łowią sumienia, tamci sprzedają swoich abonentów niby stado baranów. Tego, kto wraca z dobrze napełnioną ładownicą, dobre towarzystwo wita, fetuje, przyjmuje. Oddajmy sprawiedliwość tej gościnnej ziemi, masz do czynienia z najbardziej wyrozumiałem miastem jakie istnieje na świecie. O ile dumne arystokracje innych stolic Europy wzdragają się przyjąć w swoje szeregi bezecnego milionera, Paryż wyciąga doń ramiona, pędzi na jego uczty, zajada obiady i trąca kieliszek z jego bezeceństwem.
— Ale gdzie znaleźć pannę? rzekł Eugenjusz.
— Masz ją przy sobie, pod ręką.
— Wiktoryna?
— Właśnie!
— I jak?
— Już kocha się w tobie młoda pani baronowa de Rastignac!
— Toż ona nie ma ani grosza, rzekł Eugenjusz zdumiony.
— Tum cię czekał! Jeszcze dwa słowa, rzekł Vautrin, i wszystko się wyjaśni. Ojciec Taillefer jest stary łajdak, który, jak szepcą, zamordował ponoś swego przyjaciela w epoce Rewolucji. To jeden z moich chwatów, którzy wyznają zasady niepodległości. Jest bankierem, głównym wspólnikiem domu Fryderyk Taillefer i Spółka. Ma jedynego syna, któremu chce zostawić majątek, ze szkodą Wiktoryny. Co do mnie, nie lubię tego rodzaju niesprawiedliwości. Jestem jak don Kiszot, rad biorę w obronę słabszego przed silnym. Gdyby wolą Boga było zabrać mu tego syna, Taillefer przygarnąłby córkę; chciałby mieć jakiegoś spadkobiercę — ot, głupstwo, które tkwi w naturze — a nie może już mieć dzieci, wiem o tem. Wiktoryna jest słodka i miła, omotałaby niebawem ojca, kręciłaby nim jak bąkiem zapomocą bacika uczucia! Miłość twoja zapadnie jej zbyt głęboko w serce, aby cię mogła zapomnieć: ożenisz się z nią. Ja podejmuję się roli Opatrzności, spełnię wolę dobrego Boga. Mam przyjaciela, za którego się poświęciłem, pułkownika armji Loary, obecnie w gwardji królewskiej. Słucha moich rad i zrobił się ultra-rojalistą: nie należy do tych głupców, którym zależy na przekonaniach. Jeżeli mogę ci dać jeszcze jedną radę, mój aniołku, to abyś nie większą przywiązywał wagę do swoich przekonań jak do słów. Kiedy znajdziesz na nie popyt, sprzedaj je. Człowiek, który się chwali, iż nigdy nie zmienił zapatrywań, to człowiek, który podejmuje się iść zawsze linją prostą, głupiec wierzący w nieomylność. Niema zasad, są tylko wypadki; niema praw, tylko okoliczności: człowiek wyższy chwyta w ręce wypadki i okoliczności aby nimi kierować. Gdyby istniały stałe zasady i prawa, ludy nie zmieniałyby ich tak jak się zmienia koszulę. Jednostka nie ma obowiązku być cnotliwsza niż cały naród. Człowiek, który najmniej oddał usług Francji, jest fetyszem wenerowanym za to, iż zawsze widział wszystko na czerwono; nadaje się, co najwyżej, aby go pomieścić w Muzeum między staremi machinami, pod etykietą La Fayette; podczas gdy książę, na którego każdy rzuca kamieniem i który dosyć gardzi ludzkością aby jej pluć w twarz tyle przysiąg, ile ich odeń wymaga, zapobiegł podziałowi Francji na Kongresie Wiedeńskim; powinnoby mu się sypać wieńce, obrzuca się go błotem. Och! ja znam politykę! znam! posiadam tajemnice wielu ludzi. Dość o tem. Będę miał niewzruszone mniemania, w dniu, w którym spotkam trzy głowy zgodne co do zastosowania danej zasady, a będę długo czekał! Nie znajdzie się w trybunałach trzech sędziów, którzyby byli tego samego zdania co do paragrafu kodeksu. Wracam do swego pułkownika. Przybiłby z powrotem Chrystusa na krzyż, gdybym mu kazał. Na jedno słowo ojczulka Vautrin, poszuka zwady z tym nicpotem, który nie daje ani pięciu franków na miesiąc siostrze, i...
Tutaj, Vautrin podniósł się, stanął w pozycji, i uczynił ruch fechmistrza który zadaje cios.
— I w ziemię! dodał.
— Cóż za ohyda! rzekł Eugenjusz. Pan żartuje, nieprawdaż, panie Vautrin?
— Ta ta ta, spokojnie, odparł ten człowiek. Nie rób dziecka; a zresztą, jeżeli cię to bawi, gniewaj się, oburzaj! Powiedz, że jestem bezecnik, zbrodniarz, łajdak, bandyta, ale nie nazywaj mnie oszustem ani szpiegiem! No, gadaj, ulżyj sobie! Przebaczam ci, to takie naturalne w twoim wieku! I ja byłem taki! Ale zastanów się. Zrobisz kiedyś gorzej. Pójdziesz się bałamucić z jaką ładną panią i weźmiesz od niej pieniądze. Myślałeś już o tem! rzekł Vautrin; jakże bowiem zdołałbyś wypłynąć, jeżeli nie wybijesz monety ze swojej miłości? Cnota, mój drogi panie studencie, nie da się dzielić na kawałki; albo jest, albo jej niema. Mówią nam o pokutowaniu za winy. Też ładny system, dzięki któremu można się skwitować ze zbrodni zapomocą aktu skruchy! Uwieść kobietę, aby, z jej pomocą, wspiąć się na szczebel drabiny społecznej, zasiać niesnaski między dzieci jednej rodziny, słowem wszystkie bezeceństwa jakie się praktykuje w ogniskach domowych dla przyjemności lub osobistego interesu, czy myślisz że to są akty wiary, nadziei i miłości? Dlaczego dwa miesiące aresztu dandysowi, który, w ciągu jednej nocy, wydziera dziecku połowę majątku, a galery biednemu chłopcu, który ukradnie tysiącfrankowy banknot wśród obciążających okoliczności? Oto wasze prawa. Niema w nich ani jednego paragrafu, któryby nie prowadził do absurdu. Elegant w żółtych rękawiczkach i o słodkich słówkach popełnił morderstwa, w których nie wytacza się krwi, ale się ją daje; morderca otworzył drzwi wytrychem: ot, nocne sprawki! Między tem, co ci poddaję, a tem co uczynisz kiedyś, różnica jest tylko w przelewie krwi. Ty wierzysz w coś stałego na tym świecie! Pogardzaj-że ludźmi i szukaj oczek, któremi można przejść przez sieć kodeksu. Tajemnicą wielkich fortun bez jawnego źródła jest zawsze jakaś zbrodnia, zapomniana, ponieważ wykonano ją przyzwoicie.
— Milcz pan! nie chcę więcej słyszeć, kazałby mi pan zwątpić o samym sobie. W tej chwili uczucie jest całą moją wiedzą.
— Jak ci się podoba, piękne dziecię. Uważałem cię za mocniejszego, rzekł Vautrin, nic już nie powiem. Jeszcze tylko jedno słowo.
Popatrzył bystro na studenta:
— Masz moją tajemnicę, rzekł.
— Młody człowiek, który odmawia panu współudziału, potrafi ją zapomnieć.
— Dobrze to powiedziałeś, cieszy mnie to. Inny, widzisz, mógłby być mniej skrupulatny. Pamiętaj o tem, co chcę dla ciebie uczynić. Daję ci dwa tygodnie czasu. Masz wóz albo przewóz.
— Cóż za żelazny łeb u tego człowieka! rzekł sobie Rastignac, widząc jak Vautrin oddala się spokojnie z laską pod pachą. Powiedział bez ogródek to, co pani de Beauséant mówiła w delikatnej formie. Darł mi serce pazurami ze stali. Pocóż chcę dostać się do pani de Nucingen? Odgadł moje pobudki, zaledwie je powziąłem. W dwóch słowach ten opryszek powiedział więcej o cnocie, niż dotąd powiedziały mi książki i ludzie.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

— Na honor, rzekł Bianchon, panna Michonneau mówiła przedwczoraj o jakimś jegomości zwanym Ołżyśmiercią; ten przydomek nadałby się dla pana.
Słowo to podziałało na Vautrina jak piorun: zbladł i zachwiał się, jego magnetyczne spojrzenie padło jak promień słońca na pannę Michonneau, której ten prąd niezłomnej woli podciął kolana... Stara panna osunęła się na krzesło. Poiret rzucił się żywo między nią a Vautrina, rozumiejąc iż grozi jej niebezpieczeństwo: tyle dzikiej wymowy nabrała twarz galernika, skoro odrzucił dobroduszną maskę, pod którą ukrywał prawdziwą naturę. Nie ogarniając jeszcze dramatu, pensjonarze stali w osłupieniu. Równocześnie, dały się słyszeć liczne kroki i chrzęst karabinów, które zadźwięczały o bruk. W chwili gdy Collin szukał machinalnie wyjścia spoglądając na okna i ściany, czterech ludzi ukazało się w drzwiach. Pierwszym był naczelnik policji bezpieczeństwa, trzej inni byli to t. zw. oficerowie pokoju.
— W imieniu prawa i króla! rzekł jeden z oficerów, którego głos zgłuszyły szmery zdumienia.
Niebawem, zapanowało w jadalni milczenie; pensjonarze rozstąpili się, aby przepuścić trzech ludzi, którzy wszyscy trzymali rękę w bocznej kieszeni, na rękojeści nabitego pistoletu. Dwóch żandarmów, którzy wkroczyli za agentami, zajęło drzwi salonu; dwaj inni ukazali się w drzwiach prowadzących na schody. Kroki i chrzęst broni licznych żołnierzy rozlegały się pod oknami. Wszelka nadzieja ucieczki zgasła dla Collina, na którego nieodparcie skierowały się wszystkie spojrzenia. Szef policji podszedł wprost ku niemu; zaczął od tego, że wymierzył mu w głowę tak silne uderzenie dłonią, iż strącił perukę i odsłonił głowę Collina w całej okropności. Fizjognomja ta i głowa — pokryta ceglastorudymi krótkimi włosami, które dawały jej straszliwe znamię siły skojarzonej z chytrością — harmonizujące z torsem, zabłysły światłem inteligencji, jakgdyby je rozświetliły wszystkie ognie piekła. Każdy zrozumiał całego Vautrina, jego przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, jego nieubłagane teorje, dogmat własnego zachcenia, królewskość jaką mu nadawał cynizm jego myśli i uczynków, oraz siła zdolnej do wszystkiego organizacji. Krew wystąpiła mu na twarz, oczy błysły niby u dzikiego kota. Skurczył się w samym sobie gestem nacechowanym tak dziką energją, ryknął tak potężnie, iż wydarł okrzyk grozy z piersi wszystkich pensjonarzy. Na ten ruch lwa, agenci, wsparci ogólnym hałasem, chwycili pistolety. Collin zrozumiał niebezpieczeństwo, widząc błyszczące odwiedzione kurki, i, w jednej chwili, dał dowód najwyższej ludzkiej potęgi. Straszliwe i majestatyczne widowisko! fizjognomja jego urzeczywistniła fenomen, który można porównać jedynie do kotła pełnego dymiącej pary, zdolnej podnieść góry, a rozpraszającej się, w mgnieniu oka, pod kroplą zimnej wody. Kroplą wody, która ostudziła jego wściekłość, było zastanowienie szybkie jak błyskawica. Uśmiechnął się i spojrzał na perukę.
— Nie jesteś dziś najgrzeczniej usposobiony, rzekł do szefa policji.
I podał ręce żandarmom, przyzywając ich gestem.
— Panowie żandarmi, załóżcie mi kajdanki. Biorę za świadków wszystkich obecnych, że się nie opieram.
Rozległ się szmer podziwu, wydarty szybkością z jaką lawa i ogień buchnęły z tego ludzkiego wulkanu i napowrót się weń cofnęły.
— To ci wchodzi w paradę, mości hyclu, dodał galernik, spoglądając na sławnego naczelnika policji kryminalnej.
— Dalej, rozbierać się! rzekł ów tonem pełnym wzgardy.
— Poco? rzekł Collin. Są tu damy. Nie zaprzeczam niczemu i poddaję się.
Zamilkł na chwilę i spojrzał po zgromadzeniu, niby mówca, który gotuje się powiedzieć zdumiewające rzeczy.
— Pisz, papo Lachapelle, rzekł zwracając się do małego staruszka o siwych włosach, który usiadł na końcu stołu i wydobył z teki protokół. Przyznaję, że jestem Jakóbem Collin, zwanym Ołży-Smierć, skazanym na dwadzieścia lat kajdanów; a dowiodłem właśnie, żem nie skradł swego przydomku. Gdybym bodaj podniósł rękę, rzekł do pensjonarzy, ci trzej łapacze byliby rozlali wszystką moją juszkę na patrjarchalną podłogę mamy Vauquer. Te hultaje umieją zastawiać pułapki!
Pani Vauquer omal nie zemdlała, słysząc te słowa.
— Mój Boże, rzekła do Sylwji, to można się rozchorować: i ja wczoraj jeszcze byłam z nim w teatrze!
—— Trochę filozofji, mamusiu, odparł Collin. Czyż to nieszczęście, żeś była wczoraj ze mną w loży w Gaité? wykrzyknął. Czyś ty lepsza od nas? Mniej hańby jest na naszym barku niż wy jej macie w sercu, wy, strupieszałe członki zgniłego społeczeństwa: najlepszy z was nie umiał mi się oprzeć. Oczy Vautrina zatrzymały się na Rastignaku, na którego skierował miły uśmiech, stanowiący osobliwą sprzeczność z twardym wyrazem jego twarzy. Nasza umowa stoi zawsze, mój aniele, naturalnie o ile się godzisz! Pamiętasz?
Zanucił:

Franusia moja jest urocza,
Prostoty stroi ją wdzięk.

— Nie lękaj się o nic, dodał, umiem się upomnieć o swoje wierzytelności. Nadto się mnie boją, aby ktoś śmiał mnie wykiwać!

Galery ze swymi obyczajami i mową, ze swemi straszliwemi przejściami od żartu do grozy, swą przerażającą wielkością, rubasznością i spodleniem, stanęły nagle jak żywe w wykrzykniku tego człowieka, który nie był już człowiekiem, ale typem całego tego zwyrodniałego plemienia, ludu dzikiego i logicznego, brutalnego i giętkiego. W jednej chwili, Collin stał się piekielnym poetą, w którym wyraziły się wszystkie ludzkie uczucia, z wyjątkiem skruchy. Spojrzenie jego było spojrzeniem upadłego anioła, który wiecznie pragnie wojny. Rastignac spuścił oczy, przyjmując to zbrodnicze powinowactwo jako pokutę za swoje złe myśli.
— Kto mnie zdradził? rzekł Collin, wiodąc straszliwem okiem po zebranych i zatrzymując je na pannie Michonneau.
— To ty, rzekł, stara wiedźmo! Ty przyprawiłaś mnie o sztuczne uderzenie krwi, ty... szpiegu!.. Wystarczyłoby mi powiedzieć dwa słowa, aby ci ukręcono szyję w ciągu tygodnia. Przebaczam ci, jestem chrześcijaninem. Zresztą, to nie ty mnie sprzedałaś. Ale kto? — Ha, ha! szukacie tam na górze, wykrzyknął słysząc jak urzędnicy policji otwierają szafy i zagarniają rzeczy. Niema już ptaszków w gnieździe, odfrunęły wczoraj. Moje księgi handlowe są tu, rzekł uderzając się w czoło, Wiem teraz, kto mnie zdradził. To nikt inny, tylko ten łotr Jedwabny. — Nieprawdaż, ojcze łapaczu? rzekł do naczelnika policji. Zanadto dobrze się to zgadza z pobytem banknotów na górze. Figa z makiem, moje kochane szpieguny. Co do Jedwabnego, ten znajdzie się pod ziemią w ciągu dwóch tygodni, choćby go nawet strzegła cała wasza żandarmerja. — Ileście jej dali, tej Miszonecie? rzekł, zwracając się do urzędników, jakieś tysiąc talarów! Więcej byłem wart jeszcze, ty przegniła Ninon, ty Pompadour w łachmanach, Wenero z kostnicy! Gdybyś mnie była ostrzegła, dostałabyś sześć tysięcy. Ha! nie wiedziałaś o tem, stara handlarko mięsa! inaczej byłabyś mi dała pierwszeństwo, Tak, byłbym chętnie dał tyle, aby sobie oszczędzić podróży, która mi jest nie na rękę i naraża na niepotrzebne koszta, mówił podczas gdy mu wkładano kajdanki. Te hycle będą się bawić ze mną jak kot z myszą, będą umyślnie wlekli sprawę bez końca. Gdyby mnie posłali odrazu na galery, rychło wróciłbym do swoich zajęć, na przekór wszystkim lalusiom z policji. Tam, wszyscy na głowach się postawią, aby uwolnić swego zacnego generała, dzielnego Ołży-śmierć! Czy jest między wami ktoś, ktoby posiadał, jak ja, więcej niż dziesięć tysięcy braci gotowych uczynić dlań wszystko? pytał z dumą. Tak, jest tutaj coś, rzekł uderzając się w piersi; nie zdradziłem nigdy nikogo. — Patrz, ty ścierwo, spójrz na nich, rzekł zwracając się do starej panny. Na mnie patrzą ze zgrozą, ale ty przyprawiasz ich o mdłości. Weź swoją zapłatę.
Umilkł na chwilę, spoglądając po stołownikach.
— Jacyście wy głupi wszyscy! czyście nie widzieli nigdy galernika? Zbrodniarz tej miary co Collin, tu obecny, to człowiek mniej nikczemny od innych, zakładający protest przeciw straszliwym oszustwom umowy społecznej, jak mówi Jan Jakób, którego mam zaszczyt być uczniem. Ostatecznie, jestem sam naprzeciw rządu wraz z jego chmarą trybunałów, żandarmów, budżetów, i wodzę ich za nos...
— Do kroćset! rzekł malarz, wartoby go odmalować w tej chwili.
— Powiedz-no mi, szambelanie Jego Wysokości Kata, ochmistrzu Wdowy (pełne straszliwej poezji miano, jakie złoczyńcy dają gilotynie), dodał zwracając się do szefa policji, bądź poczciwy, powiedz, czy to Jedwabny mnie sprzedał? Nie chciałbym, aby beknął za kogo innego, toby było niesprawiedliwe.
W tej chwili, agenci, którzy wszystko przetrząsnęli w mieszkaniu bandyty i z wszystkiego sporządzili inwentarz, wrócili i zaczęli szeptać coś cicho do naczelnika wyprawy.
Protokół był skończony.
— Panowie, rzekł Collin zwracając się do stołowników, zabiorą mnie. Byliście wszyscy bardzo uprzejmi przez czas mego pobytu, zachowam dla was wdzięczność. Przyjmcie moje pożegnanie. Pozwolicie, abym wam przysłał prowanckich fig.
Uczynił kilka kroków i odwrócił się aby spojrzeć na Rastignaka.
— Bądź zdrów, Eugenjuszu, rzekł smutnym i łagodnym głosem, który szczególnie odbijał od szorstkości poprzednich słów. Gdybyś był w potrzebie, zostawiłem ci oddanego przyjaciela.
Mimo kajdanków, zdołał stanąć w pozycji, wydał okrzyk komendy: „Raz, dwa!“ i zadał pchnięcie.
— W razie nieszczęścia, rzekł, zwróć się tam. Człowiek, pieniądze, wszystko na twoje usługi...





Przypisy

  1. Balzac, Ojciec Goriot, przełożył Boy, Gebethner i Wolff.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Honoriusz Balzac i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.