Wyspa skarbów/Rozdział XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział dwudziesty.
POSELSTWO SILVERA.

W rzeczy samej tuż pod warownią stało dwóch mężczyzn, z których jeden powiewał białą płachtą, drugim zaś był we własnej osobie Jan Silver, nieruchomy i spokojny.
Było jeszcze bardzo wcześnie, a poranek był najzimniejszy z wszystkich, jakie pamiętam w ciągu podróży: chłód przenikał do szpiku kości. Niebo było jasne i bezchmurne, a wierzchołki drzew lśniły rosą w słońcu, lecz tam, gdzie stał Silver ze swym adjutantem, wszystko było jeszcze zanurzone w cieniu, tak, iż obaj brnęli po kolana w przyziemnym, białym tumanie, który przez noc wysnuł się z nad oparzeliska. To zimno i te wyziewy, razem wzięte, zdradziły mi historję tej nieszczęsnej wyspy. Była to poprostu miejscowość wilgotna, malaryczna i zabójcza dla zdrowia.
— Pozostańcie wewnątrz domu — rozkazał kapitan. — Zakładam się, jeden przeciw dziesięciu, że to podstęp.
I zawołał na korsarza:
— Kto idzie? Stój, bo strzelamy!
— Biała chorągiew! — zawołał Silver.
Kapitan stał na ganku, mając się na baczności przed zdradzieckim strzałem, który mógł być zamierzony. Odwrócił się i rzekł do nas:
— Warta doktora zajmie stanowiska obserwacyjne. Panie doktorze Livesey, bądź pan łaskaw stanąć od strony północnej, Kuba od wschodniej, Gray na zachodniej. Reszta w pogotowiu na dole, wszyscy z nabitemi muszkietami. Żywo i ostrożnie, moi ludzie!
Poczem znów zwrócił się do opryszków:
— I czegóż wy chcecie z tą białą chorągwią?
Tym razem odpowiedział drugi człowiek.
— Kapitan Silver chce przyjść do was, panie, i zawrzeć układ.
— Kapitan Silver! Nie znam takiego! Któż to taki? — zawołał kapitan, a usłyszeliśmy, jak mruknął pod nosem: — Kapitanem został? To ci dopiero awans!
Długi Jan odpowiedział we własnem imieniu.
— To ja, panie łaskawy. Ci biedni chłopcy obrali mnie kapitanem po pańskiej dezercji — na słowie „dezercji“ położył szczególny nacisk. — Jesteśmy gotowi się przeprosić, o ile dojdziemy do ugody i już tak jakby między nami nic nie było. Przedewszystkiem proszę pana, kapitanie Smollett, o danie mi słowa, że wypuścicie mnie żywo i zdrowo z tej oto warowni i dacie mi chwilkę czasu do zejścia z pola strzału, zanim wypali pierwszy muszkiet.
— Mój człowieku — odparł kapitan Smollett — nie pragnę bynajmniej rozmawiać z tobą. Jeżeli ty sobie życzysz mówić ze mną, to daję ci na to pozwolenie. Jeżeli kryje się tu jakiś podstęp, to chyba z waszej strony i niech Bóg ma cię w Swej opiece.
— To wystarczy, kapitanie — odkrzyknął Długi Jan, mizdrząc się przypochlebnie. — Mogę poprzestać na pańskiem słowie. Znam pana jako człowieka uczciwego... niech pan mi wierzy!
Widzieliśmy, jak człowiek, niosący białą chorągiew, usiłował zatrzymać Silvera; nie było w tem nic dziwnego, zważywszy jak rycerska była odpowiedź kapitana. Lecz Silver zaśmiał się głośno i poklepał kamrata po plecach, jak gdyby sama myśl o niepokoju była niedorzeczna, następnie podszedł do częstokołu, przerzucił przezeń szczudło, podniósł nogę i począł z wielką zręcznością i zwinnością przełazić przez zaporę, aż osunął się po drugiej stronie.
Przyznam się, że zanadto byłem zaciekawiony tem, co się stało, bym mógł choć przez chwilę spełniać swą służbę na posterunku, to też opuściłem wschodnią strzelnicę i wczołgałem się za kapitana, który siedział na progu, oparłszy łokcie na kolanach, głowę wmiesiwszy w dłonie i utkwiwszy wzrok w wodzie, przesączającej się z bulgotem ze starego żelaznego kotła w piasek; pogwizdywał sobie przytem piosenkę: „Pójdźcie, chłopcy i dziewczęta“.
Silver miał twardy orzech do zgryzienia z wygramoleniem się na pagórek. Wobec spadzistości zbocza, grubych pniaków drzewnych i grząskiego piasku był ze swem szczudłem tak bezradny, jak okręt porwany trąbą morską. Lecz przełamał wszelkie przeszkody mężnie i w milczeniu, aż nakoniec doszedł do kapitana i pozdrowił go bardzo uprzejmie. Był przyodziany w najlepsze ubranie; ogromna błękitna bluza, ozdobiona mosiężnemi guzami, zwieszała mu się prawie do kolan, a na głowie miał piękny kapelusz z galonem, przekrzywiony na bakier.
— Aha, jesteś, braciszku! — rzekł kapitan, podnosząc głowę. — Możesz usiąść!
— Czy waszmość, panie kapitanie, nie masz zamiaru wpuścić mnie do środka? — żalił się Długi Jan. — Jest dziś siarczysty przymrozek, mości panie, i na piasku trudno wysiedzieć.
— I owszem, Silverze — ozwał się kapitan — gdybyś wolał być uczciwym człowiekiem, siedziałbyś teraz w swej ciepłej kuchni. To jest twoje właściwe miejsce i zajęcie. Albo jesteś moim kucharzem okrętowym... i wtedy obejdę się z tobą pobłażliwie... albo też kapitanem Silverem, zwykłym buntownikiem i łupieżcą, a wtedy możesz pójść na szubienicę.
— Dobrze, dobrze, mości kapitanie — odpowiedział kucharz, siadając według polecenia na piasku — waszmość chcesz mi podać rękę do zgody... ot wszystko! Ale macie tu doskonałą siedzibę... A, otóż i Kuba! Dzień dobry, Jakóbku! Moje uszanowanie, panie doktorze! No, no! jesteście tu wszyscy, że tak powiem, jakby w gronie rodzinnem!
— Jeżeli masz mi coś powiedzieć, mój człowieku, lepiej powiedz odrazu — przerwał kapitan.
— Ma pan słuszność, kapitanie Smollett — odrzekł Silver. — Zapewne, obowiązek to obowiązek! Ale patrzcie-no, powiódł się wam plan wczoraj wieczorem!... Nie przeczę, że dobry był podstęp. Ktoś z was sprytnie bardzo się urządził... jakiś człowiek kuty na cztery nogi! I tego nie będę obwijał w bawełnę, że niektórzy z moich ludzi byli zaniepokojeni... może nawet wszyscy... może nawet ja sam... Kto wie, czy nie dlatego właśnie przybyłem tu na układy!... Ale zapamiętaj pan sobie, kapitanie, że po raz drugi już to się nie uda, do pioruna! Roześlę widety i patrole i nikomu nie pozwolę wziąć do ust ani kropli rumu. Pewno pan sądzi, że nikt z nas nie czuwał. Lecz mówię panu, że byłem trzeźwy... byłem jedynie zmęczony, jak pies... Ale gdybym się obudził o sekundę wcześniej, przyłapałbym was na gorącym uczynku... o tak! Nie byłby on już trupem, skoro do niego przyszedłem... nie, nie!...
— Tak? — wycedził kapitan Smollett z chłodnym spokojem.
Wszystko, co Silver powiedział, było dla niego zagadką, lecz niktby się tego nie domyślił z jego głosu. Natomiast ja począłem domyślać się potrochu. Przyszły mi na myśl ostatnie słowa Ben Gunna. Zacząłem domyślać się, że złożył on wizytę korsarzom, gdy leżeli pijani dokoła ogniska, i z radością obliczałem, że mamy teraz do czynienia tylko z czternastu nieprzyjaciółmi.
— Tak, przystępuję teraz do sedna sprawy — rzekł Silver. — Chcemy mieć skarb i musimy go mieć. Taki jest nasz warunek! Wy, zdaje mi się, chcecie czemprędzej ocalić swe życie... Taki jest wasz warunek. Macie tę mapę, prawda?
— Możliwe — odparł kapitan.
— O, wiem dobrze, że macie — mówił dalej Długi Jan. — Nie potrzebuje pan mydlić oczu... na nic się to nie przyda, zapewniam pana. Chodzi nam o tę mapę — jej się domagamy. Ja osobiście nie mam do pana żadnej urazy...
— Moja osoba tu nie należy do rzeczy — przerwał kapitan. — Wiemy dokładnie, co zamierzałeś uczynić i nie lękamy się, a teraz sam widzisz, że nic nie wskórasz.
Popatrzał na niego spokojnie i w dalszym ciągu napychał fajkę tytoniem.
— Jeżeli Abe Gray... — wybuchnął Silver.
— Nie trać słów napróżno! — krzyknął Smollett. — Gray nic mi nie opowiadał, ani też ja o nic się jego nie pytałem; co więcej, wolałbym, żebyś ty z nim i całą tą wyspą wpierw się zapadł pod wodę! Takie jest zdanie moje o tobie i o tem wszystkiem!...
Ten mały wybuch gniewu ostudził nieco zapalczywość Silvera. Przed chwilą ten hultaj okazał podrażnienie — teraz znów się pohamował i odezwał się:
— Oczywiście, trudno mi określać, czy czyjeś zapatrywania są godne żeglarza, czy też nie. Widząc wszakże, że pan jest zajęty napychaniem fajki, ośmielę się pójść za waszmości przykładem, panie kapitanie.
Nabił fajkę i zapalił ją. Siedzieli tak obaj przez dobrą chwilę, ćmiąc fajki w milczeniu, to patrząc sobie w oczy, to przyduszając tytoń, to pochylając się, by splunąć. Zabawnie było patrzeć na nich. Po pewnym czasie Silver znów podjął rozmowę:
— A teraz do rzeczy. Oddacie nam mapę, żebyśmy mogli znaleźć skarb, i zaniechacie strzelania do biednych okrętników oraz deptania im po głowach, gdy śpią. Gdy to uczynicie, tedy damy wam do wyboru: albo pojedziecie wraz z nami na okręcie, gdy skarb już będzie załadowany, a ja dam wam zobowiązanie na piśmie, poręczone słowem honoru, że wysadzę was gdziekolwiek cało na ląd. Jeżeli to wam nie dogadza, jako że niektórzy z moich ludzi są ludźmi szorstkich obyczajów i mają z wami dawne porachunki, w takim razie możecie tu pozostać. Podzielimy się z wami zapasami, głowa w głowę, a ja dam wam poprzednio zobowiązanie na piśmie, że zaczepię pierwszy napotkany okręt i przyślę go tu, ażeby was wziął na pokład. Będziecie mi wdzięczni za tę radę; nie można było okazać wam większej wyrozumiałości. I spodziewam się — tu podniósł głos — że wszyscy, znajdujący się tu w stanicy, wezmą pod rozwagę moje słowa, gdyż to, co mówiłem do jednego, tyczyło się wszystkich.
Kapitan Smollett powstał z siedzenia i wytrząsł popiół z fajki na dłoń lewej ręki.
— Czy to wszystko? — zapytał.
— Ostatnie słowo, niech mnie piorun trzaśnie! — krzyknął Jan. — Jeżeli to odrzucicie, wtedy zakończeniem rozmowy będą kulki muszkietów!
— Doskonale! — rzekł kapitan. — A teraz posłuchaj mnie. Jeżeli przyjdziesz do mnie jeszcze raz sam na sam, bez broni, to postaram się zakuć cię w kajdanki i zawieźć do Anglji, ażebyś tam za swe sprawki stanął przed sądem. Jeżeli sobie tego nie życzysz, tedy pamiętaj, że nazywam się Aleksander Smollett, rozwinąłem tu sztandar mojego króla i władcy, a was wszystkich mam za psów! Nie znajdziecie skarbu! Okrętu nie zabierzecie... pomiędzy wami niema nikogo, ktoby się znał na prowadzeniu okrętu! Nie pokonacie nas: ten oto Gray wydarł się z rąk pięciu waszych ludzi! Wasz okręt jest uwięziony, znajdujecie się na brzegu, wystawionym na wiatr przeciwny... Musicie tu pozostać, panie Silver. To ci mówię, jak stoję przed tobą... są to ostatnie życzliwe słowa, jakie słyszysz ode mnie, bo, jak Bóg na niebie, wsadzę ci kulkę w plecy, gdy cię jeszcze spotkam. Umykaj, bracie. Zwijaj się, proszę, co rychlej i przyspiesz kroku!
Silver mienił się na twarzy, oczy niemal na wierzch mu wyskakiwały z wściekłości. Wytrząsnął ogień z fajki.
— Dać mi rękę! — krzyknął.
— Ani mi się śni! — mruknął kapitan.
— Kto mi poda rękę? — ryczał Silver.
Nikt z nas ani się ruszył. Miotając najplugawsze złorzeczenia, straszny kuternoga poczołgał się po piasku, aż dowlókł się do ganku i mógł znów oprzeć się na szczudle. Wówczas splunął do źródła.
— Patrzcie! — wrzasnął — oto, co myślę o was! Zanim przejdzie godzina, zmiażdżę waszą budę, jak antałek rumu! Śmiejcie się, śmiejcie, do pioruna! Nim przejdzie godzina, będziecie inaczej się śmiali! Ci, którzy zginą, będą szczęśliwi!
I cisnąwszy straszne przekleństwo, upadł, powlókł się po piasku, aż wreszcie przy pomocy człowieka niosącego białą chorągiew udało mu się po kilku nieudałych próbach przedostać poza ogrodzenie. W chwilę później znikł w gęstwinie drzew.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.