Wiera (Kuprin, 1929)/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksandr Kuprin
Tytuł Wiera
Podtytuł Dzieje jednej miłości
Pochodzenie Wiera
Wydawca Bibljoteka Powieści i Romansów
Data wydania 1929
Druk „Oświata”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Гранатовый браслет
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: Pobierz Całe opowiadanie jako ePub Pobierz Całe opowiadanie jako PDF Pobierz Całe opowiadanie jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron

VIII.

Anna i Baktyński szli przodem, za nimi w odległości dwudziestu kroków Wiera pod ramię z generałem. Noc była tak ciemna, że tylko bardzo powoli mogli naprzód zdążać, aż się ich oczy, początkowo przez nagłe przejście ze światła oślepione, przyzwyczaiły do ciemności. Anosow, który mimo podeszłego wieku miał jeszcze dobre oczy, musiał pomagać swej towarzyszce. Co jakiś czas głaskał rękę Wiery, spoczywającą na fałdzie jego rękawa, swą szeroką zimną dłonią.
— Ta Ludmiła Lwowna jest naprawdę śmieszna, powiedział nagle generał, jakby w myśli. Już częstokroć obserwowałem, że jeśli jakaś dama — szczególnie wdowa, lub stara panna — dojdzie do pięćdziesiątki, to niezawodnie zacznie się interesować cudzemi miłostkami. Albo szpieguje i plotkuje lub też stara się organizować szczęście swych bliźnich. Co do mnie, to twierdzę, że prawdziwa miłość nie istnieje wogóle w dzisiejszych czaszach. Nie widzę jej nigdzie a już za moich czasów nie istniała.
— Co też dziadunio wygaduje? wtrąciła Wiera przyciskając się lekko do jego ramienia. Jak można tak świat oczerniać? Czy nie byłeś sam żonaty? Musiałeś chyba kochać.
— To niema żadnego znaczenia, moja kochana. Czy wiesz, jak ja się ożeniłem? Pewnego pięknego dnia zakręciła mi głowę ładna i świeża dziewczyna. Wyobraź sobie: piersi, które przy oddychaniu skakały pod stanikiem, długie rzęsy, które przysłaniały oczy, kiedy się rumieniła, policzki — krew i mleko; bielutka jak kwiat szyjka, która mogła uchodzić jako symbol niewinności, i miękkie, delikatne rączki... Niech mnie djabli porwą! Wreszcie mama i tatuś, którzy kręcą się koło nas, podsłuchują pode drzwiami i prześladują mnie swojem smutnem spojrzeniem, jak wierny pies. I za każdą wizytą, przy herbacie porusza mnie jej noga, jakby przypadkiem pod stołem; a przy pożegnaniu szybkie, tajemne pocałunki, jednem słowem, byłem stracony. „Kochany panie, przyszedłem prosić o rękę pańskiej córki, to istny anioł“ powiadam pewnego pięknego poranku. A papcio ma już załzawione oczy i pada mi w ramiona. „Kochany przyjacielu, domyśliłem się już tego dawno...“ twierdzi. „Bóg z wami! Proszę, opiekuj się dobrze moim kochanym skarbem!“ A po trzech miesiącach kręci się po domu, ten „kochany skarb“, w podartym szlafroku i wykręconych pantoflach, nie czesze swoich rzadkich i zaniedbanych włosów i kłóci się ze służbą jak kucharka. Ale dla oficerów ma zawsze uśmiechniętą twarz i potrafi na zawołanie flirtować! A co mnie najbardziej oburzało, to jej sposób wołania mnie przed ludźmi „Jakóbie“ z takim śpiewnym akcentem i przez nos, ot tak: „Jakó-ó-óbie“. Była rozrzutna, afektowana, brudna, a przytem równocześnie skąpa, nie mówiąc już o kłamstwach... Teraz już naturalnie wszystko minęło, ból się uśmierzył i zelżał, i czuję tylko wdzięczność dla tego aktora, do którego się przylepiła... Całe szczęście, że nie mieliśmy dzieci...
— Czy przebaczyłeś już obojgu, dziaduniu?
— Przebaczenie, nie jest tu odpowiedniem słowem, Wieroczka. Na początku, byłem wściekły, gdybym ich był złapał, napewnobym ich był zabił. Później, z czasem to przeszło, została pogarda. Muszę tylko Bogu dziękować, że nie rozlałem niepotrzebnie krwi i nie dzieliłem losu tylu mężów. Coby się zemnie stało, gdyby nie ta przebrzydła historja? Pantoflarz, juczne zwierzę, dojna krowa i parawan, słowem przydatny a niezawadzający sprzęt domowy... A tak, no, ale przecież dobrze się stało Wieroczka.
— O nie, dziaduniu. Mów co chcesz, ale jeszcze zawsze wyczuwa się echo tej obrazy. Ponieważ wtedy nie miałeś żadnego doświadczenia, więc teraz uogólniasz to przeżycie. Przecież nie trzeba daleko szukać, proszę wziąć moje małżeństwo, na przykład. Czy można je nazwać nieszczęśliwem?
Anosor milczał dość długo. Wreszcie powiedział, jakby wbrew woli: Dobrze zgadzam się... to jest wyjątek... Ale czy ty wiesz, dlaczego ludzie się pobierają... Przynajmniej po największej części?... Kobiety? Z obawy pozostania staremi pannami, szczególnie jeśli ich przyjaciółki już się wydały. Wreszcie, by nie być ciężarem rodzinie, by zdobyć samodzielność; chcą mieć swój własny dom, zostać „damą“, panią domu. W końcu dla fizycznej potrzeby zostania matką i założenia gniazda. Mężczyźni mają inne powody. Przedewszystkiem wstręt do życia kawalerskiego, do nieporządku i prochu w mieszkaniu, do jedzenia w restauracji, do zaniedbanej bielizny, do długów i t. d. Zresztą znają oni dobrze zalety życia rodzinnego dla zdrowia i kieszeni. Wreszcie pragną mieć dzieci, co im daje iluzję nieśmiertelności. Gdy kiedyś umrę, pozostawię część mojej istoty na ziemi — myślą sobie. W końcu — a tak właśnie było zemną — pociąga ich ten wabik niewinności. I czy w tem wszystkiem, jest cośkolwiek, coby można nazwać miłością? Ja mogę pojąć miłość, o której mówię, że jest „silniejsza niż śmierć“, miłość bezinteresowna, składającą się tylko z ofiary i zaparcia się samego siebie, miłość, która marzy o czynach, która ochotnie poniesie śmierć i cierpienie... Poczekaj chwilę, widzę chcesz znowu wyjechać z twoim Wasją. Dobrze, to dzielny chłopiec, pewno, ja go bardzo cenię; możliwe, że przyszłość doda blasku jego miłości, kto wie?... Jednak ta miłość, o której ja myślę, nie zna żadnej przypadkowości, wyrachowania, żadnych kompromisów. Taka miłość jest tragedją, największą tajemnicą, jaka na świecie istnieje.
— Dziaduniu, czy znałeś kiedykolwiek taką miłość? spytała cicho Wiera.
— Nie, odpowiedział kategorycznie starzec. Lecz znam dwa wypadki, które ją przypominają. Lecz jeden był spowodowany głupotą, a drugi... poprostu, płakać można... opowiedzieć ci to? Niedługa historja.
— Bardzo proszę, dziaduniu.
— Więc słuchaj. Pułkownik jednego pułku naszej dywizji żył w szponach brzydkiej, rudej kościstej żony, chudej i długiej jak tyka, z ustami od ucha do ucha i tynkowanej na twarzy, jak stary dom w Moskwie. Mimo to miała wszystkie cechy Messaliny: temperament, autorytet, pogardę dla ludzi, namiętność do zmian. Na dobitek była jeszcze morfinistką. Raz w jesieni, przychodzi do pułku młodziutki podporucznik, wprost ze szkoły oficerskiej. Miesiąc później miała go już, ta stara Megera, w swych szponach. Stał się jej paziem, sługą, niewolnikiem; na balu rezerwował dla niej wszystkie tańce, trzymał jej chustkę i wachlarz, a kiedy chciała jechać do domu, biegał bez okrycia po powóz, w największy mróz! Chyba nie ma nic smutniejszego od widoku niewinnego młodzieńca, który składa swą pierwszą miłość u stóp starej, rafinowanej i żądnej władzy kurtyzany. Choćby się jakoś szczęśliwie wywinął, to jednak jest on napiętnowany jakby, na całe życie.
Po Bożem Narodzeniu miała go już dosyć i powróciła do jednego ze swych poprzednich kochanków. On jednak nie mógł się z nią rozstać. Opadł całkiem ze sił; wychudły, poziółkły na twarzy, wlókł się za nią jak upior. Jego zazdrość nie da się opisać. Opowiadano że przepędza noce całe pod oknami swej bogdanki.
Na wiosnę urządzili oficerowie tego pułku piknik, na którym się bardzo dużo piło, jak zwykle przy takich okazjach. Powrót odbył się po nocy, wzdłuż toru kolejowego. Wtem nadjechał ciężarowy pociąg, zbliżając się powoli pod górę. Kiedy się towarzystwo znalazło w pobliżu lokomotywy, szepnęła ta kanalja swemu podporucznikowi na ucho: „Pan przecież zawsze twierdzi, że mnie tak bardzo kocha. Gdybym jednak kazała panu rzucić się pod pociąg, toby pan przecież tego nie zrobił“. Nie odpowiedziawszy ani słowem, był już pod lokomotywą. Obliczył swój skok w ten sposób, że dostał się między przednie i tylne koła maszyny, tak że te ostatnie byłyby go wpół przecięły. Nie wiem który głupiec chciał go zatrzymać i oderwać, ale zrobił to tak niezręcznie, że ów nieszczęśliwiec uczepił się kurczowo szyn, wskutek czego postradał oba ramiona.
— Okropność, wykrzyknęła Wiera.
— Naturalnie musiał on porzucić służbę. Zbiórka między kolegami umożliwiła mu opuszczenie miasta, bo nie wypadało, żeby pozostał jako żyjący wyrzut dla pani pułkownikowej i całego pułku. Ten biedak skończył haniebnie... musiał żebrać i zamarzł w którejś ulicy Petersburga.
Drugi wypadek, jest jeszcze przykrzejszy. Kobieta była w tym samym gatunku, lecz młoda i piękna. Prowadziła się bardzo źle, tak że irytowało to nawet nas, chociaż nie interesowaliśmy się zupełnie jej małżeńskiemi sprawami. Mąż wiedział o wszystkiem, widział wszystko, lecz nic nie mówił. Na uwagi swych przyjaciół odpowiadał wzruszając ramionami: „Zostawcie to... to mnie nie obchodzi... Niech moja Lenoczka będzie szczęśliwa!“... Co za głupiec. W końcu miała nawet stosunek z podkomendnym jej męża, porucznikiem Wichniakowem. Ich trójkąt małżeński wydawał się im najpoprawniejszym związkiem na świecie. Przyszła wojna. Przy pożegnaniu na dworcu kolejowym musieliśmy się wprost wstydzić za niego. Ona nie miała żadnego spojrzenia nawet dla swego męża, ale wiszała na szyji swego lejtnanta, jak djabeł na gałęzi. Byliśmy już wszyscy w wagonie, pociąg ruszał, a ta bezwstydna osoba wołała do męża: „Przedewszystkiem, uważaj mi dobrze na Wołodję! Jeśli mu się coś stanie, odejdę od ciebie na zawsze i dzieci ze sobą zabiorę!“.
Może przedstawiasz sobie tego kapitana, jako tchórza i niedołęgę? Mylisz się mocno, moja droga. Był wyjątkowo odważnym i dzielnym żołnierzem. Przy „Zielonych Robotach“ prowadził swą kompanję sześciokrotnie do ataku na turecki szaniec, tak że z dwustu ludzi pozostało czternastu. Był dwa razy ranny, lecz nie zgadzał się na wycofanie go z frontu. Żołnierze ubóstwiali go i modlili się za niego.
Lecz „ona“ kazała mu... Jego Lenoczka!
I opiekował się też jak matka tym zniewieściałym tchórzem, leniwym trutniem Wichniakowem. W obozie, przy deszczu i błocie, zawijał go we własny koc. Pracował za niego przy saperskich robotach, podczas gdy ten paniczyk siedział w ciepłem, leniuchował lub faraona grywał. W nocy obchodził za niego przednie straże i to, moja kochana w czasie, kiedy baszi-buzuki dusili nasze straże z taką zimną krwią, z jaką wieśniaczka z pod Tuły kapustę do zupy kraje. Smutne to, ale muszę się przyznać, żeśmy się wszyscy cieszyli, kiedy Wichniakow umarł w szpitalu na tyfus.
— A kobiety, dziaduniu? Czy spotkałeś kiedykolwiek takie, któreby naprawdę kochały?
— Naturalnie Wieroczka. Mogę spokojnie powiedzieć, że w miłości każda kobieta jest zdolna do najwyższego bohaterstwa. Pomyśl tylko: ona całuje, przyciska do serca — a czuje się już matką. Dla kochającej kobiety, miłość zawiera w sobie cały cel życia, cały wszechświat! Nie jest jej winą, że miłość przybrała wśród ludzi tak nędzne kształty i stała się zabawą lub wygodą. Winę ponoszą mężczyźni, którzy przy dwudziestu latach są już zblazowani i wskutek tego niezdolni nie tylko do bohaterskich czynów, lecz także do tkliwej i czystej miłości. Mówią, że kiedyś było to całkiem inaczej, że istniała taka miłość przynajmniej w marzeniach wybranych duchów, poetów, pisarzy, malarzy i muzyków. Niedawno czytałem „Historję kawalera des Grieux i Manon Lescaut”... Nie uwierzysz mi, płakałem. Widzisz, kochanie, powiedz otwarcie, czy nie tęskni każda kobieta za taką miłością — jedyną, cichą i ofiarną.
— To prawda, dziaduniu.
— A kiedy miłość zawiedzie, mści się okropnie taka kobieta. Za trzydzieści lat — ja już tego nie dożyję, ale ty może wspomnisz moje słowa — za trzydzieści lat będą miały kobiety olbrzymią władzę na świecie. Będą się ubierały jak bóstwa indyjskie. Będą nas mężczyzn traktowały jak pogardzanych tchórzliwych niewolników. Ich najgłupsze pomysły i najbardziej ekstrawaganckie kaprysy będą dla nas rozkazami. I tylko dlatego, że mężczyźni przez całe generacje nie mieli poszanowania dla miłości. To będzie ich zemsta. Znasz przecie prawo: akcja równa się reakcji.
Po chwili milczenia, Anosow spytał:
— Powiedz mi, Wiero, jeśli ci to zbyt nieprzyjemnem nie jest, co to za historja z tym telegrafistą, którą nam dziś wieczór książę Wasyl opowiadał? Co jest w tem z prawdy, a co jest wymyślone, bo u niego musi się tak pytać.
— Czy to cię rzeczywiście interesuje, dziaduniu?
— Jak chcesz, kochana Wiero, nie żądam...
— Ależ chętnie, dziaduniu. Wyjaśnię ci wszystko.
I opowiedziała generałowi całą historję, ze wszystkimi szczegółami.
Dwa lata przed ślubem zaczął ją prześladować jakiś głupiec swoją miłością. Nigdy go nie widziała i nawet obecnie nie zna jego nazwiska. Zadowolił się pisaniem listów, podpisywanych stale inicjałami G. S. J. Raz tylko przyznał się, że jest biednym urzędnikiem, nie wspominał jednak, jakoby był zajęty przy urzędzie telegraficznym. Musiał bezustannie śledzić Wierę, gdyż wyliczał dokładnie przyjęcia towarzyskie, na które uczęszczała i stroje, które nosiła. Z początku wykazywały jego listy, chociaż zawsze moralnie bez zarzutu, gwałtowny charakter piszącego. Lecz — kończyła Wiera — od czasu, kiedym go listownie prosiła (dziaduniu, proszę nikomu o tem nie wspominać, tego nikt nie wie) by mnie więcej swymi listami nie prześladował, nie pisze ani słowa o swej namiętności i pisuje rzadko, jedynie na Wielkanoc, Nowy Rok i moje imieniny.
Wkońcu mówiła jeszcze księżna Wiera o podarku jaki dostała od swego tajemniczego wielbiciela i powtórzyła prawie dosłownie treść listu.
— Taaak, zauważył generał, mówiąc bardzo powoli, może jest to naprawdę tylko anormalny człowiek, nawet obłąkany.... lecz kto wie? Może spotkałaś w nim na twojej drodze tę miłość, o której kobiety marzą i do której mężczyźni dzisiaj nie są więcej zdolni... Ale widzę zdążające nam naprzeciw światła. To z pewnością mój wóz.
W tej chwili zabrzmiał za nimi przeraźliwy ton syreny automobilowej, a rażące światło reflektorów zalało drogę.
— Annoczka — wołał Gustaw Iwanowicz — wsiadaj... Zabrałem twoje rzeczy... Ekscelencjo, pozwoli mi Pan zawieść się do domu?
— Ach nie, dziękuję, mój kochany — odpowiedział zagadnięty. — Nie mogę pojąć, co wy widzicie w tej maszynie, która tylko trzęsie i powietrze psuje? Do widzenia, Wieroczka. Będę cię teraz częściej odwiedzał, mówił całując Wierę w czoło i w rękę.
Wszyscy zaczęli się żegnać. Friese odprowadził Wierę, aż do bramy jej willi, poczem wóz zawróciwszy znikł w ciemności, sycząc i hucząc.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksandr Kuprin i tłumacza: anonimowy.