W starym piecu/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł W starym piecu
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1884
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Właściwie powieść się na tem skończyć powinna, lecz czułym sercom gwoli, jakże milczeniem zbyć poczciwą Maniusię i niewinną Karolkę?? Co się z niemi stało? mógłby mnie kto listownie pytać i niecierpliwić się nierychłą odpowiedzią, gdyby list gdzieś daleko szukać mnie musiał.
Los Maniusi rzeczywiście zasługuje na to, abyśmy mu parę wierszy jeszcze poświęcili. Spłakała się ona na ślubie, grzebiąc nadzieje, jakie dla Karolki miała. Komornik nie przyznając się przed żoną do opieki nad wdową Pędrakowską, za pośrednictwem doktora przesyłał jej zapomogę i pozdrowienia.
Doktór człowiek rozumny, od gadatliwej Maniusi dowiedziawszy się wszystkich szczegółów jej historyi, a nawet stosunku z komornikiem, znalazł najwłaściwszem opowiedzieć to w sekrecie pani komornikowej.
— Mnie się zdaje — dodał — że pani wcale nie masz powodu być o nią zazdrosną. Stosunek ich był poczciwy, za co charakter sam obojga ręczy. Zyszczesz u męża nową wdzięczność, gdy go od tajemnicy uwolnisz i zaopiekujesz się biedną wdową.
Komornikowa śmiejąc się, z wielką ochotą podjęła się całej sprawy: ale figlarz baba, sama pojechała do Pędrakowskiej, zaprzyjaźniła się z nią, ośmieliła a w ostatku, nic nie mówiąc mężowi, zaprosiła ją z córką na obiad.
Pampowski widząc u stołu dwa nakrycia więcej niż zwykle, zapytał żony:
— Kogóż to się spodziewasz! aniołku! (Nazywał ją zawsze aniołkiem, a ona jego „kochasiu“).
— Mam moją dawną jedną znajomą! Nie wiem czy ją znasz? — odparła żona tajemniczo.
Dowiedziawszy się o gościach, komornik sam poszedł po wino do składu i wracając z butelką, gdy zobaczył Maniusię, o mało jej nie upuścił. Ledwie miał czas drżącą ręką na kredensie ją postawić.
Wyjaśniło się wszystko; dostał komornik burę za brak zaufania, a poczciwa Maniusia spłakana, wdzięczna, stała się nieomal sługą komornikowej, za którą życie daćby gotowa. Ona i Karolka codzienni goście w domu, towarzyszyły pani w przechadzkach. Maniusia robiła jej sprawunki, a komornikowa za to własnych dzieci nie mając, zajmowała się Karolką i jej wychowaniem z macierzyńską troskliwością. Dziewczę już ładne dawniej, wypiękniało, nabrało śmiałości, a że miało talent do wszystkiego i ochotę wielką, śliczna się z niej zrobiła panienka.
I — złożyło się dziwnie, bo Hortyński, który z wistem przeniósł się do szwagra, codzień tu przychodząc, swoim trybem żarty stroił, figlował, droczył się z Karolką, niby się do niej zalecał, aby ją nastraszyć, zakochał się naprawdę i — z pomocą siostry oświadczył się dziewczęciu.
Maniusia przeciw tak „słusznemu obywatelowi“ nie miała nic a nic, panna serce dotąd niezajęte jeszcze zachowawszy, że ją Hortyński bawił, zgodziła się wyjść za niego.
I w tem małżeństwie miłość gorąca była po stronie męża, panowanie przy kądzieli. Panna Albina rozkazywała komornikowi i rządziła nim jak chciała, lecz starsza, zachowywała w tem pewne decorum, Karolka nazajutrz po ślubie stała się despotką w najstraszliwszem wyrazu tego znaczeniu. Hortyński sam z siebie się najgrawając, że był pod pantoflem, nieustannie się niby na los swój uskarżając, padał przed młodą małżonką na twarz i adorował ją bez miary.
Można sobie wyobrazić uszczęśliwienie Maniusi i wdzięczność jej najprzód Bogu, potem komornikowi, a w ostatku tej „najdroższej komornikowej dobrodziejce!“
Karolka Hortyńska wkrótce zażądała skosztować żywota, „obywateli ziemskich“, namówiła męża na wieś, zabrała matkę i — rządzić się poczęła jak szara gąska na swojem dziedzictwie!“
Maniusia, która w mieście była jakby szafarką i klucznicą u komornikowej, na wsi u własnej córki poszła pod jej rozkazy, trudniąc się gospodarstwem za nią, bo Karolka stroiła się i paradowała trochę po sąsiedztwie.
Ażebyśmy czytelnikowi dopełnili to studyum psycho i patho-graficzne, musimy zanotować, że dziwne bardzo metamorfozy zaszły w osobach głównych naszego obrazka; komornik, o ile to było możliwem, odmłodniał, żona jego jakby postarzała, opuściła się nieco, straciła wdzięk młodości, Karolka kwitła nie już jak róża, ale jak piwonia, a Hortyński nagle, gwałtownie starzeć począł w sposób zatrważający.
Co dalej będzie, Pan Bóg jeden wie tylko...


Drezno, listopad 1878.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.