Wyspa skarbów/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Robert Louis Stevenson
Tytuł Wyspa skarbów
Data wydania 1930
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział czternasty.
PIERWSZY CIOS.

Byłem tak uradowany wyratowaniem się z rąk Długiego Jana, iż rychło nabrałem pewności siebie i zacząłem z niejaką ciekawością rozglądać się po nieznanej krainie, w której się znalazłem.
Przebyłem grząską żuławę, zarosłą wierzbami, sitowiem i cudacznemi, zamorskiemi drzewami błotnemi, i znajdowałem się obecnie na rubieży odsłoniętego skrawka sfalowanej wydmy piaskowej, ciągnącej się bezmała milę, a nakrapianej tu i owdzie kępkami sosen lub gromadkami pokrzywionych drzew, rozmiarami nieco przypominających dęby, lecz bladem ulistnieniem podobniejszych do wierzb. Na dalekiej krawędzi tej polany sterczało jedno ze wzgórz o dwu skalistych, dziko poszarpanych szczytach, lśniących w słońcu.
Wtedy to po raz pierwszy odczułem radość poszukiwań. Wyspa była niezamieszkała; towarzyszy okrętowych zostawiłem daleko za sobą, a przede mną nie było żywej istoty oprócz niemych zwierząt i ptaków. Rozpocząłem wałęsać się pośród drzew. Tu i owdzie widziałem kwitnące rośliny, zgoła mi nieznane, gdzieindziej zaś w słońcu grzały się węże; jeden z nich nawet podniósł głowę nad upłaz skalny i syknął na mnie, wydając zarazem dźwięk, nieco podobny do brzęczenia kręcącej się frygi. Nie domyślałem się bynajmniej, że był to najjadowitszy z gadów, a ów dźwięk pochodził z owej osławionej grzechotki.
Przybyłem następnie do długiego gaju, złożonego z tych drzew, naśladujących dęby — dowiedziałem się później, że nazywają się dębami żywemi lub wiecznie zielonemi; rosły one nisko nad piaskiem, niby ostrężyny, miały konary dziwnie rosochate i pogięte, a listowie gęste, jak strzecha. Gaj ciągnął się od wierzchołka jednego z usypisk piaskowych, a w miarę zapuszczania się wgłąb rozprzestrzeniał się i stawał się coraz wyższy, aż dosięgnął brzegów szerokiego, zarosłego rokitą trzęsawiska, przez które przeciekał ku zatoce jeden ze wspomnianych strumyków. Wskutek skwaru słonecznego wydzielały się z nad moczaru opary, skroś których niewyraźnie się rysowała, niby drżąca we mgle, skalista krawędź Lunety.
Ni stąd ni z owąd wszczął się niezwykły harmider w sitowiu; wyleciała z kwakaniem jedna cyranka, za nią druga i trzecia, a wrychle nad całą powierzchnią grążeli wzbiła się istna chmara ptactwa, wydzierając się w niebogłosy i kołując w powietrzu. Odrazu odgadłem, że to pewno kilku mych towarzyszy okrętowych przeciąga nad brzegiem trzęsawiska. Nie omyliłem się w domysłach, gdyż usłyszałem niebawem oddalony jeszcze i przytłumiony dźwięk głosu ludzkiego, który im dłużej nadsłuchiwałem, stawał się bliższy i donośniejszy.
Ogarnął mnie ogromny strach, więc wpełznąłem pod osłonę najbliższego „żywego dębu“ i przyczaiłem się czujnie i cicho, jak mysz pod miotłą.
Skolei inny głos zaczął odpowiadać. Potem ozwał się znów głos pierwszy, po którym poznałem Silvera, i płynął przez długą chwilę, jak rwący potok, zaledwie raz czy dwa przerwany przez głos drugi. Sądząc z brzmienia, musieli rozmawiać poważnie, a czasami nawet z gniewem, lecz ani jedno zrozumiałe słowo nie doszło do mych uszu.
Wkońcu rozmawiający snadź się zatrzymali, a może usiedli, gdyż nietylko gwar ich rozmowy przestał się przybliżać, ale nawet ptaki uspokoiły się nieco i poczęły wracać do swych gniazd na trzęsawisku.
Wtedy uświadomiłem sobie, że zaniedbuję swoją powinność; boć jeżeli okazałem się tak nierozsądny, że ośmieliłem się iść na wybrzeże w towarzystwie tych rzezimieszków, tedy zdobyć się mogłem przynajmniej na podsłuchanie ich knowań, przeto najwyraźniejszem zadaniem mojem w chwili obecnej było podejść ku nim jak najbliżej, pod dogodną zasłoną płożących się drzew.
Kierunek, w którym znajdowali się rozmawiający, oznaczyć można było dokładnie nietylko na podstawie dźwięków ich głosu, ale i po zachowaniu się kilku ptaków, które jeszcze z niepokojem krążyły nad głowami niepożądanych natrętów.
Pełznąc na czworakach, podkradałem się ku nim zwolna lecz wytrwale. Wreszcie, podnosząc głowę do szpary między liśćmi, mogłem widzieć wyraźnie małą, zasłoniętą drzewami kotlinę wbok od moczaru, gdzie Długi Jan Silver i jeden z załogi stali, zwróceni do siebie nawzajem twarzami w rozmowie.
Słońce rzucało na nich swe skwarne promienie. Silver odrzucił wbok na ziemię kapelusz, a swą pociągłą, układną, jasną twarz, błyszczącą od rzęsistego potu, zadarł nieco ku górze, jakby wydawał jakieś polecenie drugiemu mężczyźnie.
— Kamracie! — mówił doń — cenię cię, jak prawdziwy skarb! Możesz mi wierzyć... jak prawdziwy skarb! Gdybym nie przylgnął do ciebie, jak smoła, czy myślisz, że byłbym cię teraz ostrzegał? Już klamka zapadła, stało się: już nie można niczemu zapobiec ani nic naprawić. To, co mówię, to tylko w tym celu, abyś miał całą głowę na karku, bo jeżeli który z tych rozbójników dowie się, to co z sobą pocznę, Tomaszu? Sam powiedz, co zrobię, gdzie się podzieję?...
— Silver! — odezwał się drugi mężczyzna, a spostrzegłem, że był nietylko czerwony po uszy, lecz mówił głosem chrapliwym, jak gawron, i trzęsącym się, jak napięta lina. — Słuchaj, Silver! Jesteś stary i uczciwy, a przynajmniej uchodzisz za takiego. Masz poddostatkiem grosiwa; jesteś bogatszy od wielu, wielu marynarzy, a jeżeli się nie mylę, masz w sobie wiele siły i odwagi. I ty mi mówisz, że chcesz wdawać się w tę brudną sprawę z czernią łotrów? Nie, to chyba nieprawda! Jak mnie tu Bóg widzi, wolę rękę postradać, niż do tego przystąpić! Jeżeli złamię swą powinność...
Nagły jakiś hałas przerwał jego słowa. Miałem przed sobą jednego z uczciwych marynarzy, a w tejże chwili doszła mnie wieść o drugim. Opodal za mokradłem rozległ się nagle głos jakiś, niby krzyk oburzenia, następnie zaś drugi ztyłu poza nim, a zaraz potem przeraźliwy, przeszywający i przeciągły wrzask. Opoki Lunety po kilkakroć odpowiedziały echem, całe zastępy ptactwa błotnego pierzchły znów z ogromnym trzepotem i wrzawą, zacieniając niebo; dopiero po upływie dłuższego czasu, gdy ten śmiertelny, nieludzki krzyk dzwonił mi jeszcze w uszach, cisza znów zapanowała w przestworzu i jedynie szelest ptaków ciągnących spowrotem i pomruk oddalonych fal morskich zakłócały senność popołudnia.
Tomasz poderwał się na krzyk, jak rumak, ugodzony ostrogą, natomiast Silver nawet nie mrugnął okiem, lecz stał, gdzie przedtem, opierając się zlekka na szczudle i wpatrując się czujnie w swego towarzysza, jak żmija, zanim rzuci się na zdobycz.
— Janie! — rzekł żeglarz, wyciągając dłoń.
— Ręce do góry! — krzyknął Silver, odskakując na pewną odległość wtył, doprawdy z rączością i wprawą wyćwiczonego skoczka.
— Owszem, ręce do góry, Janie Silverze — rzekł tamten. — Nieczyste sumienie każe ci się mnie obawiać! Ale, na miłość Boską, powiedz mi, co to było.
— Co? — odparł Silver, uśmiechając się bardziej znacząco niż kiedykolwiek, tak iż oko jego zdawało się jakby główka od szpilki w jego olbrzymiem obliczu, ale połyskiwało, niby okruch szkła. — Co to było? O, tak mi się zdaje, że to pewno Alan.
— Alan! — wzdrygnął się ów. — Wieczny odpoczynek jego duszy, bo był to wierny marynarz! A co się tyczy ciebie, Janie Silverze, długo byłeś mi przyjacielem, ale już nim nie jesteś! Niech sczeznę jak pies, ale dotrzymam obowiązku! To ty zabiłeś Alana! Zabij i mnie, jeśli możesz. W każdym razie ci nie ulegnę!
To powiedziawszy, dzielny okrętnik odwrócił się plecami od kucharza i począł zmierzać ku wybrzeżu. Lecz nie było mu danem odejść daleko. Jan, ryknąwszy z wściekłości, uchwycił się za gałąź drzewa, wyrwał szczudło z pod pachy i rzucił tym niezwykłym pociskiem, który warknął w powietrzu i ugodził biednego Tomasza z ogromną siłą, samem okuciem, pomiędzy łopatki w środek grzbietu.
Nieszczęśliwiec rozwarł ramiona i upadł z jękiem. Trudno powiedzieć, czy poniósł większe obrażenie, atoli, sądząc z jęku, pewno miał krzyże zgruchotane doszczętnie. Lecz już nie było czasu na sprawdzenie tych przypuszczeń. Silver, choć bez nogi i szczudła, błyskawicznie, z małpią zręcznością, znalazł się przy leżącym i dwukrotnie zatopił nóż aż po rękojeść w ciele bezbronnego. Z mej kryjówki słyszałem, jak dyszał głośno przy zadawaniu razów.
Nie wiem dokładnie, co znaczy omdlenie, lecz wiem, że w onej chwili cały świat zawirował przede mną i zaszedł mgłą: Silver, ptaki i wyniosły szczyt Lunety — wszystko to zatoczyło jakiś piekielny taniec w moich oczach, a w uszach odezwało się niby huczenie dzwonów i gwar zmąconych głosów.
Gdy oprzytomniałem, już zbrodniarz zabierał się do odejścia, włożywszy szczudło pod ramię, a kapelusz na głowę. Tuż przed nim na murawie leżał nieruchomo Tomasz, lecz zabójca nie troszczył się oń ani troszkę, ocierając zbroczony nóż przygarścią trawy. Pozatem nic się nie zmieniło: słońce wciąż świeciło nielitościwie nad zionącem oparzeliskiem i nad strzelistemi wierzchołkami gór... Ledwo mogłem uwierzyć, że dopiero co dokonał się rozlew krwi i że przed chwilą zgładzono w okrutny sposób życie ludzkie...
Lecz Jan w tejże chwili włożył rękę do kieszeni, wyciągnął świstawkę i wydał kilka modulowanych dźwięków, które rozbrzmiały daleko w skwarnem przestworzu. Wprawdzie nie rozumiałem znaczenia tego hasła, w każdym razie jednak wzbudziło ono we mnie natychmiast lęk niepomierny. Mogło nadejść więcej ludzi, mogli mnie odnaleźć. Właśnie zabili dwóch uczciwych ludzi — po Tomaszu i Alanie może na mnie miała przyjść kolej?
Bez namysłu począłem wydobywać się z gąszczy i poczołgałem się jak najspieszniej i najciszej spowrotem ku najbardziej odsłoniętej części lasu. Zaledwie to uczyniłem, posłyszałem tu i tam odzewy i odhukiwania starego korsarza i jego wspólników — te głosy oraz świadomość niebezpieczeństwa jakby mi przypięły skrzydła. Skoro tylko wydostałem się z zarośli, popędziłem tak chyżo, jak jeszcze nigdy przedtem, nie myśląc wcale o kierunku ucieczki, byle tylko odbiec jak najdalej od złoczyńców, a kiedym tak pędził, strach rósł i rósł we mnie... ażem już był bliski szaleństwa.
Bo też, biorąc rzecz ściśle, czyż był kto w cięższej opresji, niż ja? Gdy posłyszę strzał armatni, jakoż odważę się zejść do łodzi pomiędzy tych przestępców, zwalanych świeżem morderstwem? Czyż pierwszy z nich, który mnie zobaczy, nie ukręci mi szyi, jak bekasowi? Czyż sama moja nieobecność nie będzie dla nich jawnym dowodem mej trwogi, a co zatem idzie, i mych wiadomości, tak fatalnych? Już po wszystkiem, myślałem sobie, bywaj zdrowa, Hispaniolo! bywajcie zdrowi, panie dziedzicu, panie doktorze i kapitanie! Nic mi nie pozostało, jak umrzeć z głodu lub z rąk rokoszan!
Biegłem i biegłem przed siebie, aż, nie zdając sobie z tego sprawy, dotarłem do stóp niewielkiego wzgórza o dwu wierzchołkach i znalazłem się w części wyspy, gdzie żywe dęby rozrastały się szerzej, przybierając wygląd i rozmiary drzew leśnych. Gdzieniegdzie mieszały się z niemi zrzadka sosny, dochodzące do pięćdziesięciu, a bywało że i do siedemdziesięciu stóp wysokości. Powietrze miało woń bardziej orzeźwiającą i czystsze było, aniżeli nad bajorem.
Wtem nowe niepokojące zjawisko osadziło mnie w miejscu. Stanąłem osłupiały, a serce tłukło we mnie jak młotem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Robert Louis Stevenson i tłumacza: Józef Birkenmajer.