Wyspa skarbów/Rozdział XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział trzynasty.
JAK SIĘ ROZPOCZĘŁY MOJE PRZYGODY NA LĄDZIE.

Gdy rano wyszedłem na pokład, wyspa przedstawiała już zupełnie odmienny widok. Chociaż wiatr osłabł bardzo, to jednak przebyliśmy w nocy sporą przestrzeń i znajdowaliśmy się już mniejwięcej o pół mili na Pd. W. od niskiego wybrzeża wschodniego. Zielone lasy pokrywały znaczną część powierzchni wyspy. To jednostajne tło przerywały smugi żółtych ławic piaskowych w części nizinnej oraz wysokie drzewa z rodzaju sosen, wybujałe ponad inne — bądź pojedyńcze, bądź w skupieniach; zresztą krajobraz był naogół ponury i mało urozmaicony. Pagórki odcinały się wyraziście od podszycia roślinności wierzchołkami nagiemi i skalistemi. Wszystkie miały kształty dziwaczne, a najwyższy z nich, Luneta, wznoszący się na wysokość trzystu lub czterystu stóp ponad wyspą, miał niewątpliwie układ najosobliwszy, gdyż zbocze jego opadało stromo prawie jednakowo ze wszystkich stron, a wierzchołek jego był ucięty, niby podstawa, na której miano wznieść posąg.
Hispaniola lawirowała po wezbranym oceanie, wychlupując wodę szpygatami. Drążki żaglowe szarpały się na blokach, rudło steru miotało się tam i spowrotem, a cały statek skrzypiał, huczał, łomotał i dygotał, jak młyn. Musiałem silnie uchwycić się za linę boczną, bo świat cały wirował i mącił mi się przed oczyma. Byłem wprawdzie już dość zaprawiony do żeglugi, lecz to stanie w miejscu i obracanie się wkółko, nakształt butelki, było czemś takiem, czego nigdy nie umiałem przetrzymać bez zawrotu głowy lub czegoś podobnego, zwłaszcza rano przy pustym żołądku.
Może to stąd pochodziło — ale może powodem mej słabości był widok wyspy z jej zielonemi, posępnemi lasami, dzikiemi szczytami skalnemi i kłębowiskiem fal, którego spieniony war ze zgiełkiem rozbijał się o urwisty brzeg; słowem — choć słońce świeciło jasno i przygrzewało mocno, choć ptactwo nadbrzeżne nurkowało i świegotało dokoła nas i choć należałoby przypuszczać, że każdy powinien się rozweselić, widząc ziemię po tak długiem kołataniu się na morzu, to jednak mnie dusza, jak to mówią, uciekła w pięty i od pierwszego spojrzenia znienawidziłem nawet samą myśl o Wyspie Skarbów.
Mieliśmy tego poranku ciężką pracę przed sobą, gdyż wiatru nie było ani śladu, przeto trzeba było spuścić czółna napełnione ludźmi i holować okręt trzy czy cztery mile dokoła cypla wyspy i przez cieśninę do zatoki poza Wyspą Szkieletów. Zgłosiłem się na jedną z łodzi, gdzie, prawdę mówiąc, nie miałem nic do roboty. Upał był nieznośny, a marynarze dąsali się i sarkali na swój trud. Anderson dowodził mojem czółnem, a zamiast trzymać w karbach swoich podwładnych, zrzędził, jak mógł najgłośniej.
— Dobrze, — rzekł, rzuciwszy przekleństwo — że nie zawsze tak będzie!
Uważałem to za bardzo zły znak, gdyż aż do tego dnia ludzie szli żwawo i chętnie do swych zajęć, lecz sam widok wyspy już zdołał rozluźnić węzły karności.
Podczas całej przeprawy Długi Jan stał koło sternika i wskazywał kierunek jazdy. Znał cieśninę, jak dłoń własną, a chociaż pomiar głębokości wykazał wyższy stan wody, niż oznaczono na mapie, to jednak Jan nie miał żadnych wątpliwości.
— Bywają tu silne przypływy — objaśnił — a ta cieśnina jest niby rydlem przekopana, jak to mówią.
Przybiliśmy do tego miejsca, gdzie na mapie była uwidoczniona kotwica, mniejwięcej o trzecią część mili od obu wybrzeży, mając z jednej strony ląd główny, a Wyspę Szkieletów z drugiej. Dno było piaszczyste i przeźrocze. Plusk kotwicy spłoszył czeredy ptactwa, które z wrzawą poczęły krążyć nad lasem, lecz za chwilkę znów przysiadły i wszystko się uspokoiło.
Miejsce to było całkowicie zamknięte lądem i osłonięte lasami, których drzewa dochodziły w sam raz do linji największego przyboru wody; brzegi były przeważnie płaskie, a otaczały je wzgórza, wznoszące się tu i owdzie stopniami w półkręgu. Dwie małe rzeczułki, lub raczej kałuże, przesączały się do tego limanu, jak można było nazwać zatokę, a liście z tej strony wybrzeża miały jakiś niezdrowy i odurzający połysk. Z okrętu nie mogliśmy dojrzeć żadnego domu czy obwarowania, gdyż wszystko zakrywały drzewa, a gdyby nie istniała mapa w kajucie kapitańskiej, zawierająca wszystkie szczegóły, możnaby mniemać, że jesteśmy pierwszymi ludźmi, którzy tu zarzucili kotwicę od czasu, gdy wyspa wyłoniła się z głębiny morskiej.
Najmniejszy powiew nie poruszał powietrza. Panującej tu ciszy nie mącił dźwięk żaden, oprócz szmeru bałwanów skłębionego morza na wybrzeżu i skałach o pół mili stąd. Woń bagienna, powstająca z gnijących liści i butwiejących pni drzewnych, napełniała całą przystań. Zobaczyłem, że doktór począł krzywić nosem, jak gdyby wąchał zgniłe jaje.
— Nie wiem, czy są tu skarby — rzekł — ale daję w zastaw perukę, że panuje tu febra.
Jeżeli zachowanie się marynarzy już na łodzi było niepokojące, to stało się wprost wyzywające, gdy weszli na okręt. Porozwalali się na pokładzie, wiodąc rozmowę pełną utyskiwań. Najlżejsze zlecenie przyjmowano złowrogiem spojrzeniem, a spełniano niechętnie i niedbale. Nawet uczciwi okrętnicy snadź zarazili się złym przykładem, gdyż na okręcie nie było ani jednego człowieka, któryby skarcił opieszałych. Było rzeczą jasną, że rokosz wisiał w powietrzu, niby chmura gradowa.
Ale nietylko my, w naszym apartamencie, odczuwaliśmy grozę położenia. Długi Jan uwijał się znojnie, przechodząc od jednej gromady do drugiej, nie szczędząc dobrych rad i osobiście świecąc jak najlepszym przykładem. Sam siebie prześcignął w uprzejmości i wykwincie, wszystkich dokoła obdarzał uśmiechem. Ilekroć wydano jakiś rozkaz, Jan natychmiast pojawiał się na swem szczudle i z najsłodszym w świecie wyrazem oblicza umizgał się: „Słucham, słucham, jaśnie panie!“ Kiedy zaś nie było nic do roboty, wywodził jedną śpiewkę za drugą, jak gdyby chciał zatuszować niezadowolenie swych współtowarzyszów.
Z wszystkich przykrych szczegółów tego posępnego popołudnia najbardziej przygniatającym był ten niesamowity niepokój Długiego Jana.
Odbyliśmy naradę w kajucie.
— Panie łaskawy, — rzekł kapitan — jeżeli wydam jeszcze jaki rozkaz, będziemy mieli po uszy złorzeczeń całego okrętu. Sami panowie widzą, co się święci. Każde z mych żądań spotka się z grubijańską odpowiedzią! Jeżeli więc powtórzę rozkaz, zwrócą ostrze buntu prędzej przeciwko nam; jeżeli tego nie uczynię, Silver domyśli się, że się pod tem coś ukrywa, i cała sprawa przegrana! Mamy teraz jednego tylko człowieka, na którym możemy polegać.
— Któż to taki? — zapytał dziedzic.
— Silver, mój panie; — odparł kapitan — jest on tak zaniepokojony, jak pan i ja, iż się sprawa psuje. To tylko chwilowe dąsy; wkrótce rozmówi się z nimi, skoro nadarzy się sposobność, a ja właśnie podaję wniosek, by dać mu tę sposobność. Pozwólmy ludziom wyjść na ląd na całe pół dnia. Jeżeli pójdą wszyscy, to napewno zawładniemy całym okrętem. Jeżeli nie pójdzie nikt, zgoda, wtedy zatarasujemy się w kajucie, a Bóg niech broni słusznej sprawy. Jeżeli pójdzie kilku, niech pan zapamięta sobie moje słowa, że Silver przyprowadzi ich spowrotem na okręt, potulnych, jak baranki.
Tak też postanowiono. Nabite krucice przygotowano dla wszystkich pewnych ludzi; Huntera, Joyce’a i Redrutha dopuściliśmy do wszystkich poufnych wiadomości, które przyjęli z mniejszem zdziwieniem i większą odwagą, niż spodziewaliśmy się. Kapitan wyszedł na pokład i odezwał się do załogi:
— Chłopcy! mieliśmy dzień gorący, jesteśmy zmęczeni i markotni. Wycieczka na ląd nie utrudzi nikogo, czółna są już na wodzie, więc wsiadajcie i kto chce, może całe pół dnia spędzić na lądzie. Na godzinę przed zachodem słońca wypalę z działa.
Słowa te miały wpływ czarnoksięski. Durni spiskowcy, oszołomieni nadzieją skarbów, chcieli snadź łamać sobie nogi zaraz po wylądowaniu, bo wmig poniechali fochów i wydali okrzyk, który odbił się echem od dalekiego wzgórza i znów pobudził ptactwo do latania z wrzawą nad przystanią.
Kapitan był zanadto przezorny, żeby miał pozostawać na miejscu; natychmiast zszedł z oczu, pozwalając Silverowi na zebranie drużyny, a mam wrażenie, że postąpił zupełnie trafnie. Gdyby pozostał na pokładzie, nie mógłby dłużej udawać, jak dotąd, że nie rozumie, na co się zanosi. Było to jasne jak słońce. Silver był dowódcą i miał za sobą silną, zbuntowaną watahę. Uczciwi marynarze — a wkrótce miałem sposobność przekonać się, że byli i tacy — byli zapewne bardzo głupimi ludźmi. Skłonniejszy jednak jestem do przypuszczenia, że wszyscy żeglarze ulegli gorszącemu przykładowi hersztów — jedni mniej, drudzy więcej, kilku zaś w gruncie rzeczy niezłych ludzi nie dało się już dalej prowadzić ani pociągnąć w przepaść. Wszak to zgoła co innego być leniwym i niesfornym, a co innego zdobywać okręt i zabijać niewinnych bliźnich.
Nakoniec jednak drużyna się zgromadziła. Sześciu majtków miało pozostać na okręcie, a trzynastu innych, wliczając w to i Silvera, zaczęło schodzić do łodzi.
Wówczas przyszedł mi do głowy pierwszy z tych szalonych pomysłów, które tak bardzo się przyczyniły do ocalenia naszego życia. Gdyby sześciu ludzi wybrał sobie Silver, oczywiście nasze stronnictwo nie mogłoby opanować okrętu walką, ale ponieważ tylko sześciu pozostało, było rzeczą jasną, że moja obecność w kajucie nie była narazie konieczna. Przyszła mi chętka, by iść na ląd. W mgnieniu oka ześlizgnąłem się z boku okrętu i stoczyłem się na przednią ławę najbliższego czółna, w tej samej zaś chwili odbiło ono od statku.
Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, jedynie pierwszy wioślarz mruknął: „To ty, Kubo? Schyl głowę!“ Lecz Silver dostrzegł mnie swym jastrzębim wzrokiem z drugiej łodzi i zawołał na mnie, by się upewnić, czy to ja jestem. Od tej chwili począłem żałować tego, co zrobiłem.
Łodzie pędziły na wyścigi ku wybrzeżu, ale ta, w której ja się znajdowałem, miała lepszy rozpęd, była lżejsza i prowadzona przez lepszych wioślarzy, tak iż pozostawiła daleko wtyle swą towarzyszkę; niebawem jej krawędź otarła się o drzewa, rosnące na brzegu. Wtedy bez zwłoki uchwyciłem się gałęzi, wdrapałem się na nią i dałem nura w najbliższą gęstwinę, gdy Silver i reszta jadących była jeszcze o sto sążni poza mną.
— Kuba! Kuba! — usłyszałem jego nawoływania.
Łatwo zgadnąć, że nie zwracałem na to uwagi. Skacząc, czołgając się i przedzierając przez gąszcze, póki nie zbrakło mi tchu, umykałem prosto przed siebie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.