Wyspa skarbów/Rozdział XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział dziewiętnasty.
DALSZY CIĄG OPOWIADANIA KUBY HAWKINSA:
OBLĘŻENIE WAROWNI.

Gdy Ben Gunn ujrzał flagę, zatrzymał się, pochwycił mnie za ramię i przysiadł.
— To z pewnością twoi przyjaciele! — przemówił.
— Sądzę, że raczej buntownicy!... — odparłem.
— Co znowu! — zawołał ów. — Bądź pewny, że w takiem miejscu, gdzie nikt nie zawita prócz panów szczęścia, Silver niechybnie wywiesiłby banderę korsarską!... Nie, to są twoi przyjaciele!... Tam rozpoczęła się bitwa... zdaje mi się, że twoi przyjaciele osiągnęli w niej przewagę, a teraz znajdują się na lądzie, w starej warowni, którą przed wielu, wielu laty zbudował Flint. O, nasz Flint miał olej w głowie! Wyłączając nadmierną skłonność do rumu, był to człek naschwał, jakich nadarmo szukać! Nie bał się nikogo, nie!... jedynie Silvera... Ale Silver był to filut!...
— Dobrze, dobrze! — powiedziałem. — Wierzę ci w zupełności i nie chcę już gawędzić na ten temat. Czas nagli, przeto powinienem biec co tchu, żeby się połączyć z mymi przyjaciółmi!
— Nie, nie kamracie! — rzekł Benjamin Gunn. — Wydajesz mi się dobrym chłopcem, ale koniec końcem jesteś tylko chłopcem... No, ale Ben Gunn ucieka... Nawet rum nie poprowadzi mnie tam, gdzie idziesz... nawet rum... póki nie zobaczę twojego czcigodnego pana i nie dostanę słowa honoru. A nie zapomnijno moich słów: „Względem kosztowności (tak powiesz), względem kosztowności... więcej zaufania...“ a potem uszczypnij go... ot tak...
I z tą samą filuternością uszczypnął mnie po raz trzeci, mówiąc:
— A jeżeli wam będzie potrzeba Benjamina Gunna, wiesz, Kubo, gdzie możesz go znaleźć? Tam, gdzie znalazłeś go dzisiaj. A ten, kto przyjdzie, powinien mieć coś białego w ręce i powinien przyjść sam jeden. Aha! i jeszcze to powiesz: „Ben Gunn (powiesz) ma w tem swoją rację“.
— Dobrze — odrzekłem — zdaje mi się, że pojąłem, o co idzie. Chcesz coś oznajmić i życzysz sobie, byś mógł się widzieć z naszym dziedzicem lub doktorem, a znaleźć cię można tam, gdzie cię spotkałem. Czy to wszystko ?
— A może jeszcze zapytasz, kiedy? — dodał. — Owszem, mniejwięcej od południa do szóstego dzwonka.
— Dobrze, dobrze. Czy mogę już odejść?
— Czy nie zapomnisz? — badał mnie niespokojnie. — „Względem kosztowności... i ma swoją rację...“ Tak powiesz. „Swoją rację...“ to najważniejsze... „Jak człowiek z człowiekiem“. Więc dobrze, — mówił, trzymając mnie wciąż jeszcze — myślę, że możesz już odejść, mój Kubo... Ale, Kubusiu, jeżeli zobaczysz Silvera, nie zdradź wtedy Ben Gunna? Nikt z ciebie tego, com ci mówił, nie wyciągnie? Nie, dajesz mi słowo? A jeżeli piraci obozują na lądzie, Kubo, czy wtedy nie powiesz, że rano...
Dalsze słowa przerwał mu ogłuszający łoskot; kula armatnia przedarła się przez drzewa i ugrzęzła w piasku niespełna o sto sążni od miejsca, gdzieśmy rozmawiali. W jednej chwili odwróciliśmy się plecami do siebie i daliśmy drapaka w dwie przeciwne strony.
Przez dobrą godzinę ustawiczne grzmoty wstrząsały wyspą, a kule z trzaskiem zaszywały się w ostępie. Przebiegałem w coraz to inne ukrycia, zawsze ścigany, jak mi się zdawało, przez te przerażające pociski. Wkońcu atoli strzelanina osłabła. Wówczas, choć nie mogłem się odważyć na podejście w stronę warowni, gdzie kule padały najgęściej, jednakże w pewnej mierze odzyskałem pewność siebie i po długiem kołowaniu na wschód przyczołgałem się między drzewa rosnące na wybrzeżu.
Słońce właśnie zaszło, powiew morski szeleścił, buszując po lasach oraz marszcząc szarą powierzchnię przystani; przypływ już zupełnie opadł i wielkie smugi piasku leżały nieosłonięte. Powietrze ostygło i po upale dnia chłód przenikał mnie skroś kurtki.
Hispaniola stała jeszcze w tem samem miejscu, gdzie zarzucono kotwicę, lecz na szczycie masztu widniał już niestety „Wesoły Robert“ czarna bandera kaperska.[1] Gdy mu się przyglądałem, zerwał się jeszcze jeden krwawy błysk i jeszcze jeden huk, któremu odklasły wszystkie echa górskie i leśne... i jeszcze jedna kula działowa zaświstała w powietrzu. Był to już koniec kanonady.
Leżałem czas jakiś, śledząc ożywiony ruch, który powstał po natarciu. Kilku ludzi rozbijało coś siekierami na wybrzeżu niedaleko od warowni; jak się później dowiedziałem, była to nieszczęśliwa łódka. Dalej, w pobliżu ujścia rzeki płonęło wśród drzew wielkie ognisko; między tem miejscem a statkiem kursowało tam i spowrotem czółno, a ludzie, których widziałem poprzednio w tak ponurem usposobieniu, pokrzykiwali wesoło, jak dzieci. Z brzmienia ich głosu można było wnosić, że są zalani rumem.
Wkońcu pomiarkowałem, że mogę już podążyć ku twierdzy. Byłem od niej dość daleko, na niskim piaszczystym przesmyku, który zamyka przystań od wschodu, a przy małym stanie wody łączy się z Wyspą Szkieletów. Gdy powstałem na równe nogi, spostrzegłem w przedłużeniu przesmyka, ale w pewnej odległości, odosobnioną skałę dość wysoką i odznaczającą się nadzwyczaj białym kolorem. Przyszło mi na myśl, że jest to zapewne owa Biała Skała, o której wspominał Ben Gunn, i że kiedyś może potrzeba nam będzie łodzi, a wtedy będę wiedział, gdzie jej szukać.
Następnie przemykałem się borem, aż przedostałem się na tyły warowni, czyli na jej stronę lądową, gdzie niebawem zostałem gorąco powitany przez wiernych przyjaciół.
Opowiedziałem pokrótce swe przejścia i począłem się rozglądać dokoła. Stanica była zbudowana z nieociosanych dyli sosnowych — zarówno powała, jak ściany i podłoga. Ostatnia wznosiła się gdzieniegdzie na stopę lub półtora nad poziom nasypu piaskowego. Przy drzwiach był ganek, a pod tym gankiem tryskało małe źródełko, spływając do sztucznego zbiornika, dość osobliwego — jako że był to, prawdę mówiąc, wielki kocieł okrętowy z dziurawem dnem — i wsiąkało w piasek, gdzie miało „swój port“, jak się wyrażał kapitan.
Oprócz gołych ścian niewiele było w tej budowli; jedynie w jednym rogu spoczywała płytka kamienna, pewnie podkład pod ognisko, oraz stary zardzewiały żeleźniak do przechowywania zarzewia.
Stoki wzgórza i cały obręb warowni były ogołocone z drzewa, zużytego na budowlę, a po rozmiarach belek można było poznać, jak piękny i niebotyczny las tu wyrąbano. Większą część poręby wykarczowano lub wypalono po uprzątnięciu drzew; jedynie tam, gdzie upust wody wyciekał z kotła, grube podścielisko mchu oraz kilka paproci i pnących krzewów zieleniło się na tle piasku. W niedalekim od twierdzy obwodzie — ponoś za blisko, jak dla celów obrony — wystrzelał bór wyniosły i gęsty, wyłącznie jodłowy od strony lądu, a ku morzu mający znaczną przymieszkę żywych dębów.
Chłodny wzwiew wieczorny, o którym wspominałem powyżej, wnikał przez szczeliny grubo ciosanej budowli i zasypywał podłogę nieustannym deszczem drobnego piasku. Mieliśmy piasek w oczach, w zębach, w potrawach, piasek kłębił się w źródle na dnie kotła, niby kasza zaczynająca się gotować. Za dymnik służył nam czworokątny otwór w dachu, przez który wydostawała się na zewnątrz tylko nieznaczna część dymu, reszta zaś rozchodziła się po całym domu, gryząc nas w oczy i zmuszając do ciągłego kaszlu. Dodajmy do tego, że Gray, nasz nowy sojusznik, miał twarz obwiązaną bandażem ze względu na ranę, którą otrzymał, gdy uciekał od buntowników, oraz że biedny stary Tomasz Redruth, jeszcze niepogrzebion leżał pod ścianą, nieruchomy i ostygły, spowinięty w sztandar Wielkiej Brytanji...
Gdyby nam pozwolono siedzieć z założonemi rękoma, rychłobyśmy wpadli w czarną melancholję. Ale kapitan Smollett nie znosił bezczynności. Zwołał całą drużynę i podzielił nas na dwie zmiany warty: na jedną przeznaczył doktora, Graya i mnie, a na drugą dziedzica, Huntera i Joyce’a. Aczkolwiek byliśmy znużeni, dwóch wyprawiło się po jedlinę, dwaj drudzy zajęli się kopaniem grobu dla Redrutha, doktór awansował na kucharza, ja stanąłem na posterunku przy drzwiach, a kapitan osobiście przechodził od jednego do drugiego, dodając otuchy i przykładając ręki, gdzie tego zaszła potrzeba.
Od czasu do czasu doktór podchodził do drzwi, aby zaczerpnąć nieco powietrza i dać wytchnienie oczom, które z czadu i swędu wyłaziły mu niemal nawierzch, a ilekroć podszedł, zawsze rzucił mi jakieś słówko, naprzykład:
— Ten Smollett to człowiek lepszy ode mnie. Nie mówię tego na wiatr, mój Kubusiu!
To znów podszedł i przez chwilę milczał, poczem przechylił głowę, spojrzał na mnie i zagadnął:
— Czy ten Benjamin Gunn jest pewnym człowiekiem?
— Nie wiem, panie doktorze — odrzekłem. — Nie mam pewności, czy jest on zdrów na umyśle.
— Rozproszę twą niepewność i powiem ci, że jest on zdrów — zapewnił mnie doktór. — Człowiek, który przebył trzy lata na bezludnej wyspie, gryząc palce z rozpaczy, nie może wydawać się człowiekiem do rzeczy, jak jeden z nas; nie leży to w naturze ludzkiej. Wszak mówił ci, że tęskni za serem?
— Tak jest, panie doktorze, za serem — odpowiedziałem.
— Wyśmienicie, Kubo! — rzekł doktór. — Zobaczno, jak to pomyślnie się składa, że właśnie mam słabość do sera. Widziałeś moją tabakierę?... Spewnością. Ale nigdy nie widziałeś, bym zażywał tabakę. Powód w tem, że w tabakierze noszę zawsze kawałek parmezanu... smacznego sera, wyrabianego we Włoszech. Ofiaruję go Benjaminowi Gunnowi.
Nim zasiedliśmy do wieczerzy, zagrzebaliśmy w piasku zwłoki starego Tomasza i z obnażonemi pomimo wiatru głowami czas jakiś staliśmy w milczeniu nad jego mogiłą. Zebraliśmy stos jedliny, nie zaspokoiło to jednakże kapitana: potrząsnął głową i zapowiedział, że jutro musimy nieco gorliwiej zakrzątnąć się koło tej pracy. Gdy spożyliśmy porcję mięsa i zakropili ją szklanką tęgiego grogu, trzej wodzowie zebrali się w kącie na naradę.
Niebardzo ponoś starczyło im konceptu co do dalszego działania. Zapasy były tak szczupłe, że głód mógł nas zmusić po poddania się, zanimby nadeszła odsiecz. Zgodzono się jednak, że jedyną deską ratunku będzie strzelanie bez pardonu do opryszków, póki nie zwiną swej bandery, albo nie uciekną wraz z Hispaniolą. Z dziewiętnastu liczba ich uszczupliła się do piętnastu, dwóch odniosło rany, jeden zaś — ów trafiony koło działa — o ile nie zabity, był przynajmniej ciężko raniony. Każdej chwili mogliśmy uderzyć na nich i przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności wyszlibyśmy cało z potyczki. Ponadto mieliśmy dwóch możnych sprzymierzeńców: rum i klimat.
Co się tyczy pierwszego z nich, to choć byliśmy oddaleni przeszło pół mili, słyszeliśmy jednak wrzaski i pijackie śpiewy piratów; zasię co do drugiego doktór „stawiał w zakład perukę“, że gdy będą obozowali wśród trzęsawiska niezaopatrzeni w lekarstwa, tedy połowa ich wyginie jeszcze przed upływem tygodnia.
— To też — dodał — o ile nas wpierw nie powystrzelają, to niech się cieszą, jeżeli uda się im wsiąść na pokład szonera, którym zawładnęli. Bądź co bądź jest okręt, na którym znów będą mogli uprawiać swe zbójeckie rzemiosło!...
— Pierwszy okręt, jaki straciłem! — westchnął kapitan Smollett.
Łatwo sobie wyobrazić, iż byłem przejściami swemi piekielnie zmęczony. To też ledwo położyłem się na spoczynek (co nastąpiło po wielu zataczaniach się), zasnąłem twardo, jak kłoda.
Już towarzysze moi byli dawno na nogach, zjedli śniadanie i powiększyli stos paliwa jodłowego bezmała o połowę dotychczasowej wysokości, gdy ocknąłem się, przebudzony jakiemś poruszeniem i gwarem głosów.
— Biała chorągiew! — ktoś mówił, a zaraz potem rozległ się krzyk zdumienia:
— Silver parlamentarzem!
Usłyszawszy to, zerwałem się na równe nogi, przetarłem powieki i podbiegłem do strzelnicy, wyciętej w ścianie budynku.


Przypisy

  1. Kaprami lub flibustjerami nazywano dawniej piratów.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.