Złocista Różyczka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki

Skocz do: nawigacja, szukaj
>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Złocista Różyczka
Podtytuł Powiastka
Pochodzenie Skarbnica Milusińskich Nr 147
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wydania 1938
Drukarz „SIŁA“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI (testowo)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SKARBNICA MILUSIŃSKICH
pod redakcją S. NYRTYCA



E. KOROTYŃSKA
ZŁOCISTA RÓŻYCZKA
POWIASTKA


WYDAWNICTWO KSIĘGARNI POPULARNEJ
w WARSZAWIE
Printed in Poland
Druk. „SIŁA“ Warszawa





Stanęła na środku sali i cała w rumieńcach opuściła ku ziemi złotą swą główkę.
Nie była nigdy w tak licznym towarzystwie. Przychodziły do niej rówieśniczki z sąsiedztwa, ale tych było zaledwie kilka, a tu takie mnóstwo jednakowo ubranych dziewczątek...
Wszystkie były w sukienkach brązowych, czarnych fartuszkach i białych kołnierzykach. Gładko uczesane, z upiętymi na główkach warkoczami, miały wygląd klasztorny.
Ale w błyskach ocząt błękitnych, szarych i czarnych taiło się tyle wesołości i gotowości do figlów, że, znający dzieci, poznałby odrazu, iż to nie żaden z klasztorów, lecz dom prawie rodzinny, gdzie dobrze, miło i wesoło dziewczątkom.
— Patrz — mówiła Zosia Potulicka do stojącej obok koleżanki Jadzi Morskiej — przyszła nowa ofiara, a jaka nieśmiała.
— Dlaczego ofiara? — spytała Jadzia zdziwiona — czyż jesteśmy tu ofiarami? Pani przełożona taka dobra...
— Ale inne osoby niezawsze dobre! odparła Zosia, zawsze buntująca się na wszystko, jedynaczka. — Czyż można nazwać dobrą naszą damę klasową?
— Ależ Zosiu, ona chce naszego dobra... Tymczasem jedna z dziewczynek podeszła do stojącej Różyczki i objęła ramieniem.
Duże fiołkowe oczęta podniosły się ku tulącej ją koleżance. Jaśniały w nich: wdzięczność, radość i wielkie zdziwienie.
— Jak się nazywasz Złocista? — spytała Felunia nowoprzybyłej.
— Nazywam się Różyczka Karśnicka, — odpowiedziała zapytana.
— Czy masz rodziców?
— Mam ojca, mamusia przed rokiem umarła...
Groza smutku widniała w oczach dziewczynki, gdy to mówiła.
— Masz ojca, a ja nikogo — powiedziała Felunia — mam tylko opiekunów, dalekich krewnych, którzy dają na utrzymanie, gdy jestem w domu, poza tym nic, a najmniej serca. Ale tutaj jest mi dobrze, nie płacę za naukę, ale za to daję korepetycje wieczorami słabym w nauce uczenicom.

Elwira Korotyńska - Złocista Różyczka p0001.png

— Biednaś ty, — odpowiedziała z łezką w oku Różyczka, — smutno i żałośnie bez matki, ale o ileż ciężej musi być bez obojga.
— Zawrzyjmy przyjaźń dozgonną, — odezwała się Felunia, — od pierwszego wejrzenia poczułam dla ciebie sympatię.
— Będziemy napewno przyjaciółkami, — potwierdziła Różyczka, całując serdecznie koleżankę.
Zawarciu przyjaźni przyglądały się inne dziewczynki, a jedna z nich wyższa wzrostem o czarnych włosach i bystro patrzących oczach, odezwała się znienacka: — Widocznie i ta druga taka sama nudna i taka pedantka, jeśli się tak odrazu pokochały... Nie lubię nudziarek!
I podskakując na jednej nodze pobiegła do klasy.
Krysia była córką zamożnych ziemian mających majątek w sąsiedztwie posiadłości pana Karśnickiego.
Serduszko miała litościwe i lubiła się dzielić z uboższymi, uczyła się bardzo dobrze, miała tylko jedną wadę, niemiłą dla otoczenia — była zazdrosną.
Nie była to zazdrość o dobrobyt, miała go bowiem w domu, gdzie pan Zaleski niczego nie odmawiał swej jedynaczce.
Zazdrościła pochwał komu innemu udzielanych, dobrych stopni i miłości przełożonej, nauczycielek i koleżanek. Chciałaby posiadać przywiązanie wszystkich i bolało ją, gdy ktoś wołał inną osobę, chociażby nawet była to jej przyjaciółka.
Zazdrość to straszne cierpienie, człowiek dręczy się niepotrzebnie sam, a i dla innych jest udręczeniem.
Nie podobało się dziewczynce, że Różyczka odrazu zdobyła serce Feluni, do której też sympatię uczuła nowoprzybyła.
Jaka szkoda, że nie podeszła do Różyczki zaraz po jej przybyciu i nie zawarła z nią znajomości. Nie dopuściłaby do niej żadnej z koleżanek, a już najbardziej Feluni, tej ubogiej, żyjącej z korepetycji dziewczynki.
Chodziła nadąsana i zła, rozmyślając nad tym, jakby tu rozdzielić dwie przyjaciółki... Nie zniesie tego, żeby ktoś kogoś bardziej od niej pokochał.
Felunia ani pomyślała, jakiego sobie wroga zrobiła z Krysi, z którą zawsze była zdaleka, ze względu na odmienny charakter dziewczynki.
Pierwsze widoczne niezadowolenie obiawiło się na spacerze. Różyczka szła w parze z Felunią, ciesząc się, iż znalazła tak miłą koleżankę.
Rozmawiały o rodzinie swojej, o swoich marzeniach na przyszłość i nie zauważyły, że poza niemi szła Krysia z jedną ze swych koleżanek i z zawiścią patrzała na ich przyjaźń.
W pewnej chwili rozległ się za niemi szyderczy głos zazdrośnicy:
— Czy Różyczka nie wstydzi się opowiadać byle komu swe dzieje? Jabym tylko do sobie równej coś podobnego mówiła... Ojcu twemu napewno nie podobałaby się taka familiarność. Pan Karśnicki obraca się w jak najlepszym towarzystwie.
— Ach! to ty, Krysiu? Dlaczego tak mówisz? czemu ból sprawiasz swej i mojej koleżance? Co ci szkodzi, żeśmy uczuły do siebie sympatię? Wstydź się Krysiu, to brzydko tak być zazdrosną!
A, co do ojca, to wierz mi, iż uważa, jak i ja, od niego pouczona, iż bogaty i biedny równi są przed Bogiem i, że gardzić uboższym jest wielkim grzechem.
Cóż winna Felunia, iż nie ma majątku i bogactw?
„Fortuna kołem się toczy” i my możemy być jeszcze od niej uboższe...
— Feluniu, chodźmy do klasy. Jesteśmy już w domu.
Ale Feli nie było już koło niej. Cichutko usunęła się z oczu zazdrosnej Krysi i poszła do pustej o tej porze klasy.
Znalazłszy się sama oparła ręce o pulpit ławki, i gorzko płakać zaczęła.
Na tę chwilę wbiegła Różyczka i objąwszy czule dziewczynkę uspokajać ją zaczęła i pocieszać.
— Nie martw się, nie myśl o tym, co mówiła ta niedobra Krysia. Nie płacz! Czyż bogactwo tylko stanowi szczęście?
— Nie idzie mi o bogactwo, — odparła łkając Felunia, — pracuję na swe utrzymanie i pracować będę w przyszłości. Większe to szczęście móc zarabiać na siebie, niż z nienabytego przez siebie korzystać bogactwa. Boję się tylko, czy nie odwrócisz serca odemnie ty, Różyczko, czy nie odsuniesz się, żem biedna. Ty, dziedziczka wielkiej fortuny, może zechcesz dobrać sobie odpowiednią przyjaciółkę.
— Nie myśl tak źle o mnie, moja jedyna, — odezwała się Różyczka, — nie cenię tak dalece pieniędzy, żeby stawiać je wyżej nad przyjaźń.
Ucałowawszy się serdecznie, raz jeszcze zaprzysięgły sobie przyjaźń dozgonną.
Kochały się bardzo, jedna bez drugiej żyć prawie nie mogła, stanowiły jakby jedno serce i jedną duszę.
Pewnego razu zdarzył się niebywały wypadek na pensji.
Zginął drogocenny pierścionek Krysi. Jeszcze wieczorem był na palcu i szczyciła się nim, opowiadając, ile ojciec za niego zapłacił.
Nazajutrz już go nie było. Położyła go, jak zwykle na stoliku obok łóżka w sypialni, widziały to dziewczynki, mające swe łóżeczka koło Krysi, a tymczasem rano krzyk głośny w sypialnym pokoju zwrócił uwagę nauczycielek i uczenic, które zbiegły się na nieopisany lament dziewczynki.
Na środku sypialni stała rozpłakana Krysia, krzycząc, aby zwrócono jej pierścionek.
— Co się stało? zapytała przełożona — czego płaczesz Krysiu, a wy, czego stoicie tu tak przerażone?
— Zginął mi pierścionek z brylantem, dał mi go ojciec na urodziny, ktoś wziął, ach, ja nieszczęśliwa!
— Może nikt nie wziął, zgubiłaś go tylko, — tłumaczyła μrzełożona, — nigdy nic nie ginęło. Czy szukałaś pod łóżkiem?
— Wszędzie, wszędzie przeszukałam, nie ma go nigdzie, położyłam wczoraj na stoliku, wszystkie widziały, jak kładłam. Ktoś wziął sobie, ktoś zabrał, gdy usnęłam i schował.
— Przeszukamy raz jeszcze całą sypialnię, — powiedziała przełożona — nie można nikogo posądzać, zanim się nie dowiedzie winy. Zawołajcie Anielcię.
Anielka, dozorująca sypialni, zręczna i miła pokojówka wbiegła na wołanie przełożonej.
Zapytana, czy dobrze zamiotła każdy kącik, czy nie znalazła pierścionka, przysięgła, iż ani szmatki żadnej, ani nawet spileczki nie znalazła, tak było czysto po nocy.
Kazano jej jeszcze przeszukać wszystkie kąty, po czym zabrano się do przeglądania szafek i umywalek panieńskich. Chciano uspokoić podejrzenia Krysi, nie spodziewając się tam znaleźć.
Dziewczynka asystowała przeglądowi, szczególniej gdy odbywał się w szafce Feluni. Była to ostatnia szafka i zdawało się, że szukanie daremne, gdy naraz Krysia, wyciągnęła rękę ku szparze, wołając: — Oto jest! przeczuwałam, że tak będzie! Patrzajcie, u Feli, tej świętej nudnej sensatki znalazł się mój pierścionek.
— To fałsz! ktoś podrzucił! nie tknęłam nigdy niczego, co do mnie nie należy, jak możesz tak mnie spotwarzać!
Wszystkie uczenice ze zdumieniem i niedowierzaniem patrzały na rzekomą winowajczynię. Fela, ta szlachetna koleżanka mogłaby czegoś podobnego dokonać. A może... może...
— Nie będziesz się już chyba dalej przyjaźniła z taką... — odezwała się do Różyczki Krysia, — widzisz, że miałam rację, mówiąc, iż nie dla ciebie to przyjaźń takiej osoby, tym bardziej, iż pani przełożona napewno usunąć zechce taką uczenicę...
— O, nie! nie! — zawołała Różyczka, obejmując pobladłą Felunię pani przełożona tego nie zrobi, bo wie, iż jest niewinna, zna ją, jako perłę zakładu, to nie ona, nie ona schowała ten pierścionek.
Jeśli ona będzie usunięta, to i ja stąd odejdę. Nieprawda! nieprawda! ona tego nie wzięła.
— A jednak u niej się znalazło, nikt więc inny tego nie zrobił...
Z szeregu dziewcząt wyszła mała szczupła dziewczynka, na którą Krysia machała rękami, aby się cofnęła.
Ale napróżno. Mała głosem stanowczym wypowiedziała tajemnicę: — Widziałam, jak Krysia kładła w szparę szafy pierścionek, dostałam dziesięć karmelków za milczenie. Zjadłam je, więc bałam się odezwać, ale poproszę mamusi to odkupi i oddam.
— Wiwat Felunia, wiwat cnota obroniona! zawołały koleżanki. Jedna Krysia stała zawstydzona, wreszcie podeszła do Feluni i prosiła.
— Przebacz! zrobiłam to z zazdrości chciałam ciebie zohydzić w oczach Różyczki.
— Chodź Krysiu, kochać się w trójkę będziemy! — odpowiedziała Różyczka, — a nie rób tego więcej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.