W ludzkiej i leśnej kniei/Część druga/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł W ludzkiej i leśnej kniei
Podtytuł Część druga
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1923
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.
DRAMAT NA RZECE LEŚNEJ.

Podróżując po kraju Usuryjskim, zwiedzałem nietylko samotne fanzy chińskich lub rosyjskich odludków, poszukujących tajemniczego dżen-szengu i złota, lub polujących na sobole, kuny, jelenie i niedźwiedzie, lecz i większe osady, najczęściej kozaków lub chłopów ukraińskich, przesiedlonych tu z nad brzegów Dniepru lub Dniestru. Osady te, o ile są położone zdala od linji kolejowej, łączącej Władywostok z Chabarowskiem, przedstawiają zbiorowiska złożone z 10—50 chat, rozrzuconych zwykle na dużej przestrzeni, gdyż odległość między chatami jest znaczna.
W tych wsiach, zaprzepaszczonych w lasach i nad brzegami bystrych rzek górskich, życie płynie zupełnie inaczej, niż w miastach lub nawet w osadach, więcej zbliżonych do kolei. Jakieś dziwne prawa obyczajowe, swoista moralność i wyraźne wpływy koczowników mongolskich panują tu bez żadnych krępujących je reguł.
Na tem tle rozgrywają się nieraz życiowe dramaty, ciężkie i ponure. Byłem świadkiem jednego takiego wypadku, gdy podróżowałem konno od stacji Czernihowskiej do brzegów zatoki Tetiuche.
Ścieżka biegła przez obszary leśne i przecinała główny grzbiet Sichota-Alin. O 60 kilometrów od wybrzeża morskiego dogonił nas młody kozak. Służył on w straży pogranicznej w Mandżurji, gdzie w potyczce z chunchuzami dostał postrzał w piersi i, po wyjściu ze szpitala, otrzymał czterotygodniowy urlop do domu. Był blady i wychudzony, w szeroko rozwartych źrenicach była jakaś ciągła trwoga, miał gorączkę i pluł krwią. Nie rokował wcale długiego życia ten młody milczący kozak.
Jechał z nami parę dni i powoli stał się ze mną szczery, może dlatego, że go trochę leczyłem, dając mu chininę, a na noc, ponieważ źle sypiał — krople walerjanowe.
Opowiedział mi więc, że już od trzech lat nie był w domu, za którym tęsknił; z rozrzewnieniem w głosie wspominał o swej malowniczej wiosce, położonej wśród starych dębów, na brzegu rzeki, bystrej i głębokiej, pełnej wirów i odmętów. Szczególnie długo opowiadał o niewielkiem jeziorze, porośniętem wysokiemi trzcinami, ze ślicznemi, jak z aksamitu, kitami, o szumiących strumykach, wypływających z jeziora.
— O, żeby pan zobaczył to jezioro! — mówił z zachwytem. — Piękne jest, zwłaszcza w noc księżycową. Jeżeli siąść na wysokim brzegu w krzakach dębowych lub za ścianą trzcin, które śpią nad wodą, jezioro wydaje się srebrne. Czasem tylko po jego błyszczącem zwierciadle zaczynają biegać czarne koła i pasma. To ryba gdzieś plusnęła, lub spóźniona kaczka wpadła, rozcięła gładką powierzchnię roztopionego srebra, na której odrazu zaczynają wznosić się małe fale, marszcząc srebrne zwierciadło... Jakie to piękne!...
Spojrzałem na przybladłą twarz kozaka i w jego rozmarzone oczy. Mimowoli uśmiechnąłem się i zapytałem:
— Pewno nie sami siadywaliście w tych krzakach i przyglądaliście się srebrnej wodzie jeziora?
Pochylił głowę i po chwili milczenia szepnął:
— Tak, panie! Bywałem tam z narzeczoną. Kocham tę dziewczynę nad życie! Gdym wyjeżdżał, przysięgła, że będzie na mnie czekała. Teraz tylko rok służby w wojsku mi pozostał, a potem powrócę na dobre do wsi i pobierzemy się!
— Daj Boże szczęścia! — powiedziałem.
— Dziękuję wam! — szepnął w przerwach ciężkiego kaszlu.
Kraj pomiędzy koleją usuryjską i dalej za Sichota-Alinem jest interesujący z punktu widzenia historycznego i etnograficznego. Niegdyś panowała tu znaczna kultura, zapewne koreańska. Mieszkańcy kraju Smętnego Zachodu byli niegdyś ludem walecznym i potężnym, lecz, mając niespokojnych i bardziej przedsiębiorczych sąsiadów, Japończyków i Chińczyków, podupadli, zubożeli i wreszcie zatracili kulturę, wolność, a obecnie i własny kraj. W lasach spotykałem ruiny wałów i murów, rozsypujące się już kamienne fundamenty dużych budynków, może świątyń i pałaców lub twierdz. Gdzie niegdzie pozostały pamiątki starożytnej rzeźby z owych czasów. Były to olbrzymie na 2 — 3 metry długie żółwie, wykute z olbrzymich głazów granitowych, poniszczone zębem czasu. Niektóre miały na grzbietach wyryte rysunki, wyobrażające smoka lub jakieś kwiaty i ornamenty.
Niegdyś wrzało tu życie, o czem świadczyły ślady szerokich dróg, obecnie zarośniętych lasem. Drogi te były nawet brukowane okrągłemi kamieniami i miały mosty, gdyż resztki ich spotkałem w dwóch miejscach: na rzece Daubiche i na nieznanej mi z nazwy, nadzwyczaj wartkiej, chociaż małej rzeczce, płynącej pośród wysokich, skalistych brzegów.
Obecnie pozostała tylko dzika, bezludna knieja. Nawet pojedyńczych fanz nie spotkałem, ale zato widziałem stada jeleni, kabarg (Gazela mosca cabarga) czyli piżmowej antylopy i ślady barsa, czyli pantery północnej. Ślad to był krwawy — trup jelenia z przegryzionem gardłem. Spłoszyliśmy drapieżnika, który ukrył się przed chwilą, gdyż jeleń był jeszcze ciepły, a na ziemi wyraźnie odbiły się ślady łap i pazurów napastnika. Kozacy, spostrzegłszy ślady, jednogłośnie orzekli, że był to bars, postrach jeleni i saren, oraz klęska dla koni i bydła domowego.
Idąc jego śladami, doszliśmy do miejsca, gdzie one nagle znikały.
— Na drzewo się schronił! — zauważył starszy przewodnik.
Rozglądaliśmy się po konarach dębów i cedrów, ale nigdzie nie mogliśmy dojrzeć zwierza. Badając każde drzewo, przeszliśmy nie mniej niż dwa kilometry, gdy nagle spostrzegliśmy ciemną masę, która zeskoczyła z drzewa, przebiegła przez niewielką polanę i z zadziwiającą szybkością wdrapała się na samotnie stojący dąb.
Kozacy porwali za karabiny i pomknęli w tamtą stronę. Pośpieszyłem za nimi, przygotowawszy swego Henela. Pierwszy dopadł dębu chory kozak i w okamgnieniu, nie schodząc z konia, wymierzył do barsa i strzelił. Jak ciężki worek, drapieżnik spadł w gęstą trawę. Kilka nieprzytomnych skoków, bezładnych podrygów — i rozciągnął się martwy, gdyż dostał kulą za uchem.
Był to okaz ciemno-brunatny, z dużemi plamami na całem ciele, długiem na 1½ metra. Miał nieproporcjonalnie dużą głowę i długi ogon.
— Dobry strzał! — pochwaliłem kozaka.
— Jestem w komendzie strzelców konnych! — odparł z dumą. — Do niej zaś wyznaczają tylko takich, którzy najlepiej strzelają. Zresztą ciągle polujemy na grubego zwierza w lasach północnej Mandżurji. Już się nabyło wprawy.
Kozacy szybko zdarli z barsa skórę, którą nabyłem dla muzeum za 10 rubli.
Gdyśmy przyjechali do wsi rodzinnej chorego kozaka, byłem zniewolony spędzić tam trzy dni, gdyż mój koń podbił sobie kopyto, które spuchło mu bardzo. Spędziłem tedy czas na polowaniu, jezioro bowiem, które tak upoetyzował chory kozak, roiło się od kaczek. Używałem, nie szczędząc prochu i śrutu.
Stanąłem w chacie starosty, przeto swego towarzysza podróży nie widziałem, mieszkał on na drugim końcu wsi, rozciągniętej prawie na trzy kilometry. Zresztą przez cały dzień włóczyłem się ze strzelbą nad brzegami jeziora, licznych strumyków i małych rzeczek, wypływających z niego.
Pewnego razu powracałem do domu już po zachodzie słońca. Byłem zmęczony, ponieważ cały dzień polowałem, zabrawszy z domu chleb, trochę suszonego mięsa i tabliczkę czekolady. Usiadłem więc na kamieniu w krzakach, na brzegu strumyka i postanowiłem trochę wypocząć, bo do wsi miałem jeszcze co najmniej godzinę drogi.
Przesiedziawszy z pół godziny, już miałem ruszyć dalej, gdy nagłe doszły mię odgłosy kroków i rozmowa ludzi, idących drugim brzegiem strumyka. Usiadłem znowu. Usłyszałem smutny głos kobiecy, drżący ukrywanem łkaniem i przerywany od czasu do czasu wzburzonym barytonem męskim.
Mówiący zbliżyli się i, idąc ścieżką, prowadzącą do jeziora, przechodzili blisko mej mimowolnej kryjówki.
Kobieta mówiła cichym, beznadziejnie smutnym głosem:
— Ja nie śmiałam się sprzeciwić... Macocha kazała iść zamąż — poszłam, żeby nie być ciężarem w domu. Bieda u nas przecie, nędza!...
— Ale przysięgłaś mi, że będziesz czekała na mnie! — wybuchnął mężczyzna i głośno zakaszlał. — Przysięgłaś?
— Przysięgłam... — odezwała się, jak echo, kobieta.
— Przysięgłaś! — szyderczo zaśmiał się mężczyzna. — I cóż z tego, żeś przysięgła? Zdradziłaś mnie!... Wyszłaś zamąż!... Zamąż!... Za mego ojca!... Rozumiem!... Bogaty i hojny dla młodej żony, a ja — żołnierz, biedak!... Eh, jaką ty mi krzywdę wyrządziłaś!... Nie mam słów na wypowiedzenie mego żalu, mej męki... Boję się nawet tych słów, bo są to słowa przekleństwa i nienawiści!...
Kobieta coś mówiła jeszcze, ale już tego nie słyszałem, bo poszli dalej, a wiatr zaszumiał trzcinami i gałęziami krzaków. Wyjrzałem ze swej kryjówki, skąd mimowoli podsłuchałem smutną rozmowę dwojga nieszczęśliwych, i poznałem swego towarzysza podróży — kozaka, który ciężko ranny, jechał do ojczystej wioski na wypoczynek i po... miłość.
Jakaś trwożna ciekawość zapędziła mię nazajutrz do mego przypadkowego towarzysza podróży.
Zastałem go na podwórzu, oglądającego koła wozu. Ucieszył się, gdy mię ujrzał, lecz wkrótce wpadł w smutną zadumę. Zaprosił mię na herbatę, tradycjonalny syberyjski i wogóle azjatycki poczęstunek.
Weszliśmy do chaty. Wszędzie znać było chłopski dostatek. Pod ścianami stały ciężkie skrzynie z różnym dobytkiem. Stół był nakryty czystą serwetą wyszywaną; w prawym kącie wisiało dużo srebrnych obrazów świętych, i palącą się przed niemi w dzień i noc lampką. Obrazy były przystrojone wyszywanemi ręcznikami i kwiatami sztucznemi, o jaskrawych barwach. Na ścianach wisiało duże lustro i jakieś oleodruki w czarnych ramach. Podłoga z desek, gładko wyheblowanych, świeciła czystością, zarówno jak ławki i stoły. Znać było, że życie w tej chacie jest już urządzone na stałe i płynie biegiem normalnym. Przez drzwi, prowadzące do drugiej izby, zobaczyłem na podłodze i ścianach domowej roboty dywany, szerokie łóżko z całym stosem poduszek, od ogromnej do zupełnie malutkiej, zdatnej chyba do kołyski lalki; poduszki leżały jedna na drugiej i tworzyły wieżę, wznoszącą się niemal do niskiego pułapu z desek cedrowych. Wszędzie na ścianach wisiały karabiny, rewolwery, szable i noże myśliwskie. Był to dowód najlepszy, że się znalazłem w chacie kozackiej, gdyż kozacy, jako należący przez całe życie do kasty wojskowej, lubują się w broni wszelkiego rodzaju, starannie ją zbierają i przechowują. Ta kasta kozacka pielęgnowała przed bolszewizmem własną bojową tradycję, upiększoną krwawym eposem, ową półlegendarną, półprawdziwą historję kozactwa, którego instynkt wojowniczy z nad brzegów Donu i Dońca zagnał aż nad Irtysz, pod Sajany, na Bajkał, Amur i na brzegi Usuri.
Młody, tęskny kozak, wprowadziwszy mię do domu, zawołał na swoich. Po chwili weszła młoda szczupła kobieta, o gładko zaczesanych czarnych włosach, z oczyma ciemno-piwnemi. Uderzyła mię matowa bladość jej twarzy i gorzkie zmarszczki około pełnych, pięknie wykrojonych ust. Była ubrana w ciemną suknię, ręce zaś trzymała na fartuchu, prawie kurczowo zacisnąwszy palce. Gdy weszła, rzuciła na młodego kozaka spojrzenie pełne obawy i bólu.
— To ona! — pomyślałem. — To ta, która przysięgła czekać na młodego syna, a wyszła zamąż za starego ojca...
Wkrótce nadszedł z lasu sam gospodarz. Był to kozak olbrzymi, szeroki w ramionach, o gęstej, siwej czuprynie. W jego gorących, siwych oczach błyszczała wesołość i żądza życia.
Z powagą mię powitał i, zapraszając do stołu, rzekł z niemiłym przekąsem:
— Dziękuję panu za leczenie tego cherlaka! Słabi teraz ludzie po ziemi chodzą! Za moich czasów na takie rany nie zwracaliśmy uwagi. Miałem dwie takie dziury w piersiach podczas wojny tureckiej i kulę w nodze, a widzi pan, że jestem jeszcze zupełnie w porządku?
Zaśmiał się głośno i dodał:
— Młody jestem, młodszy od mego synalka, więc rok temu ożeniłem się powtórnie. Pewnie syn już panu chwalił się swym ojcem?
— Winszuję panu, — odparłem — lecz nie słyszałem o tem od niego. Myślę jednak, że pan nie miał takich dziur, jaką kula chińska przewierciła w piersi młodzieńca. Rana jest bardzo poważna, powinien leczyć się bardzo długo i zwracać uwagę na stan swego zdrowia.
Podczas herbaty zauważyłem kilkakrotnie, że stary podejrzliwie i złośliwie spoglądał na milczącą żonę i na smętną, mizerną twarz syna. Te złośliwe migotania w wesołych, energicznych oczach starego kozaka przeraziły mię. Wyczułem i pojąłem, że wystarczy poważniejszy jakiś powód, by w sercu tego siwego olbrzyma obudził się drapieżny, dziki zwierz. Stwierdziłem również, że życiowo i fizycznie był on silniejszy od śmiertelnie pokrzywdzonego przez siebie syna.
Niebardzo mile minął mi czas w domu tej rodziny. Czułem, że ze wszystkich kątów tego dostatniego domu wyziera nieszczęście, dyszące zgrozą, wiszącą w powietrzu. Miałem wrażenie takie, jakgdyby się zbliżała burza, a poprzedzające ją czarne, ciężkie chmury, silne powiewy wichru i pierwsze, jeszcze tymczasem dalekie grzmoty i błyskawice już nadbiegały.
Byłem więc bardzo rad, gdy wreszcie poczęstunek się skończył i mogłem pożegnać rodzinę, nad którą, jak sobie z tego doskonale zdawałem sprawę, zawisło bliskie i nieodzowne nieszczęście. Nie myślałem jednak, że tak prędko przyjdzie ono w całej swej bezwzględności i surowości.
Tegoż samego wieczora, gdym pakował swe rzeczy, ponieważ nazajutrz miałem wyruszyć dalej, wpadł do mnie mój gospodarz — starosta.
— Panie! Złoty, dobry panie! — wołał, drżąc całem ciałem i niemal łkając. — Prędzej, prędzej! Stało się nieszczęście! Pomóżcie! Ten młody kozak, który przyjechał razem z panem, zastrzelił się...
Chwyciłem ze sobą apteczkę i wybiegłem za starostą.
W pierwszej izbie na szerokiej ławie leżał kozak. Biała, płócienna koszula, była zbroczona krwią, która ciężkiemi kroplami spadała na podłogę. Był nieprzytomny i leżał nawznak z twarzą siną, mocno zaciśniętemi wargami, a otwarte oczy patrzyły prosto przed siebie nieruchomemi, groźnemi źrenicami.
Odrazu pojąłem, że niewiele tu będę miał do roboty, gdyż śmierć już mię wyprzedziła. Wziąłem za puls. Jeszcze dawał się wyczuć, lecz z każdem uderzeniem słabnął, wreszcie umilkł na zawsze. Powoli ciężkie powieki, jakby znużone, zaczęły opadać, twarz zbladła i nabrała przejrzystości i barwy wosku. Obejrzałem się.
Obawiałem się powiedzieć prawdę, gdyż sądziłem, że młoda kozaczka nie wytrzyma i wybuchnie, budząc burzę w sercu męża.
Lecz kobiety nigdzie nie spostrzegłem. Zajrzałem do sąsiedniej izby — niema nikogo!
— Kogo pan szuka? Żony? — spytał mię ponurym głosem stary. — Niema jej... Wyszła przed wieczorem i jeszcze nie wróciła...
— To i lepiej! — odpowiedziałem. — Nie będzie rozpaczała, bo muszę wam powiedzieć, że syn wasz umarł...
Stary żadnym odruchem nie zdradził swych uczuć, podniósł na mnie błyszczące oczy i mruknął:
— Już nie będzie rozpaczała ta przeklęta kobieta. Zatruła życie mnie i jemu! Ale teraz już nie przyniesie nikomu nieszczęścia... Koniec!
— Co się z nią stało? — spytałem, czując, jak chłód zakrada mi się do serca. — Co się stało?
Kozak długo milczał, a potem, ściskając oburącz głowę, wyszeptał:
— Utopiła się!...
Nazajutrz długo posuwaliśmy się brzegami wijącej się rzeki, wypływającej z jeziora, które lśniło w blasku księżyca, jak płynne srebro. A w tej srebrzystej toni znalazła ukojenie młoda kobieta o smutnej twarzy, ta co przysięgła i przysięgę złamała. Jadąc brzegiem, mimowoli wpatrywałem się w szybko mknący prąd i pytałem w myśli, czy nie mignie mi gdzieś na mieliźnie lub w sitowiu przybrzeżnem czarna suknia topielicy i jej blada twarz, napiętnowana bólem... Lecz rzeka mknęła dalej i ukrywała tajemnicę w swoich wirach i w pianie, wyrzucając ją wysoko w powietrze, gdy nurt uderzał ze wściekłością o kamienie i o zwalone pnie starych, spróchniałych dębów.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.