Wojaż/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł Wojaż
Pochodzenie Obrazy z podróży
Wydawca Dom Książki Polskiej
Data wydania 1933
Drukarz Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

I
Wojaż

„Il voyagea.
Il connut la mélancolie des paquebots,
les froids réveils..,
l’etourdissement des paysages et des
ruines, l’amertume des
sympathies interrompues.
Il revint.”

(G. FLAUBERT)






Wojaż. I. 
 11
II. 
 13
III. 
 15
Jesień w górach 
 16
Szyny 
 17
Baedecker 
 17
Przypomnienie 
 18
Kaplica w Meyerling 
 19
Wetzlar 
 20
Astry nad Lahną 
 20
Zegary w Trewirze 
 21
Drezno 
 22
Luxemburg 
 22
Wiosna w Badenji 
 24
Neckar 
 25
Berlin 
 26
Haarlem 
 27
Bruges 
 28
W Gandawie 
 29
Miasta 
 30
Wieczór nad morzem 
 30
Parma 
 31
Belvedère 
 32
Naddunajska elegja 
 33
Monachjum 
 36
Powrót 
 37
Koniec podróży 
 38
*** 
 38





WOJAŻ
I
1

Przejechałem z nad Renu aż nad Leman
— dyliżansem umarłego poety —
znów Evian piję miast Apollinaris,
spragniony wody Lety..


2

Gra mi trąbka, ta z przed wieku,
lecz nie w płaszczu kroczę, w szorstkiej bluzie;
któż-że śladem naszym błądzić będzie
nad wodospadem w Szafhuzie?


3

Widzę konie spienione, zielony szal
i anglików z pledami w kratkę;
ach! gra pocztyljon widmowy —
przestąpmy tylko kładkę..


4

Słychać, o, Edwardzie!
szum młyńskiego koła,
z wałów krzyczą: „Wer-da?“
— licho z głębi woła..


5

Nocy rusałczana,
ruinami błądzę —

huczą w szumie piany
zaklęte wrzeciądze.


6

W oknie biała dama
o pręty kołacze —
ulatują z wieży
wrony i puhacze!


7

Podobny do ślepych nurków,
których głos głębi woła,
stajesz, o, śmiertelny! w Strassburgu
pod kolumną Aniołów..


8

Pocztyljonie! z drogi,
przesadzim rów dziki,
gąszcz ciernisty, głogi
i nieśmiertelniki!


9

Zamek, baszta, mosty,
czółna, płaska tratwa,
fosa, róże, osty
— a nad czołem gwiazda!



II
1

Krów dźwięczne dzwonki,
góry w żałobie,
puszyste łąki,
(myślę o tobie

ze łzami prawie
nad jasną strugą;
nie wiem, jak długo
tutaj zabawię,

w tej rezygnacji,
którą się bawię),
Patrz! wargi krwawię
o cierń akacji.


2

Nie o akantu
złocone liście,
ani z Brabantu
cudnie-przejrzyste

siwe koronki: —
ale o chmury
szorstkiej wichury,
puszyste łąki,

o leśne dzwonki,
lila gencjany,
o! nie rozchwiane
na górskim wietrze,


lecz o powietrze,
które-m pijany,
o smukłe łany,
skośnie na wietrze

ukrzyżowane!
o ciebie, strugo,
bijąca długo
echami lustra,

o loty ptaków
i o kaliny,
o czerwień maków,
o jarzębiny,

o polne głogi,
studnie-żórawie,
pola, rozłogi,
usta me krwawię!


3

Zbrodziłem wody,
przebiegłem kraje,
cóż dla ochłody
warg pozostaje?

ani lodowce,
czarne cyprysy,
dzwoniące owce,
wzniosłe napisy!

ty, glebo rolna,
w ubogim kraju,

ty, gruszo polna,
na dróg rozstaju,

skręcona dziczko
o szorstkiej korze,
gdzie pod kapliczką
głowę mą złożę.



III

Niebezpieczne dalekie podróże,
Kaliny — coraz krwawsze.
Serce drobne, światy duże,
Kresu szukasz zawsze.

Gór olbrzymy! Spójrz — raz jeszcze,
W otchłań gwiezdną popatrz! —
Serce w słowie czyż pomieszczę
Tak wielkiem, jak rozpacz?



JESIEŃ W GÓRACH

Klony i akacje
Skaliste upłazy
Drzew iluminacje
Rozedrgane cienie
U nóg sypkie głazy
Huczące strumienie
Grzechot kul w kręgielni
Serce na żaluzji.

Zielone sztachety
Pręty roztęczone
Jak oczy irysy
Dziwnie zapatrzone
W jaką spojrzysz stronę
Źrenico poety:
Kulisy! kulisy!
Krwawo zabarwione.

Pnącze dzikie wina
Nagietki w ogródku
Nie twoja to wina:
Zamyślenie smutku
Ta piekąca rana
Jesiennej goryczy
Posłuchaj! usłyszysz
Ciemną fletnię Pana.



SZYNY

Sosny pachnące mocno
Strzępki gazety w lasku
Jak nadwerężone skrzydła
Na wozie drabiniastym
Skacze nadzieja z rumieńcem ceglastym

Wieczorze!
Jak Jan Jakób zadumany w borze
Grzęznę w mchu zielonym
Oczy
Gdyby położyć się na szynach kolei



BEADECKER[1]

Ach, więc znów drogie hotele,
Te oznaczone gwiazdką!
Ale gdzie jesteś, stracona młodości,
Gdzie giniesz, blednąca gwiazdo?

Patrzę w ten zachód łzawy i krwawy,
Nikt nie podaje ręki;
Tyle samotnej daremnej sławy
I zasłużonej udręki.


Czarno-zielona fala za falą,
Jak wtedy, u stóp mych przepływa.
Czemu mnie wzywasz, w spoczynek wołasz,
Miłości moja nieżywa?



PRZYPOMNIENIE

Pamiętasz? Tam, w zajeździe w Brescji,
Nie hotel, szara to gospoda.
Mur tynkowany, jak w powieści,
I księżyc. I szumiąca woda.

A rankiem żołty plac. Na skwerze
Plama zieleni. Placyk suchy.
Pousadzane, jak w operze,
W słońcu dziewuchy i staruchy.

I ten dziedzińczyk wśród różowych
Murów. Krużganki wokół kruche.
Wnęki. Cień rzeźki i laurowy.
I chłodna studnia wśród posuchy.

Przypomnij! Noc nas tam zawiodła,
Gdzie ćmy się ważą przez powietrze
Letnie. Posłuchaj brzęku godła,
Jak dźwięczy, rdzawe, na wietrze!

Rafałowi Malczewskiemu


KAPLICA W MEYERLING

W przedsionek tłumnie już włażą,
Spragnieni wulgarnej powieści:
Na operowym ołtarzu
Madonna z gipsu niebieska
Siedmioma mieczami boleści
Przebita: — tu klęknąć każą,
Z zachwytem patrzeć do góry,
Gdzie srebrne aniołów chóry
I w farbie zastygła łezka,
A wietrzyk w firankach szeleści.

Tu: porfirowa kolumna
Z Achilleionu, o którą
Oparta czołem — och, dumna! —
Szlochała przed własną figurą.

Nad białą serwetą Trójca,
W złotym klęczniku nikt nie łka.
Gdzie rudy padł samobójca,
Słyszycie? — Szloch leśny źródełka!

Dać-że ten wierszyk do druku?
Orzekną: „chryja zbyt tkliwa,
a pejzaż z oleodruku!”
Lecz: zieleń, zieleń tragicznie prawdziwa!



WETZLAR

Maleńkie miasteczko nad rzeczką
(zaledwie ujrzane oknem),
gdzie Goethe namiętny po sprzeczce,
miast siebie, zabił Werthera.

Kołyszą się czółna z idylli
pośród mrocznych topoli,
i róże i dach skośny moknie,
ruina mija powoli, —

a przecie blednę śmiertelnie:
jesieni! aż do tej chwili
on nie przestaje umierać.



ASTRY NAD LAHNĄ

Z za szyby wagonu rzeczułka
mroczno-zielona (jak wtedy),
a w niej odbita jaskółka
muska kawałek nieba.

Powracasz w knieje dawne,
w białe, żałobne ulice,
w drżące, nadbrzeżne topole,
wspomnieniem błogiem chory:


szarawo srebrnieją winnice,
rudawo płoną bory.

O, rozrzucone na wiatry
słowa moje pochwalne:
mój Boże! już kwitną astry.



ZEGARY W TREWIRZE

Z trudem, z jękiem chrapliwym, biją, jak w studni, zegary,
błagając niebios umarłych: a może centurjon przybieży?
Tynk się sypie miarowo z dostojnych łuków prastarych,
jakby nie młot, ale Anioł, kuł w tarczę miedzianą wieży.

Między sklepienia omszałe, gruzy imperatorów,
ruiny, walące się zwolna, kroczę w miesięcznej ciszy,
budzący werk szczękający, wrzaski tragicznych chórów —
— dudnienia kroków na płytach nikt, prócz zegarów, nie słyszy.



DREZNO

W Dreznie błądzisz, jak wszędzie. Oglądasz klejnoty
i precjoza wymyślne o matowym blasku;
przystajesz w słońcu, które blade miota groty
i w deszczu, co na miedzi szmaragdowej pluska

dachów, pod utoczoną barokową wieżą,
lub pod latarnią z bronzu, skręconą na części
fantastyczne! — Obłoki ciągną w wietrze świeżym
i bliska jasna jesień... — Jak trudne jest szczęście.



LUXEMBURG
I

Nie wśród lauru statuy rdzawe,
ni baszty rozwalone —
lecz jarzębiny krwawe
i dęby mroczno-zielone.

Nie romantyczne z darni
ławeczki, o zmierzchu motyle,
ale krzywe latarnie
i drobnych rentjerów wille —


I szosy asfaltowane,
auta, sportowe berety,
i ścieżki wyżwirowane
i szalety i z lakieru sztachety!

A w parku księżna chuda
w śmiesznej fryzurze z cokołu
patrzy: wróble i nuda,
brak kasyna, więc niewesoło.

A przecie ciebie sławię,
o, jarze, forteczny wąwozie,
gdzie wśród jarzębin krwawych
jeździła w otwartym powozie!


II

O, romantyczny mój wojażu,
o, miasto drobnych komis-wojażerów,
gdzie lwy z piaskowca czają się na straży
u bram wzbogaconych rentjerów!

Marja-Krystyna (nie ta główna,
lecz na cokole księżna holenderska)
patrzy: o 4-ej dama wiedzie pieska
— a na Saarze płaskie są czółna!

Tu pod fortecznemi murami,
w jarze mrocznym, wśród dzikich zarośli,
sypiają kuchty z żandarmami
Jej (i Jego) Książęcej Mości.


Tam na placu gra wojskowa orkiestra
przed zapuszczonemi żaluzjami,
i czuję dawny dreszcz i przestrach
i żal mi młodzieńczych złudzeń!

Bo z ulic widzę: już wiążą snopy,
bo słyszę szmer ruczaju (to ich rzeka),
a za kulisami, o, Europo,
jak groźny sufler, znów czekasz.

Ale tu jest wieczór z wodewilu,
latarnie zielone i krzywe.
W rezydencji śmiesznej i szczęśliwej,
pozwól, że odpocznę przez chwilę...



WIOSNA W BADENJI

Tu walczył Mierosławski,
Tu łamał szablę i słowo,
W konfederatce z baranka
Tu pięknie deklamował.

Zroszona jest krwią polaków
Ta ziemia, płynąca winem.
W zieleni szukam znaków,
Które wraz z nami nie miną.


Kasztany boleśnie płoną
Nad śmiercią zmartwychpowstałą,
W krew gorzką i zieloną
Spróchniałe zmieniając ciało.

Tak kroczę twojemi ślady,
Któryś nie miał gdzie złożyć głowy,
Jak ty, kłamca — zwycięski i blady —
Ku wiośnie nadzieji nowych.



NECKAR
I

Skrzydła muskają wodę,
Ptak się w zielonej trzepota.
W gospodzie pod Łabędziami
Siedzę zadumany.

Buro-malachitowe
Zmętniałe toczą się wełny.
Z brzegu sunie do brzegu
Powoli czarny prom.

O, płocha, chmurna idyllo,
Obłoku, rozwiany nad głową!
Rozpływająca się chwilo,
Nie wstrzymać chmury słowem!


II

Ty! wydeptany progu
Przez wielkich, dawno umarłych.
Stopy o płytę się wsparły,
By przypodobać się — komu?

Na tej kamiennej kolebie
Nie pozostawią śladu,
Deszcze zmyją je blade,
Znów rozpłynione serce.

Ach, tylko ktoś, kogo nie znam,
I nigdy miłować nie mogę,
Może postawi tu nogę: —
„Ach, umrzeć! Tu moja Ojczyzna!“



BERLIN

Przed nami: łuk triumfalny,
patyna miedziano-zielona,
jadowito-bura, jak wspomnienie
monet, zbieranych w młodości.

Policjant w kasku, jak Nike,
wyrzuca na skrzyżowaniu
— ta mechaniczna zabawka —
dłonie w rękawicach z bawełny.


Przez słomkę lody lepkie
ciągnie w ramionach zbyt szczupły
młodzian, prowokator rewolucji,
wielkomiejski, bezmyślny efeb.

Chodzę, chodzę „Pod lipami”,
ale jest to tylko ulica,
kolekcjoner beznadziejnie - szczęśliwy,
łez spragniony, słonego morza.



HAARLEM

Przejechałem Haarlem, moja miła,
gdzie pragnęłaś zamieszkać ze mną;
domki stoją równiutko, jak ongi,
kupiecko-schludne, w ogródku;

w kuli srebrnej ponad gazonem,
jak w soczewce, iryzuje słońce;
i girlandy, żałobne girlandy,
opadają na mury pożółkłe;

czy uwierzysz? na ganek spojrzałem,
inne kwiaty wspominając przelotnie;
chwiała się misa pogody,
wyszczerbiona wpół, cierpka wargom;


poprzez niwy zielone z Cezanne’a
i pod burą smugą wiatraków
krowy zwolna stąpały łaciate,
nad kanałem szumiał tatarak;

tedy żegnaj, młodości, o, chmuro,
ponad głową w odwieczerz sunąca!
— wielki obłok lekko się kołysze,
na źrenice opada widzące.



BRUGES

Nad umarłą wodą długo stałem,
mdły kanale, zielony i zgniły,
przechylony nad nurtem pół-ciałem
— wielką gorycz chciwe wargi piły!

Ach, owisły w dół balustrady,
zapatrzony w ślepą pianę toni,
jakich szumów słuchałem, blady?
— już przede mną nic mnie nie obroni!

Ostrołuki, dachówki ceglaste,
czarny łabędź z żałobnej opery,
carillony z wież srebrne nad miastem,
wykręcone żarłocznie chimery!


Melancholjo! przez wiek mój przeklęta,
nie, już z mostku nie ruszę ni kroku,
nie powrócę na noc do okrętu!
— Tu noc moja. Tu usnę głęboko.



W GANDAWIE

Przypomniała się miłość dawna
Między temi gotykami:
Jest jak marmur, srogi i wystygły
— A kiedyś płakałem ją łzami.

Gdy przystaję nad sarkofagiem
Już nie wiem czyim,
Rozdrapując me piersi nagie:
Czy jeszcze żyję?

Czy to we mnie, czy na wieży dzwoni
Wśród ostrołuków?
Widzę uśmiech, dotykam dłoni
Na czarnym bruku.



MIASTA

W szumie deszczów, w trzasku błyskawic,
Dekoracje darłem na strzępy.
Zbłąkanemu, jak Musset, w winnicach,
Co noc szeptał kamienny święty.

Tam, na moście czarnym, westchnienia,
Księżyc zimny, plejady upalne.
O, śmiertelna goryczy omdlenia,
Mój ty smagły chłopcze z nad Lung-Arno!

Teraz leżysz, nieznany poeta,
Na tarasach zieleni, w grobie.
Przepowiadam smutnych poetów,
Tylko ciebie zapomnieć nie mogę.



WIECZÓR NAD MORZEM

W szare szyby pająk zagląda,
ledwo już ledwo dyszysz.
Czegóż podpatruje, jeszcze żąda?
(Pionem stromym wymierza ciszę!)

Świerszcze grają, nurt z ołowiu pełga,
wełnami pluszcząc ciemno.
O, ziemio, mogiło wielka,
któż-że odpocznie ze mną?


Czarne, długie, żałobne pale
kreślą wymowne kresy,
a już drobne, popielate fale
topią odbite niebiosy.

Zmierzch na zalutowane wargi
sypie się, chłodny popiół;
i to piękno bez dna i te dziwne skargi
próbuję na jawie pokochać.



PARMA.

O, nazwo fiołkowa! splątana z Stendhalem,
Przepajamy cię śmiercią, chłodnym wiosny żalem,

Oglądamy nad wodą, rozpięte srebrzyście,
U kurzu bielejących dróg platanów liście,

Co w otchłań widnokręgu, na pożółkłym stoku,
Kładą cienie ruchome, jak w ślepnącem oku.

Dźwięku, jak ryngraf bity, heroiczne imię,
Któż miłość, zaplątaną w twe zgłoski, rozstrzygnie,

Kiedyż w głuchym, dudniącym od kroków, klasztorze,
Na płycie marmurowej staniesz, czuły boże,

I w burzy kwiatów bzowych, rozszarpując kiście,
Gardziel ptaków przebijesz, piękny rzeczywiście,


A drzewem pochylony nad nieczułą wodą,
Zmiennym cieniem nas złowisz, jak siecią niewodu?

Tyś nie wiedział, ja nie wiem, któryś ciosał bogów.
W ciemnej oddali słyszym trąbkę samochodu

I na głuchej stacyjce, w wichrze i ulewie,
Pytamy, kiedy pociąg nadejdzie. Nikt nie wie.



BELVEDÈRE

Wsłuchany w słowa puste, wichry, które nie koją,
W liście, blaknące zwolna, szelestem szemrzące na wietrze,
Odsuwam płomień od ust, którego jesień nie zetrze,
Bolesny ślad pocałunku nad ściętą wargą moją.

Pośród bukszpanów ciemnych, strzyżonych sztucznie i wzniośle,
Wśród bielejących posągów do rytmu cudzego serca
Przymierzam krok niechętny, opuszczony morderca,
Sztylet kruszący o marmur, błądzący po prośbie.

Ze wszystkich stworów ziemi, skazanych na umieranie,
Z posągów, zrudziałych na deszczu, ta jedna się prawda wywija,
Iż gorycz ziemi wraz z nami głucho nie przemija
— Łagodną mnie ręką przebija — wargą, co spokój, kłamie.



NADDUNAJSKA ELEGJA
Wśród margerytek i kwiatków żółtych, jak wilgotne pisklę, ledwo wypierzone,
znów czarne trznadle, poświęcone Erosowi, biegają ruchliwie, kruszynę unosząc w dziobie,
a pomylony turysta przywabia je świegotliwem gwizdaniem.
O, szeroko rozsiadłe miasto nad szaro rozlanym Dunajem,
gdzie nadzy chłopcy, od słońca spaleni na ochrę,
w łagodnym powiewie leżą, szczęśliwi i rozwaleni, jak turcy, pobici przez Sobieskiego!
Grodzie pokorny, wspaniale zubożała stolico,
gdzie od lat dwudziestu w sieniach mrocznych na zniszczonych marmurach
nie zmieniono wyrytego napisu (złote są zgłoski i litość budzące!):
„k. und k. Post“.
Tutaj naprzeciw parków mrocznych z osiemnastego stulecia, najad odłupanych, kryjących
okaleczenie pośród lauru lśniącego, i gazonów, dzisiaj strzyżonych ku uciesze
gawiedzi przez krótko triumfującą demokrację:
dostojnie kute portale opustoszałych pałaców niechętnie i ciężko obracają się w pordzewiałych zawiasach,
budząc przeciągłe echo pustki w noce księżycowe, przymuszające do szczęścia.
Miasto, gdzie ty — czyż ty, mój ojcze? — żyjący już tylko w tych słowach pogrobowych,
a przecie zieleniejących lękliwie, jak wiosenna darń na mogile,
student z prowincjonalnego miasteczka, z zapadłej polskiej prowincji,
piękny, z uśmiechem onieśmielenia,
spotykałeś na rogu dziewczęta, skromne spłoszone dziewczęta,
by im ofiarować bukiecik fiołków, ty, z czasem najpierwszy z dandysów!
O, grodzie, po latach trzydziestu mej najdziwniejszej i płochej — jak ty, o, Robercie! — miłości,
wstrząsającej i nagłej, jak zmartwychwstanie
(zapomnieć jej, zapomnieć nie mogę);
tu, włóczący się między balkonem w Schönbrunn, gdzie, pół-leżąc, zapatrzony w lwy obłaskawione w klatce,
konał syn cesarza, zżarty gruźlicą, mizerny, śmiesznie wielkich czynów spragniony,
drobny, szczupły, czarujący w siwym, obcisłym mundurze lejtnanta,
z pod fiołkowych paluszków Fanny Elster, chłodnych na oczach piekących od bezsenności i bezsilnego płaczu,
zerkający zalotnie ku sławie potomnej, ku Francji i śmierci, —
a ubogim pokojem na prostej uliczce z rozrzuconemi na pianinie pismami angielskiemi, gdzie wspłonęła i zgasła ma gwałtowna gwiazda;
tu, błądzący — o, wstydzie! — wśród ruin drobnych pamiątek,
przewracający wstecz tę księgę trzydziestoletnią
(a na każdej stronicy zgłoskami z płomienia, który na popiół mnie spala,
że kruszę się w dłoniach, jak proch z urny pompejańskiej,
widniał napis: „miłość lub klęska“);
tutaj pod płytami siedzący, przeżartemi mchem niestrudzonego czasu, spłukiwanemi deszczami stuleci,
płytami, wmurowanemi w spękane ściany domostw zmurszałych, o krętych ganeczkach,
które pod bluszcze wybladłe i ślady domyślnych jaśminów
kryją jedyną pamiątkę młodości burzliwej i wielkiej,
co powołanych zabija, by wiekuiście niezmiennych, pogrzebać w strasznym triumfie w piersi potomnych;
tu — o, jaskółki przelotne, o, czekane zawsze rozczarowujące słowiki! —
nad cienkiem winem siedzący, co, spienione, uderza do głowy,
jak nieśmiertelność do czerepu posągów;
czoło w dłoniach ukrywszy, gorycz przeżuwający śpiewną, która nas jedna z gwiazdami,
ze smakiem nicości na wargach ściętych i zziębłych,
otulony w płaszcz samozwańczy poety wieku XX,
w samo serce raz jeszcze dźgnięty żądłem nieuleczalnej czułości,
pod krzewem rozkwitłej magnolji i deszczem złotym, roniącym wyblakłe łzy,
tak niepochwytne, jak zamęt uczuć,
shańbiony o zmierzchu,
cień twój ujrzałem, jak wyrok nieodwołalny, Schubercie!
à Robert de Banneuville,
ami jamais oublié.



MONACHJUM

Znów włóczyć się po krajach i szczęście podglądać,
samobójcze pokoje hotelowe, znam was!
W deszczowy wieczór lśnienia są tak czarodziejskie
na chodniku placu Lenbacha, iż sądzisz się w Paryżu..
Wezbrane fontanny szumią, o, wędrowcze:
jakaż tu melancholja w elektrycznym blasku,
wśród walców biedermayer wielkiej restauracji,
gdzie sterczysz przy stoliku, sam jeden, sam jeden,
analityk, psycholog, podpatrywacz szczęścia,
usiłujący ukryć hańbę samotności
za dymem papierosa.

Tyle już widziałeś, ale, gdy spojrzysz w lustro ukośne znienacka
w pokoju hotelowym tysiącznym i którymś
i młodość wspomnisz, oraz to, co z niej zostało:
— nie, nie ukryje tego muzyka ni lustro,
ni palmy, ni złocenia, ni szept wodotrysku,
ani słowa wykrętne, te na wszystkich drogach
Europy rozwalonej zebrane kamyki: —
bledniesz.



POWRÓT

Wspomnienia? Te są gorzkie i nadto obłudne.
Strasznej urodzie świata nie sprostają słowa,
Ni uczucia. Pamiętam, bolała mnie głowa,
Gdym wdychał zapach kwiatów o nazwach zbyt trudnych.

O, jeziora, głębokie sny, niedotykalne,
Brzegi, pachnące laurem, goryczą i wodą!
Elegijne cyprysy szeregi tam wiodą!
Czujesz, ktoś piersi chłodnym znów dotyka palcem.

Żałobo dryad! Gdy spojrzysz głęboko,
Cóż-że zostaje oczom, spragnionym ochłody
Wiecznej, prócz oleandrów i tego widoku:
Ów młody piękny chłopak, jak skacze do wody.



KONIEC PODRÓŻY

Od gwiazd, od rzek, od statków odwróciłem oczy,
Pośród winnic zielonych gęste dymy płyną,
Z splątanych linij prostą wypłynąłem linją:
Znów chłodny smutek miasta piersi moje tłoczy.

Jakże w świateł tych zimnych powiedzieć ulewie,
Na popiół sztuczne słońca gdy palą reklamy,
Że pod gwiazdami nigdzie ojczyzny nie mamy,
Że szukać przestaliśmy... Jak powiedzieć, nie wiem.

Źrenice z oczodołów żywy blask wyżera,
W puste jamy dalekie znów świecą plejady —
Oślepiony, zataczam się, bezwstydnie blady:
Do domu wracać pragnę, czy znowu umierać?



∗             ∗

Mroczno-zielona
pachnąca woda
kryształ pogody
— kapie krew słona

samotne góry
chmury potargaj
w jękach wichury
— popiół na wargach


w blasku pochyło
mijają maszty
i w bluszczach baszty
— jak one mijasz

o! sępy w locie
niosą się stromo
w perspektyw złocie
— trwasz nieruchomo

już w powiek cieniu
ciemnieją gwiazdy
bolą odjazdy
— ość w podniebieniu



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł W spisie treści tytuł „Baedecker”


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.