Wróg ludu/Akt III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Ibsen
Tytuł Wróg ludu
Rozdział Akt III
Pochodzenie Wybór dramatów
Data wydania 1899
Wydawnictwo S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Waleria Marrené
Tytuł orygin. En folkefiende
Źródło Skany na Commons
Inne Cały dramat
Pobierz jako: Pobierz Cały dramat jako ePub Pobierz Cały dramat jako PDF Pobierz Cały dramat jako MOBI
Cały zbiór
Indeks stron
AKT III.
Redakcya Posła ludu. W głębi drzwi wchodowe, na prawo w téjże ścianie drugie drzwi szklane, przez które widać drukarnię. W prawéj ścianie trzecie drzwi: Na środku pokoju duży stół, przykryty papierami, dziennikami, książkami. Na lewo blizko sceny okno, a przy niém biurko, z wysokiém krzesłem. Przy stole kilka foteli, około ścian, gdzieniegdzie krzesła. Cały pokój ciemny i niemiły. Meble stare, krzesła mają pokrycie brudne i podarte. W drukarni widać kilku pracujących zecerów, daléj ręczną prasę w ruchu.

SCENA PIERWSZA.
(Haustad siedzi przy stole i pisze. Niedługo wchodzi Billing z rękopismem doktora w ręku, drzwiami z prawéj strony).

BILLING. No, powiedziéć muszę...
HAUSTAD (pisząc). Czyś go pan przeczytał?
BILLING (kładąc rękopism na biurku). Czytałem.
HAUSTAD. Nieprawdaż, że doktór trochę ostro występuje.
BILLING. Każde słowo trafia, jak uderzenie młota, z druzgoczącą siłą.
HAUSTAD. Bo téż tacy panowie nie upadają od pierwszego razu.
BILLING. Z pewnością nie, ale my uderzać będziemy, dopóki nie upadną. Kiedym ten rękopism czytał, zdawało mi się, że słyszę w oddali wrzącą rewolucyę.
HAUSTAD (odwracając się). Pst! Byle tylko Thomsen coś podobnego nie usłyszał.
BILLING (ciszéj). Thomsen to tchórz, ma zajęcze serce, nie posiada ani iskry męskiéj odwagi. Tym razem jednak, pan swoję rzecz przeprowadzi? Wydrukujesz pan rozprawę doktora?
HAUSTAD. Jeżeli tylko burmistrz nie ustąpi.
BILLING. To byłoby bardzo przykre.
HAUSTAD. Na szczęście, jakikolwiek obrót rzeczy wezmą, możemy z tego skorzystać. Jeżeli burmistrz nie skłoni się do zamiarów doktora, będzie miał na karku całe małe mieszczaństwo, ze stowarzyszenia właścicieli domów; a jeśli go posłucha, to poróżni się z bogatemi akcyonaryuszami, którzy dotąd popierali go najsilniéj.
BILLING. Tak, tak, bo ci z pewnością będą musieli wyłożyć poważną sumę.
HAUSTAD. Możemy być o tém przekonani, a wówczas zrobi się wyłom w tym zaklętém kole i będziemy mogli dzień po dniu ostrzegać publiczność, że burmistrz pod żadnym względem nie odpowiada swoim obowiązkom i wszystkie urzędy miejskie, wymagające zaufania ogólnego, będą musiały przejść w ręce wolnomyślnych.
BILLING. Rzeczywiście, sprawy korzystniéj dla nas obrócić się nie mogły. Widzę to, widzę dobrze, iż jesteśmy w przededniu miejscowéj rewolucyi (ktoś stuka).
HAUSTAD. Pst! (głośno) Proszę.


SCENA DRUGA.
CIŻ I STOCKMANN (wchodzi przez drzwi na lewo w głębi).

HAUSTAD (idąc naprzeciw niemu). Ach! pan doktór. I cóż?
STOCKMANN. Drukuj, panie redaktorze, drukuj.
BILLING. Wiwat!
STOCKMANN. Drukuj pan, mówię. Wojna w mieście, panie Billing.
BILLING. Wojna? Spodziewam się, że pójdzie na noże — na śmierć i życie.
STOCKMANN. Ten memoryał będzie forpocztą, mam już w głowie materyał na cztery lub pięć innych. Gdzież Thomsen?
BILLING (woła we drzwiach drukarni). Thomsen, prosimy na chwilkę.
HAUSTAD. Cztery lub pięć artykułów, o téj saméj materyi?
STOCKMANN. Broń Boże! O zupełnie innych rzeczach, ale to wszystko poczyna się od tych robót wodnych i jedno drugie wywołuje. To tak, jak kiedy kto poruszy stary budynek.
BILLING. Tak, okazuje się konieczność, zburzenia go całego.


SCENA TRZECIA.
CIŻ I THOMSEN.

THOMSEN (wchodząc z drukarni). Zburzenia całego! Pan doktór nie chce przecież burzyć budynku kąpielowego?
HAUSTAD. Broń Boże! Tego się pan nie bój.
STOCKMANN. Nie, chodzi nam zupełnie o co innego. Co pan mówi, redaktorze, o mojéj rozprawie?
HAUSTAD. Prawdziwe arcydzieło.
STOCKMANN. Nieprawdaż? No, to mnie cieszy.
HAUSTAD. Rzecz przedstawiona jest tak jasno, tak przekonywająco, iż bez fachowego wykształcenia, można ją doskonale zrozumiéć. Kto tylko zdolny jest myśléć, niezawodnie podzieli pańskie zdanie.
THOMSEN. Tak uczynią wszyscy rozsądni ludzie.
BILLING. Rozsądni czy nierozsądni. Jedném słowem całe miasto.
THOMSEN. W takim razie, możebyśmy się odważyli na odbitkę.
HAUSTAD. Artykuł ukaże się jutro.
STOCKMANN. Nie zwlekaj pan ani jednego dnia... Panie Thomsen, uważaj, ażeby nie było błędów w korekcie. Każde słowo ma swoje znaczenie. Jeszcze o tém pomówię, gdy tu zajrzę, ażeby ją sam przejrzéć... Nie mogę wypowiedziéć, jak pragnę widziéć mój artykuł w druku, jak pragnę go rozpowszechnić.
BILLING. Rozpowszechnić... tak... lotem błyskawicy.
STOCKMANN. Po całym świecie, ażeby pojęcia wszystkich nieświadomych rozszerzyć. Trudno sobie wyobrazić, co mnie dzisiaj spotkało, chciano mi odebrać najświętsze ludzkie prawa.
BILLING. Jakto? ludzkie prawa?
STOCKMANN. Chciano mnie upokorzyć, poniżyć do rzędu marnych tchórzów; żądano, ażebym własny zysk przeniósł nad najświętsze przekonanie.
BILLING. Boże odpuść, to za wiele.
HAUSTAD. Ach! tak, można się zawsze podobnych rzeczy spodziewać.
STOCKMANN. Ale ze mną, to się nie uda, pokażę im to czarno na białém. Teraz jednoczę się z „Posłem” i dzień po dniu będę ich prażyć, tak gwałtownemi artykułami...
THOMSEN. Tak, ale... to przecież...
BILLING. Wiwat! Będzie wojna! będzie wojna!
STOCKMANN. Ja ich zmiażdżę, zniszczę i wszystkie ich twierdze zburzę, w oczach myślącéj publiczności.
THOMSEN. Tylko proszę, z umiarkowaniem, panie doktorze.
BILLING. Cóż znowu z umiarkowaniem?... Nie szczędzić dynamitu.
STOCKMANN (nie zważając, mówi daléj). Bo teraz widzicie, nie idzie już tylko o roboty wodne i kanał. Cale społeczeństwo musi być oczyszczone i zdezinfekowane.
BILLING. Zdezinfekowane. Otóż to słowo właściwe.
STOCKMANN. Precz z całą lataniną, precz z fuszerką, i to na wszystkich polach. Dziś otworzyły się przedemną nieskończone horyzonty. Potrzeba nam młodszych, świeższych chorążych, nowych dowódców na wszystkich forpocztach.
BILLING. Słuchajcie, słuchajcie!
STOCKMANN. A jeśli tylko wszyscy podamy sobie ręce, rzeczy pójdą tak gładko, jak okręt spuszczony z warsztatu. Czy nie tak?
HAUSTAD. Co do mnie, sądzę, iż teraz wszystkie urzędy miejskie powinny przejść w ręce tych, którym się z prawa należą.
THOMSEN. A jeśli tylko działać będziemy z umiarkowaniem, zdaje mi się, że nie będzie żadnego niebezpieczeństwa.
STOCKMANN. Któż u dyabła troska się o niebezpieczeństwo! To, co czynię, czynię w imię prawdy i sumienia.
HAUSTAD. Jesteś pan człowiekiem, zasługującym na wszelkie poparcie.
THOMSEN. Ma się rozumiéć, doktór jest prawdziwym przyjacielem miasta.
BILLING. Doktór Stockmann jest szczerym przyjacielem ludu.
THOMSEN. Sądzę, iż stowarzyszenie właścicieli domów przyswoi sobie te słowa.
STOCKMANN (wzruszony ściska ich za ręce). Dziękuję, dziękuję, kochani wierni przyjaciele... Jakąż radością są dla mnie takie słowa... Mój pan brat dał mi zupełnie inną nazwę. Oddam mu ja to z procentem... Teraz jednak muszę iść, mam zajrzeć do jednego biedaka... Jak mówiłem, przyjdę znowu z powodu rękopismu, proszę mi nie wykreślić żadnego wykrzyknika, a nawet dodajcie ich z pół tuzina. Dobrze, dobrze, żegnam, żegnam (obustronne pożegnania, panowie odprowadzają doktora do drzwi).
HAUSTAD. Może to być dla nas nieopłacony współpracownik.
THOMSEN. Tak, dopóki będzie się trzymał spraw kąpielowych. Gdyby jednak posunął się daléj, nie byłoby rzeczą rozsądną iść za nim.
HAUSTAD. Hm! Jednakże to samo z siebie przyjdzie.
BILLING. Bo téż jesteś pan tak strasznie ostrożny.
THOMSEN. Strasznie ostrożny! tak, kiedy idzie o tutejszych potentatów, jestem rzeczywiście strasznie ostrożny. W tych rzeczach nauczyłem się wiele w szkole doświadczenia. Ale gdy idzie o wyższą politykę, gdy chcesz pan stawać w opozycyi z rządem, obaczysz, czy ja się boję.
BILLING. Uchowaj Boże, tego się pan nie boi. Z tém wszystkiem jest w pana charakterze pewna dwoistość natury.
THOMSEN. To rzecz łatwa do zrozumienia. Jestem sumiennym człowiekiem! Gdy kto tutaj napada na rząd, nie ponosi stąd żadnéj szkody, bo ludzie biorący w nim udział, wcale się nie troszczą o to, co piszą w gazetach, mimo to, pozostają na swych stanowiskach. Ale powagi lokalne — te mogą utracić posady, a ich miejsce mogą zająć ludzie niezdolni, którzyby rządzili ze szkodą właścicieli domów i innych. Dlatego to w małéj polityce, dobrze trzymać się tego, co jest.
HAUSTAD. A cóż pan myśli o polityczném kształceniu ogółu, za pomocą samorządu?
THOMSEN. Kiedy kto ma jaki interes i chce go dobrze prowadzić, nie ma czasu o czém inném myśléć.
HAUSTAD. No, to nie chciałbym nigdy miéć żadnego interesu.
BILLING. Słuchajcie, słuchajcie!
THOMSEN. Hm! (pokazując na biurko). Tam, na redakcyjném miejscu, zasiadał przed panem naczelnik fundacyi Steinhoff.
BILLING (spluwając). Fi! taki odstępca.
HAUSTAD. Nie jestem chorągiewką na dachu — i nie będę nią nigdy.
THOMSEN. Polityk nie powinien się niczego zarzekać, panie Haustad. A pan, panie Billing, słyszałem, że dopiéro w ostatnich czasach zmieniłeś zdanie, bo starałeś się o miejsce sekretarza magistratu.
BILLING. Ja?
HAUSTAD. Czy to prawda?
BILLING. No tak; ale pan rozumiesz przecież, iż czyniłem to tylko na złość tym panom.
THOMSEN. Mnie się to nie zdaje, ale gdy mi kto zarzuca tchórzostwo i niestateczność, mogę mu odpowiedziéć: Polityczna przeszłość drukarza Thomsena jest wszystkim wiadomą. Nie dopuściłem się nigdy zmiany przekonań, stałem się tylko umiarkowanym. Serce moje należy zawsze do ludu; nie przeczę jednak, że się trochę skłaniam ku ludziom, dzierżącym władzę — to jest władzę lokalną. (Idzie do drukarni).


SCENA CZWARTA.
BILLING, HAUSTAD.

BILLING. Wartoby go się pozbyć.
HAUSTAD. Czy znasz kogo, coby nam forszusował papier i druk?
BILLING. Przeklęta rzecz, brak potrzebnego kapitału.
HAUSTAD (siadając przy biurku). Ach! gdybyśmy go mieli, to...
BILLING. Gdyby się zwrócić do doktora Stockmanna!
HAUSTAD (przerzucając papiery). Poco? on przecież sam nic nie ma.
BILLING. Tak, ale za nim stoi teść, Niels Worse, stary „lis,” jak on go nazywa.
HAUSTAD (pisząc). Czy wiesz pan na pewno, że on co ma?
BILLING. Wiem na pewno, a część jego pieniędzy musi koniecznie spaść na rodzinę przybranéj córki. Doktór Stockmann musi przecież myśléć o przyszłości swoich dzieci.
HAUSTAD (obracając się nawpół). Rachuj pan na to.
BILLING. Rachować? Ja naturalnie na nic nie rachuję.
HAUSTAD. Bo téż nie życzyłbym panu tak czynić. A na ten urząd sekretarza magistratu możesz pan także nie rachować, bo zaręczam, że go nie dostaniesz.
BILLING. Czy sądzisz pan, żem o tém nie wiedział? Owszem wolę nawet, żem go nie otrzymał. Takie odrzucenie dodaje ochoty do walki — żółć się burzy; a to się przyda w takim zapadłym kącie, jak nasz, gdzie tak rzadko zdarza się jaka podnieta.
HAUSTAD (pisząc). Ach! tak, tak.
BILLING. No... Nie długo pan o mnie usłyszy... Tylko teraz muszę zredagować zaproszenia na zebranie stowarzyszenia właścicieli domów (wychodzi na prawo).


SCENA PIĄTA.
HAUSTAD, potém PETRA.

HAUSTAD (przy biurku trzymając pióro, mówi powoli). Hm! tak... tak idą rzeczy (ktoś stuka). Proszę!
PETRA (wchodzi drzwiami na lewo w głębi).
HAUSTAD (powstając). Ach! to pani!
PETRA. Przepraszani najmocniéj.
HAUSTAD (przysuwa jéj fotel). Racz pani usiąść.
PETRA. Dziękuję, zaraz odchodzę.
HAUSTAD. Pani zapewne w interesie ojca?
PETRA. W moim własnym (wyjmuje książkę z kieszeni płaszcza). Oto angielska powieść.
HAUSTAD. Jakto? Oddajesz mi ją pani?
PETRA. Bo nie mogę jéj przetłómaczyć.
HAUSTAD. Przecież obiecałaś mi to pani wyraźnie.
PETRA. Bom jéj jeszcze nie czytała i prawdopodobnie pan nie czytał jéj także?
HAUSTAD. Nie, pani wié, że po angielsku nie umiem.
PETRA. Otóż dlatego, chciałam panu powiedzieć, że trzeba szukać czego innego (kładzie książkę na stole). Ta powieść nie jest wcale stosowna dla „Posła ludu”.
HAUSTAD. Dlaczego?
PETRA. Bo jest w zupełnéj sprzeczności z poglądami pańskiemi.
HAUSTAD. O! co do tego...
PETRA. Nie rozumiész mnie pan. Opiera się ona na tém, że nadprzyrodzona siła opiekuje się na ziemi tak zwanemi dobremi ludźmi, i wszystko dla nich na lepsze układa — wszyscy zaś tak zwani źli, są ukarani.
HAUSTAD. Ależ to bardzo ładnie. Właśnie publiczności podobają się takie rzeczy.
PETRA. I pan chcesz ją takiemi raczyć? Sam przecież nie wierzysz w to ani trochę i wiesz dobrze, iż w rzeczywistości dzieje się inaczéj.
HAUSTAD. W tém pani ma słuszność, jednak redaktor nie może zawsze postępować, jakby pragnął. W mniéj ważnych rzeczach, trzeba się stosować do poglądu czytelników. Główném zadaniem jest polityka, przynajmniéj w dziennikarstwie, a byle czytelnicy pozostali mi wierni, w kwestyi postępu i swobody nie dbam o resztę. Kiedy zaś w odcinku znajduje się powieść moralna, chętniéj wierzą temu, co zawiera sam tekst, jest to dla nich pewném ubezpieczeniem.
PETRA. Fi! Jak można zastawiać takie sidła na czytelników! Nie możesz pan być tak podstępnym. Przecież nie jesteś pająkiem.
HAUSTAD (uśmiechając się). Dziękuję pani za dobre o mnie wyobrażenie. W rzeczywistości są to poglądy Billinga, nie moje.
PETRA. Billinga?
HAUSTAD. W każdym razie w tych dniach wypowiadał podobne zdania. Jemu właśnie szło o to, ażeby ta powieść była drukowaną w odcinku „Posła”. Ja nie znam jéj wcale.
PETRA. Jakżeż może pan Billing ze swemi wolnomyślnemi poglądami?..
HAUSTAD. O, Billing jest wielostronny. Jak słyszałem, stara się o miejsce sekretarza w magistracie.
PETRA. Nie wierzę temu, panie redaktorze, jakżeżby on mógł coś podobnego zrobić?
HAUSTAD. Niech go pani sama o to zapyta.
PETRA. Nigdybym nie przypuściła czegoś podobnego o panu Billingu.
HAUSTAD (patrząc na nią badawczo). Nigdy! Więc to dla pani jest niespodzianką?
PETRA. Tak. A może téż... i nie. Ach! doprawdy, sama tego nie wiem.
HAUSTAD (uśmiechając się). Droga pani, my dziennikarze nie wiele jesteśmy warci.
PETRA. Pan rzeczywiście tak sądzi?
HAUSTAD. A przynajmniéj w wielu razach.
PETRA. Tak, w zwyczajnych okolicznościach, ale teraz, kiedy bronicie wielkiéj sprawy.
HAUSTAD. Pani mówi o sprawie ojca?
PETRA. Tak jest, sądzę, że dzisiaj musisz się pan czuć człowiekiem ważnym, człowiekiem mającym znaczenie.
HAUSTAD. Ja téż to czuję.
PETRA. Nieprawdaż? Podjąłeś się wielkiego zadania, bronić prawd nieuznanych i śmiałych przekonań. Już to samo, że pan stoisz nieustraszony na wydatném stanowisku i dajesz głos człowiekowi zelżonemu...
HAUSTAD. Szczególniéj gdy tym człowiekiem zelżonym... hm... nie wiem dobrze, jak go mam nazwać.
PETRA. Kiedy jest człowiekiem tak szlachetnym, chcesz pan powiedziéć.
HAUSTAD (ciszéj). Szczególniéj, kiedy jest on ojcem pani.
PETRA (z nagłém zdziwieniem). A więc dlatego?
HAUSTAD. Tak, Petro — panno Petro.
PETRA. Więc taki jest główny powód pańskiego działania? Nie idzie panu o rzecz samę? Nie o prawdę? Nie o gorące, wielkie przekonania mego ojca?
HAUSTAD. Naturalnie, rozumie się samo przez się, że o to także.
PETRA. Nie, wygadałeś się, panie redaktorze, i teraz ci już nie wierzę.
HAUSTAD. Nie możesz mi pani brać za złe, że przedewszystkiém idzie mi o miłość dla pani.
PETRA. Mam panu za złe, że nie byłeś szczerym względem mego ojca. Słysząc pana trzeba było wierzyć, że panu idzie nadewszystko o prawdę i dobro ogółu. I ojciec i ja wierzyliśmy panu, a pan nie jesteś takim, jakim się być wydawałeś, i tego to nie przebaczę panu — nigdy.
HAUSTAD. Nie powinnaś pani wypowiadać tego tak ostro, zwłaszcza téż teraz.
PETRA. Dlaczego?
HAUSTAD. Bo ojciec pani nie może się obejść bez mego poparcia.
PETRA (mierząc go wzrokiem). Więc jesteś pan także i takim? Fi!
HAUSTAD. Nie, nie, nie, powiedziałem to tak, tylko w żalu. Nie możesz przecież pomyśleć o mnie coś podobnego?
PETRA. Już ja wiem, co mam, myśléć. Żegnam pana.


SCENA SZÓSTA.
CIŻ I THOMSEN.

THOMSEN (wchodzi z drukarni szybko i tajemniczo). Do dyabła, panie Haustad (spostrzega Petrę). O, źle!
PETRA. Zostawiam książkę, daj ją pan komu innemu do tłómaczenia (idzie ku wyjściu).
HAUSTAD (idąc za nią). Ależ pani.
PETRA. Żegnam (wychodzi).
THOMSEN. Panie Haustad (Haustad nie słyszy; głośniéj). Panie Haustad!
HAUSTAD. Co takiego? Ach! to pan.
THOMSEN. Burmistrz jest w drukarni.
HAUSTAD. Burmistrz?
THOMSEN. Tak, i chce z panem mówić. Przyszedł tylnemi drzwiami — nie chciał, by go widziano.
HAUSTAD. Czegoż on chce?... Nie, czekaj pan, ja sam (idzie do drzwi od drukarni, otwiera je, wita się i prosi burmistrza, aby wszedł). Bacz, panie Thomsen, ażeby nikt...
THOMSEN. Rozumiem, rozumiem (wychodzi do drukarni).


SCENA SIÓDMA.
HAUSTAD, BURMISTRZ, potém THOMSEN.

BURMISTRZ. Nie spodziewałeś się pan mnie?
HAUSTAD. Właściwie nie.
BURMISTRZ (oglądając się). Jesteście tu panowie dobrze urządzeni, bardzo wygodnie.
HAUSTAD. O, co do tego... Proszę... (odbiera kapelusz i laskę od burmistrza). Niechże pan raczy usiąść.
BURMISTRZ (siadając przy stole). Dziękuję.
HAUSTAD (siada takie przy stole).
BURMISTRZ. Miałem dziś wielką — bardzo wielką nieprzyjemność, panie redaktorze.
HAUSTAD. Tak? No, przy tylu urzędowych obowiązkach...
BURMISTRZ. Dzisiejsza nieprzyjemność pochodzi od lekarza kąpielowego.
HAUSTAD. Ach! tak, od doktora?
BURMISTRZ. Napisał on o zarządzie kąpielowym rodzaj sprawozdania z powodu niektórych braków.
HAUSTAD. Ta...ak?...
BURMISTRZ. Czy panu o tém nie mówił? Zdaje mi się, że wspominał...
HAUSTAD. Tak właśnie, powiedział słów parę, które...
THOMSEN (z drukarni). Gdzież się podział ten rękopism?
HAUSTAD (gniewnie). Hm! tam leży na biurku.
THOMSEN (znalazłszy go). Dobrze.
BURMISTRZ. Ależ, to właśnie jest.
THOMSEN. Tak, to sprawozdanie doktora, panie burmistrzu.
HAUSTAD. Więc to o tym pan mówił?
BURMISTRZ. O tym samym. Cóż pan o nim sądzi?
HAUSTAD. Nie jestem fachowym... a przytém czytałem go pobieżnie.
BURMISTRZ. A chcesz go pan drukować w swoim dzienniku?
HAUSTAD. Nie odrzuca się artykułów tak znanego człowieka.
THOMSEN. Ja się nie mieszam do redakcyi dziennika, panie burmistrzu.
BURMISTRZ. Naturalnie.
THOMSEN. Muszę drukować wszystko, co mi w rękę dają.
BURMISTRZ. Jest to w porządku rzeczy.
THOMSEN. Więc muszę... (Idzie do drukarni).
BURMISTRZ. Nie, pozostań pan jeszcze chwilkę, panie Thomsen. Wszak pan zezwala, panie redaktorze...
HAUSTAD. Proszę, i owszem, panie burmistrzu.
BURMISTRZ. Jesteś pan człowiekiem rozsądnym i trzeźwo patrzącym, panie Thomsen.
THOMSEN. Takie słowa, wychodzące z takich ust, są dla mnie bardzo pochlebne.
BURMISTRZ. Człowiekiem, wywierającym wpływ na szerokie koła.
THOMSEN. Ale przeważnie, pomiędzy małoznaczącemi ludźmi.
BURMISTRZ. Ludzie, płacący małe podatki, są u nas — jak i wszędzie — najliczniejsi.
THOMSEN. To prawda, panie burmistrzu.
BURMISTRZ. Nie wątpię, że pan znasz dobrze ducha panującego w tych kołach. Nieprawdaż?
THOMSEN. Mogę temu przyświadczyć, panie burmistrzu.
BURMISTRZ. Skoro więc tak chwalebna ofiarność panuje pomiędzy średnio zamożnemi obywatelami naszego miasta, to...
THOMSEN. Jakto?
HAUSTAD. Ofiarność?
BURMISTRZ. Jest to rzeczą piękną, dowodem prawdziwych obywatelskich poczuć. Ja nie śmiałbym się tego spodziewać, jednak pan lepiej znasz nastrój miasta niż ja.
THOMSEN. Ale, panie burmistrzu...
BURMISTRZ. A ofiara, którą miasto będzie musiało ponieść, jest niemałą.
HAUSTAD. Miasto?
THOMSEN. Nie rozumiem. Wszak chodzi tylko o kąpiele!
BURMISTRZ. Według pobieżnego obrachowania, zmiany, których sobie życzy lekarz kąpielowy, kosztować będą krocie koron.
THOMSEN. To bardzo wielka suma, jednakże...
BURMISTRZ. Naturalnie będziemy zmuszeni zaciągnąć pożyczkę miejską.
HAUSTAD (podnosząc się). Jakto! miasto miałoby...
THOMSEN. Z kasy miejskiéj miałoby to być opłacone? Z kieszeni biednego, małego mieszczaństwa?
BURMISTRZ. Ależ, szanowny panie Thomsen, skądże wziąć fundusze?
THOMSEN. To rzecz akcyonaryuszów.
BURMISTRZ. Akcyonaryusze nie są w stanie dalszych ofiar ponosić.
THOMSEN. Czy to rzecz niewątpliwa, panie burmistrzu?
BURMISTRZ. Niewątpliwa. Jeśli miasto popiera żądane ulepszenia, musi samo koszt ich ponieść.
THOMSEN. Ależ u dyabła... przepraszam... to zupełnie zmienia postać rzeczy, panie Haustad.
HAUSTAD. Rzeczywiście.
BURMISTRZ. Najgorszém jednak jest to, że nas to zmusi do zamknięcia kąpieli na lat parę.
HAUSTAD. Jakto! zamknąć je, zamknąć zupełnie?
THOMSEN. Na lat parę?..
BURMISTRZ. Tak, tyle czasu co najmniéj potrwają roboty.
THOMSEN. Ależ u dyabła! panie burmistrzu, jakże my to wytrzymamy! Z czegóż będziemy żyć, my, właściciele domów?
BURMISTRZ. Na to pytanie trudno, niestety, odpowiedzieć. Jednak cóż robić? Czy pan sądzi, że przyjedzie tu choć jeden gość, gdy się rozniesie, że woda jest zatruta, że żyjemy na zarażonym gruncie, i że całe miasto...
THOMSEN. To wszystko jest tylko wytworem wyobraźni.
BURMISTRZ. Pomimo najlepszéj woli, nie mogłem dojść do innych przekonań.
THOMSEN. To rzecz niedarowana, ze strony doktora Stockmanna — przepraszam, panie burmistrzu, wszak to brat pański przecież...
BURMISTRZ. Jest to smutna prawda, panie Thomsen. Ale niestety, mój brat całe życie postępował nierozważnie.
THOMSEN. I chcesz go pan popierać w takiéj rzeczy, panie Haustad?
HAUSTAD. Któż mógł przypuścić, że...
BURMISTRZ. Napisałem krótkie sprawozdanie o istotnym stanie rzeczy — tak jak się on przedstawia z trzeźwego punktu patrzenia; a zarazem zaznaczyłem, że niektóre braki mogą być usunięte w sposób odpowiedni zasobom kasy kąpielowego zakładu.
HAUSTAD. Czy pan ma przy sobie to przedstawienie?
BURMISTRZ (sięgając do kieszeni). Wziąłem je na wypadek, gdybyście...
THOMSEN (żywo). Do stu piorunów, otóż i on!
BURMISTRZ. Kto? Mój brat?
HAUSTAD. Gdzie, gdzie?
THOMSEN. Wszedł przez drukarnię.
BURMISTRZ. Rzecz fatalna. Nie chciałbym się tu z nim spotkać, a pragnąłbym jeszcze rozmaite rzeczy omówić...
HAUSTAD (pokazując drzwi na prawo). Proszę, może pan tam wejdzie, dopóki...
BURMISTRZ. Ależ!
HAUSTAD. Jest tam tylko Billing.
THOMSEN. Prędko, prędko, panie burmistrzu. Idzie.
BURMISTRZ. Cóż robić, starajcie się go pozbyć jak najprędzéj (wychodzi na prawo drzwiami, które mu Thomsen otwiera i zamyka za nim).
HAUSTAD. Znajdź sobie jakie zajęcie, panie Thomsen (siada i pisze).
THOMSEN (bardzo pilnie przeszukuje kupę gazet, lezących na krześle z prawéj strony).


SCENA ÓSMA.
HAUSTAD, THOMSEN, STOCKMANN.

STOCKMANN (wchodząc z drukarni). Otóż jestem znowu (kładzie kapelusz i laskę).
HAUSTAD (pisząc). Już z powrotem, panie doktorze? Pośpieszcie się tam, panie Thomsen. Dziś mamy mało czasu.
STOCKMANN (do Thomsena). Niéma jeszcze korekty, jak słyszałem?
THOMSEN (ciągle szukając). Jakże to byłoby możliwém, panie doktorze?
STOCKMANN. Pojmiecie panowie łatwo moję niecierpliwość. Nie będę spokojny, dopóki się to nie wydrukuje.
HAUSTAD. Hm! To potrwa jeszcze z dobrą godzinę. Czy nie tak, Thomsenie?
THOMSEN. Lękam się tego.
STOCKMANN. Dobrze, dobrze, moi drodzy; przyjdę późniéj, przyjdę nawet chętnie dwa razy, gdy tego będzie potrzeba. Rzecz tak ważna, dobro całego miasta — nie można tego zasypiać (chce odejść, zatrzymuje się i powraca). Ach! jeszcze jedno.
HAUSTAD. Wybacz pan, ale czy nie możnaby innym razem?...
STOCKMANN. Tylko dwa słowa. Otóż gdy jutro przeczytają moje sprawozdanie i dowiedzą się, że ja w ciszy pracowałem przez całą zimę dla dobra miasta...
HAUSTAD. Ależ, panie doktorze...
STOCKMANN. Wiem, co chcesz powiedziéć; uważasz, że to był mój psi obowiązek, prosty, obywatelski obowiązek. Tak, naturalnie, wiem o tém równie dobrze, jak pan. Ale moi współobywatele... widzi pan, ci dobrzy ludzie, mają o mnie tak wielkie wyobrażenie.
THOMSEN. Tak jest; współobywatele mieli do dziś dnia wielkie wyobrażenie o panu.
STOCKMANN. I właśnie dlatego lękam się, żeby... krótko mówiąc, gdyby do panów doszło, że klasy uboższe uważają to za przypomnienie, by w przyszłości zajęły się same interesami miasta...
HAUSTAD (podnosząc się). Panie redaktorze, nie mogę przemilczéć, że...
STOCKMANN. Aha!... Domyślałem się, że są jakieś przygotowania. Ale ja nie chcę o tém słyszéć.
HAUSTAD. O czém?
STOCKMANN. No, o czémkolwiek takiém: czy to ma być fakelcug, uczta, składka na honorowy upominek, lub coś podobnego. Proszę pana, musisz mi przyrzec, że temu przeszkodzisz, i ty także, panie Thomsen. Słyszysz pan?
HAUSTAD. Panie doktorze, możemy panu zarówno teraz, jak i potém, powiedziéć czystą prawdę...


SCENA DZIEWIĄTA.
CIŻ i JOANNA wchodzi w kapeluszu i okryciu, drzwiami na lewo w głębi.

JOANNA (spostrzegając doktora). A właśnie!
HAUSTAD (idąc naprzeciw niéj). Ach! pani doktorowa!
STOCKMANN. Do licha! Joanno, czegóż chcesz tutaj?
JOANNA. Możesz się łatwo domyślić.
HAUSTAD. Racz pani usiąść.
JOANNA. Dziękuję; niech się pan nie trudzi. Proszę mi nie brać za złe, że tu przyszłam po męża; jestem matką trojga dzieci.
STOCKMANN. Czy sądzisz, że o tém nie wiemy?
JOANNA. Zdaje się, doprawdy, że dziś nie myślisz wcale o żonie i dzieciach; inaczéj nie obstawałbyś przy tém, ażeby nas pogrążyć w nieszczęście.
STOCKMANN. Czyś zmysły straciła, Joanno? Człowiek, mający żonę i dzieci, ma także prawo mówić prawdę, zajmować się czynnie dobrem swoich współobywateli i oddać wielką usługę rodzinnemu miastu.
JOANNA. Wszystko w miarę, Ottonie.
THOMSEN. Ja to zawsze mówię: wszystko w miarę.
JOANNA. Dlatego źle czynisz, panie redaktorze, że odrywasz mego męża od domu i rodziny i wciągasz w takie rzeczy.
HAUSTAD. Ja nikogo do niczego nie wciągam, pani doktorowo.
STOCKMANN. Więc sądzisz, że jabym się dał wciągnąć?
JOANNA. A jednak tak jest. Wiem dobrze, iż jesteś najmędrszym człowiekiem w mieście. Ale tak się daje łatwo oszołomić, (do Haustada). A zastanów się pan tylko, że straci swą posadę lekarza kąpielowego, jeśli wydrukuje swoje sprawozdanie.
THOMSEN. Jakto?
HAUSTAD. W takim razie miałby doktór...
STOCKMANN (śmiejąc się). A niech-no sprobują. Nie, tego nie będą śmieli uczynić, bo widzisz, mam zwartą większość za sobą.
JOANNA. Otóż to nieszczęście...
STOCKMANN. Tra-la-la, Joanno! Wróć do siebie, troszcz się o dom i o dzieci, a mnie zostaw troski o chorą ludzkość. Jak możesz się tak niepokoić, gdy ja jestem pełen otuchy i pewny zwycięstwa. (zaciera ręce, przechadzając się tu i tam). Prawda i lud zwyciężą, o tém możesz być przekonaną. Widzę już, jak tryumfujące mieszczaństwo gromadzi się około mnie. (zatrzymuje się nagle). A toż co, u licha! Cóż to jest?
THOMSEN (spoglądając na niego). O, biada! biada!
HAUSTAD (spoglądając także). Hm!
STOCKMANN. Wszakże tu leży najwyższa część stroju najwyższéj naszéj miejskiéj władzy. (podnosi w górę ostrożnie końcem palców kapelusz burmistrza).
JOANNA. Kapelusz burmistrza!
STOCKMANN. A tu jest także jego berło. Skądże się to tutaj wzięło?
HAUSTAD. No, cóż...
STOCKMANN. Rozumiem! Był tutaj, żeby was obełgać. Ha, ha!... dobrze trafił, a gdy mnie zobaczył w drukarni (wybucha śmiechem), wyniósł się, panie Thomsen.
THOMSEN (szybko). Tak, wyniósł się, panie doktorze.
STOCKMANN. Wyniósł się, a tu leży kij i... ale gdzieżeście go, u licha, podzieli? Ach! tam, naturalnie. Obaczysz, Joanno.
JOANNA. Proszę cię, Ottonie...
THOMSEN. Ależ panie doktorze, panie doktorze!


SCENA DZIESIĄTA.
CIŻ, BURMISTRZ, BILLING.

STOCKMANN (kładzie kapelusz burmistrza, bierze jego laskę, idzie do drzwi, otwiera je i kłania się kapeluszém i ręką. Burmistrz, czerwony z gniewu, wchodzi, a za nim idzie Billing).
BURMISTRZ. Cóż znaczą te dzieciństwa?
STOCKMANN. Z uszanowaniem, Janie, jestem teraz najwyższą władzą miejską. (przechadza się).
JOANNA (prawie z płaczem). Ależ, Ottonie!
BURMISTRZ (idąc za doktorem). Daj mi kapelusz i laskę!
STOCKMANN. Czy sądzisz, że mi zaimponujesz tym dumnym tonem? Wczoraj miałeś mnie wysadzić, ale teraz ja ciebie wysadzam. Odbieram ci wszystkie urzędy zaufania. Czy sądzisz, żebym tego nie dokazał? Właśnie mam za sobą nieprzepartą siłę: Haustad i Billing będą w „Pośle ludu” ciskali gromy, a Thomsen stanie przeciw tobie na czele stowarzyszenia właścicieli domów.
THOMSEN. Ja dam temu pokój, panie doktorze.
STOCKMANN. Uczyń to pan tylko!
BURMISTRZ. Aha! to pan redaktor zapewne łączy się z agitacyjnym ruchem?
HAUSTAD. Nie, nie, panie burmistrzu.
THOMSEN. Pan Haustad nie jest tak szalonym, ażeby dla jakiéjś fantazyi gubił swoje pismo.
STOCKMANN (oglądając się). Cóż to znaczy?
HAUSTAD. Pan nam rzeczy przedstawił w fałszywém świetle, panie doktorze, i dlatego wspierać pana nie mogę.
BILLING. Wobec przyjaznych objaśnień, które dał mi tylko-co pan burmistrz...
STOCKMANN. W fałszywém świetle? Proszę! Wydrukuj tylko moje sprawozdanie, a sam bronić się potrafię.
HAUSTAD. Ja go nie wydrukuję. Nie mogę i nie śmiem tego uczynić.
STOCKMANN. Nie śmiesz pan? Cóż to znowu za mowa? Jesteś pan przecież redaktorem i sądzę, że redaktor rządzi dziennikiem.
HAUSTAD. Nie, panie doktorze; rządzą nim prenumeratorzy.
BURMISTRZ. Tak jest, na szczęście.
THOMSEN. Opinia publiczna, oświecone społeczeństwo, właściciele domów i im podobni rządzą dziennikiem.
STOCKMANN (zdumiony). I te wszystkie potęgi ja mam przeciwko sobie?
THOMSEN. Tak jest; wydrukowanie pańskiego sprawozdania byłoby najzupełniejszą ruiną mieszczaństwa.
STOCKMANN. To tak. (chwila milczenia).
BURMISTRZ. Mój kapelusz i laska.
STOCKMANN (zdejmuje kapelusz i kładzie go wraz z laską na stole).
BURMISTRZ (biorąc je). Prędko się skończyła twoja burmistrzowska władza.
STOCKMANN. Jeszcze się nie skończyła. (do Haustada). Więc niepodobna panu drukować w „Pośle” mego sprawozdania?
HAUSTAD. Niepodobna. A także ze względu na pańską rodzinę...
JOANNA. O tę niech się pan nie troszczy.
BURMISTRZ (wyjmując rękopism z kieszeni). Dla informacyi publiczności starczy, gdy pan to wydrukujesz. Są tu autentyczne objaśnienia. Proszę.
HAUSTAD (biorąc rękopism). Dobrze. Zaraz artykuł będzie złożony.
STOCKMANN. A mój artykuł nie!... Wyobrażacie sobie, że można mi usta zamknąć i prawdę skazać na milczenie, ale to nie pójdzie tak gładko, jak wam się zdaje. Panie Thomsen, czy chcesz pan wydrukować w osobnéj odbitce rękopism na mój koszt, moim własnym nakładem? W czterystu... pięciuset... sześciuset egzemplarzach!
THOMSEN. Gdybyś pan niewiem co obiecywał, nie odważę się coś podobnego drukować w moim zakładzie, panie doktorze. Ja tego nie mogę uczynić z powodu opinii publicznéj; pańskiego sprawozdania nikt także nie wydrukuje w mieście.
STOCKMANN. To mi je pan oddaj.
HAUSTAD (oddając mu rękopism). Proszę.
STOCKMANN (biorąc kapelusz i laskę). Pomimo to, ono się rozpowszechni. Odczytam je na wielkiém publiczném zebraniu. Niech wszyscy moi współobywatele usłyszą głos prawdy.
BURMISTRZ. Żadne stowarzyszenie w mieście nie użyczy ci na ten cel swego lokalu.
THOMSEN. Żadne; mogę pana o tém upewnić!
BILLING. A także nie uczyni tego nikt z osób prywatnych.
JOANNA. To byłoby oburzającém. Ale dlaczegóż są oni wszyscy przeciw tobie, Ottonie?
STOCKMANN (gwałtownie). Dlatego, Joanno, że są to tchórze — tak jak i ty, Joanno, bo myślą tylko o sobie i swych rodzinach, a nie o dobru ogólném.
JOANNA (biorąc jego ramię). Otóż ja im pokażę, jak tchórzliwa kobieta może okazać męską odwagę. Bo teraz jestem zupełnie po twojéj stronie, Ottonie.
STOCKMANN. Brawo, Joanno, brawo! A ja przysięgam wam, że pomimo wszystko, prawda wyjdzie na jaw. Jeżeli nie dostanę lokalu, najmę sobie dobosza z bębnem, będę z nim przebiegał całe miasto i czytać mój artykuł na placach i zbiegach ulic.
BURMISTRZ. Tak szalonym nie jesteś.
STOCKMANN. Przeciwnie — jestem.
THOMSEN. Nikt za panem nie pójdzie.
BILLING. Żadna żywa dusza.
JOANNA. Trwaj przy swojém, Ottonie. W takim razie pójdą z tobą twoi synowie.
STOCKMANN. Świetny pomysł!
JOANNA. Walter i Fryderyk pójdą za tobą z radością.
STOCKMANN. Tak; i Petra także, i ty także, Joanno.
JOANNA (uśmiechając się). Nie, ja nie; ja z okna będą na ciebie patrzéć.
STOCKMANN (obejmując ją i całując). Dziękuję ci, dziękuję, moja dzielna żono... Zbrójcie się teraz do walki, odważni panowie. Obaczymy, czy nikczemność i tchórzostwo mają silę zamknąć usta uczciwemu człowiekowi! (wychodzi wraz z żoną drzwiami po lewéj stronie w głębi).
BURMISTRZ (wstrząsając głową, z namysłem). Więc ją także uczynił szaloną!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Henryk Ibsen i tłumacza: Waleria Marrené.