Strona:Józef Ignacy Kraszewski - W starym piecu.djvu/140

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — No cóż ty dobrą żonkę masz? nie ma jej podobno w domu, a ja bardzo chciałem ją w rączkę pocałować.
    — Wyjechała...
    — A ty ją puściłeś i zostałeś w domu? — pytał gość.
    Komornik schwycił się za bolący krzyż.
    — Choroba nie w porę kiedy młodą żonkę masz!...
    Rozgadywali się tak, komornikowi cisnęły się na widok tego człowieka wspomnienia przeszłości, lecz nie śmiał spytać o Henrykę.
    Afanazy Piotrowicz także jakoś nie śpieszył mówić o niej.
    — Gdzież państwo mieszkacie? — spytał w końcu komornik.
    — Ho! jakie państwo? — odparł buchając śmiechem Afanazy, cóż to ty, nie wiesz nic?
    — Nic — rzekł krótko Pampowski.
    — Nic! — rozśmiał się wesoło gość — no! no! toć przecie historya! Ja teraz ni wdowiec ni kawaler. Henryki Iwanownej u mnie nie ma!
    — Jak to?
    — A czort ją wziął, to utrapienie — począł chmurniejąc trochę wesoły Afanasy. No, to prawda że mnie ona tak opętała, żem dla niej resztę rozumu postradał. Pięknaż bo była, a djabeł wcielony, ja takie lubię. O mało się o nią z baronem nie pobiłem, kosztowała mnie, o tem nie ma już co gadać, przepadło! Kazała się z sobą ożenić, co było robić, musiałem żeby była naówczas żądała: obetnij rękę, byłbym obie poobcinał.
    No! byłem szczęśliwy! nie ma już o tem mówić! szaleliśmy oboje aż strach... obsypałem ją brylantami, miała najlepszą parę rysaków, za którą nie wiem com zapłacił. A piękna się zrobiła — no, jeszcze piękniejsza niż była. Dom u mnie zawsze otwarty, chleba i soli ja nikomu nie żałuję. Cisnęli się do mnie, gwardya nie gwardya, ministrowie, książęta, a ona królowała. Bywało w teatrze, siądziemy w loży, wszystkie lornetki na nią skierowane, a ona tak pogardliwie patrzy, jakby jej nikt nie był wart