Strona:Józef Ignacy Kraszewski - W starym piecu.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


straszliwszem wyrazu tego znaczeniu. Hortyński sam z siebie się najgrawając, że był pod pantoflem, nieustannie się niby na los swój uskarżając, padał przed młodą małżonką na twarz i adorował ją bez miary.
Można sobie wyobrazić uszczęśliwienie Maniusi i wdzięczność jej najprzód Bogu, potem komornikowi, a w ostatku tej „najdroższej komornikowej dobrodziejce!“
Karolka Hortyńska wkrótce zażądała skosztować żywota, „obywateli ziemskich“, namówiła męża na wieś, zabrała matkę i — rządzić się poczęła jak szara gąska na swojem dziedzictwie!“
Maniusia, która w mieście była jakby szafarką i klucznicą u komornikowej, na wsi u własnej córki poszła pod jej rozkazy, trudniąc się gospodarstwem za nią, bo Karolka stroiła się i paradowała trochę po sąsiedztwie.
Ażebyśmy czytelnikowi dopełnili to studyum psycho i patho-graficzne, musimy zanotować, że dziwne bardzo metamorfozy zaszły w osobach głównych naszego obrazka; komornik, o ile to było możliwem, odmłodniał, żona jego jakby postarzała, opuściła się nieco, straciła wdzięk młodości, Karolka kwitła nie już jak róża, ale jak piwonia, a Hortyński nagle, gwałtownie starzeć począł w sposób zatrważający.
Co dalej będzie, Pan Bóg jeden wie tylko...


Drezno, listopad 1878.

KONIEC.