Strona:Józef Ignacy Kraszewski - W starym piecu.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wne pokładano nadzieje testamentowe, był bowiem bezdzietny. Komornik towarzyszyć im nie mógł z powodu sciatyki, która teraz, począwszy od miodowych miesięcy, zatrutych nią, często go bardzo nawiedzała.
Brał kąpiele iglicowe i używał różnych środków przez lekarza mu przepisywanych, lecz — choć się jej czasem zbył na parę tygodni, lada co sprowadzało ją na nowo.
Nie mogąc towarzyszyć żonie, którą ubóstwiał, o którą był zazdrosny, bez której żyć nie mógł, komornik gryzł się i był w tak złym humorze, iż się z rozpaczy do lektury uciekał. Jak się brał do książki, było to znakiem zawsze iż się pragnął narkotykiem uspokajać.
Czytał właśnie, nie powiem co, boby to wzięto za złośliwość, czytał pewną grubą książkę, gdy w przedpokoju usłyszał głos znajomy, którego właściciela przypomnieć sobie nie mógł.
Był pomimo to znajomy, ale tak znajomy dziwnie, że go poruszył. Książka się stoczyła w popielniczkę, a komornik o sciatyce zapomniawszy, chciał wstać, chwycił się za krzyż i przeraźliwie krzyknął.
W tej samej chwili ujrzał na progu z otwartemi stojącego rękami Atanazego Piotrowicza, z twarzą rumianą, uśmiechniętego.
— A! ty! „dobry mały!“ — wołał — no! jak ty żyjesz? jak się tobie powodzi? hę! tyś się słyszę pocieszył i ożenił.
Padli sobie w objęcia, bo komornik urazy już do niego nie czuł.
— No widzisz, Janie Klemensowiczu, począł gość, ja o tobie nie zapomniałem, tylko przyjechałem do Warszawy, prosto do ciebie, jak w dym.
Pocałowali się raz jeszcze.
— U mnie taka natura — mówił Afanazy Piotrowicz — że jak kocham, to się dam na kawałki pokrajać, a jakem zły, to posiekam na kawałki. A ciebie ja kocham... a! ty „dobry mały.“
Uściskali się po raz trzeci.