W starym piecu/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł W starym piecu
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1884
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Ślub pana Jana Alberta Gozdawy Pampowskiego odbył się w parafii ś-go Krzyża, bardzo cicho i skromnie. Mało osób było zaproszonych, Maniusi jednak tajemnicy nie robił z niczego komornik i ona siedząc w ławkach rzewnie się spłakała...
Państwo młodzi nie pojechali w żadną podróż cudzoziemskim obyczajem, wprost od Hortyńskiego, z kilku przyjaciołmi, przenieśli się na cukrową kolacyę do mieszkania komornika. Od tej słodkiej wieczerzy życie się ich rozpoczęło, o którego przebiegu nic już nie powiemy, bo czytelnik z tych danych jakie ma, powinien sobie wywnioskować iż Pampowski był najszczęśliwszym z ludzi; czy była nią panna Albina, dla nas jest tajemnicą.
W rok po ślubie wypadło pani Pampowskiej pojechać z bratem do stryja na Podlasie, na którym pewne pokładano nadzieje testamentowe, był bowiem bezdzietny. Komornik towarzyszyć im nie mógł z powodu sciatyki, która teraz, począwszy od miodowych miesięcy, zatrutych nią, często go bardzo nawiedzała.
Brał kąpiele iglicowe i używał różnych środków przez lekarza mu przepisywanych, lecz — choć się jej czasem zbył na parę tygodni, lada co sprowadzało ją na nowo.
Nie mogąc towarzyszyć żonie, którą ubóstwiał, o którą był zazdrosny, bez której żyć nie mógł, komornik gryzł się i był w tak złym humorze, iż się z rozpaczy do lektury uciekał. Jak się brał do książki, było to znakiem zawsze iż się pragnął narkotykiem uspokajać.
Czytał właśnie, nie powiem co, boby to wzięto za złośliwość, czytał pewną grubą książkę, gdy w przedpokoju usłyszał głos znajomy, którego właściciela przypomnieć sobie nie mógł.
Był pomimo to znajomy, ale tak znajomy dziwnie, że go poruszył. Książka się stoczyła w popielniczkę, a komornik o sciatyce zapomniawszy, chciał wstać, chwycił się za krzyż i przeraźliwie krzyknął.
W tej samej chwili ujrzał na progu z otwartemi stojącego rękami Atanazego Piotrowicza, z twarzą rumianą, uśmiechniętego.
— A! ty! „dobry mały!“ — wołał — no! jak ty żyjesz? jak się tobie powodzi? hę! tyś się słyszę pocieszył i ożenił.
Padli sobie w objęcia, bo komornik urazy już do niego nie czuł.
— No widzisz, Janie Klemensowiczu, począł gość, ja o tobie nie zapomniałem, tylko przyjechałem do Warszawy, prosto do ciebie, jak w dym.
Pocałowali się raz jeszcze.
— U mnie taka natura — mówił Afanazy Piotrowicz — że jak kocham, to się dam na kawałki pokrajać, a jakem zły, to posiekam na kawałki. A ciebie ja kocham... a! ty „dobry mały.“
Uściskali się po raz trzeci.
— No cóż ty dobrą żonkę masz? nie ma jej podobno w domu, a ja bardzo chciałem ją w rączkę pocałować.
— Wyjechała...
— A ty ją puściłeś i zostałeś w domu? — pytał gość.
Komornik schwycił się za bolący krzyż.
— Choroba nie w porę kiedy młodą żonkę masz!...
Rozgadywali się tak, komornikowi cisnęły się na widok tego człowieka wspomnienia przeszłości, lecz nie śmiał spytać o Henrykę.
Afanazy Piotrowicz także jakoś nie śpieszył mówić o niej.
— Gdzież państwo mieszkacie? — spytał w końcu komornik.
— Ho! jakie państwo? — odparł buchając śmiechem Afanazy, cóż to ty, nie wiesz nic?
— Nic — rzekł krótko Pampowski.
— Nic! — rozśmiał się wesoło gość — no! no! toć przecie historya! Ja teraz ni wdowiec ni kawaler. Henryki Iwanownej u mnie nie ma!
— Jak to?
— A czort ją wziął, to utrapienie — począł chmurniejąc trochę wesoły Afanasy. No, to prawda że mnie ona tak opętała, żem dla niej resztę rozumu postradał. Pięknaż bo była, a djabeł wcielony, ja takie lubię. O mało się o nią z baronem nie pobiłem, kosztowała mnie, o tem nie ma już co gadać, przepadło! Kazała się z sobą ożenić, co było robić, musiałem żeby była naówczas żądała: obetnij rękę, byłbym obie poobcinał.
No! byłem szczęśliwy! nie ma już o tem mówić! szaleliśmy oboje aż strach... obsypałem ją brylantami, miała najlepszą parę rysaków, za którą nie wiem com zapłacił. A piękna się zrobiła — no, jeszcze piękniejsza niż była. Dom u mnie zawsze otwarty, chleba i soli ja nikomu nie żałuję. Cisnęli się do mnie, gwardya nie gwardya, ministrowie, książęta, a ona królowała. Bywało w teatrze, siądziemy w loży, wszystkie lornetki na nią skierowane, a ona tak pogardliwie patrzy, jakby jej nikt nie był wart końca nóżki pocałować. Nie byłem ja zazdrosny — niechaj szaleją drudzy — ona moja! Miło było się nią pochwalić.
Pieniądze prawda, jadła, w ręku się jej topiły, nie można było nastarczyć, ale dla takiej kobiety bez nich nie ma życia. No! hulaj! Zaczął u nas bywać kniaź z czerkiesów, z Kaukazu, Aghat-Khan, chłopiec młody i ładny, a bardzo bogaty. Zaraz postrzegłem że się zakochał na zabój. Pożałuj! kochaj się... Ona się śmiała z niego. Pytam jej — a co Aghat Khan? — Piękny jest — odpowiedziała — ale to dzieciak... A to natura była szalona, dzika, góralska i pieniędzy miał huk. Więc gdzie my tam i on, ślad w ślad, oczyma goni za nią, prezenta nosi. Co mnie tam! Pożałuj! Ani patrzała na niego, zdawało się. Bywało przyjedzie, posadzimy go do kart, a on za nią wodzi oczyma i przegrywa! No — pożałuj! Co mnie tam...
Wypadło mnie jechać do Archangielska, co robić, pakuj się, w drogę. Zostawiłem ją z tą starą Abakową, wiesz? co tu była... pocałowałem — nie tęsknij, prędko powrócę... Zabawiłem się trochę dłużej i już okrutnie za nią sam tęskniąc, przypędziłem do domu.
— Gdzie pani? — zaraz pytam od progu. Ludzie nie odpowiadają, aż mnie złość wzięła. Wpadam do pokoju, a tu stara przedemną na kolana, ręce złożyła. Zmiłuj się, ja nic nie winna!
Mnie krew mało nie ubiła.
— Gdzie pani? — wołam.
Nie było duszki. Po moim wyjeździe nic się znaczącego nie stało; nawet listów żadnych nie odbierała. Aghat-Khan nie pokazywał się, pojechała sama jedna sankami na Newski Prospekt i — tyle jej było. Gdzieś na nią czekał ten urwis i jak drapnęli, oparli się aż gdzieś na perskiej granicy. Czort że ich bierz. Baba z wozu kołom lżej!
Ruszył ramionami Afanazy Piotrowicz.
— A, wiesz, dodał śmiejąc się, tak mnie podebrała wyjeżdżając, sprytna babuszka, że jednego pierścionka i jednego rubla nie zostawiła, nic, tylko na karteczce dla mnie — „praszczaj“ — (Bądź zdrów.)
Com odbolał tom odbolał, taka piękna kobieta — mówił dalej gość — ale żeby była dłużej posiedziała, nie stało by nas obojga. Kochała mnie a kłóciliśmy się nieraz tak, że do kułaków przychodziło — potem zgoda święta i dobrze. Już w końcu jam miarkował że ona ze mną nie wybędzie, bo jej na jednem miejscu usiedzieć było to samo co umierać! Dwa razy w jedną ulicę pojechać, już ziewała. Dawaj nowego, choć się zarznij. Otóż i dostała nowego.
Radzili mi ludzie gonić ich, odbierać, zabijać! Albom głupi! A mnie to na co? Jak ona mnie nie chce, co ja się mam rozbijać dla niej kiedym ją już znał i miał dosyta...
Komornik słuchał z pewnym rodzajem wstydu.
— I cóż się z nią stało? — szepnął z cicha.
— Nic. Słyszę jeszcze siedzą razem w Tyflisie, a on nawet nie chrześcianin, mahometańskiego wyznania. Tak samo, jak u mnie bywało, cisną się ludzie oglądać ją, bo taka piękna, jak i była, przyjdzie i na czerkiesa to, co na mnie, tylko on — i ją i przyjaciela ubije, bo u nich krew gorętsza...
Janie Klemensowiczu — dokończył Afanazy, ono to tak, jak się durzyć i kochać to bodaj w szalonej, ale jak żenić, sprawa inna, rozumnej trzeba szukać i spokojnej. Już jeżeli teraz owdowieję, a będę mógł sobie drugiej żonki szukać, wezmę taką, co płacze, a nie taką co się śmieje.
Strzepnął ręką Afanazy Piotrowicz. Zresztą, tyle tam naszego życia, trzeba wszystkiego spróbować i doświadczyć.
— Za zdrowie twoje i żony! — rzekł wychylając kieliszek podany wesoły człek — ot! Bogu chwała, żem ja jeszcze ciebie zobaczył, bom pokochał...
Wstał z krzesła patrząc na zegarek.
— Tyle tylko, żem miał czas zbiedz i was uściskać, bo zaraz muszę do Londynu machiny kupować i przyrządy do kolei. Bywaj zdrów...
Wytoczył się o ile mógł pośpiesznie wesoły gość, a pan Jan został ze sciatyką w krześle zadumany głęboko.
— Pan Bóg mnie salwował — rzekł w duchu. — Jemu się nic nie stało, choć go w trąbę puściła, a gdyby to tak na mnie przyszło, jużby koście moje na cmentarzu bielały!
Westchnął.
— Żal mi Afanazego, a i kobiecisko biedne!...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.