W ludzkiej i leśnej kniei/Część druga/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł W ludzkiej i leśnej kniei
Podtytuł Część druga
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1923
Druk Zakłady Drukarskie F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.
METAL ŻÓŁTEGO DJABŁA.

Przerzucając się po tajdze Usuryjskiej z miejsca na miejsce, zależnie od wiadomości, jakie otrzymywałem o nowych pokładach węgla kamiennego lub złota, zdarzyło mi się raz jechać zwykłą ścieżką leśną, rzeką Bikin i jej drobnemi dopływami. Rzeka Bikin wpada do Usuri i przedziela grzbiety górskie Sinku i Cyfaku, mając swoje źródła na zachodnich spadkach Sichota-Alina.
Węgla tu nie znaleziono, zato w łożyskach drobnych dopływów Bikina natura złożyła złoto. Nie jest to wprawdzie Klondajk, lecz ludzie charakteru awanturniczego i o wielkiej żądzy bogactw pokładali wiele nadziei w złocie, ukrytem w niedostępnej tajdze na Bikinie.
Prawie codzień spotykałem na swej drodze ślady robót prospektorów, owych ruchliwych i niespokojnych poszukiwaczy złota: wysadzone, poszarpane prochem skały i zwały kamienne, głębokie doły i szyby, rowy, któremi odprowadzano wodę i wysuszano place, które posiadały, jak podejrzywano, złoty piasek. Porozrzucane w krzakach i pośród kamieni blaszanki od konserw i nafty, kawałki zardzewiałego żelaza, resztki wozów dla przewożenia ziemi, jakieś połamane rury żelazne i nędzne szopy — wszystko świadczyło o kipiącej tu niegdyś pracy ludzkiej. Lecz ci, co pozostawili po sobie widoczne wspomnienia, już dawno byli odeszli; na ich miejsce przyszli inni. Pojedyńczy ludzie lub niewielkie grupy, złożone z przeróżnych osobników, najczęściej z kryminalną przeszłością, zagłębiali się w knieję aby, oszukawszy baczność policji i inspekcji górniczej, w ciągu lata i jesieni grzebać w ziemi, stojąc po pas w wodzie i wypłókiwać z piasku złoto, chociażby tylko w takiej ilości, aby przeżyć do następnego lata i — następnie powtórzyć to samo. Tacy ludzie budowali sobie nory w ziemi, kopiąc dla siebie szyb, słabo umocowany zrąbanemi drzewami; pracowali, nie mając żadnych innych życzeń, oprócz znalezienia złota i ominięcia ich schroniska przez policję.
Ci ludzie nikogo nie tknęli, a wszystkich się bali. Gdy się ich spotykało przypadkowo w gęstym lesie, nigdy się odrazu nie przyznawali do swych czynności, lecz zapewniali, że są myśliwymi lub rybakami, stosownie do miejsca spotkania, pokazując kilka skórek wiewiórek lub tchórzy, albo suszone ryby, rozwieszone na sznurach obok schronisk.
Ale w krzakach i gąszczu leśnym czaiły się i inne indywidua. Były to niewielkie, liczące po dwie lub trzy osoby, lotne i luźne bandy rabusiów. Polowały one na poszukiwaczy złota; po pomyślnych zaś napadach musiały się mieć bardzo na baczności, gdyż inne podobne im bandy zawsze planowały atak na szczęśliwszych rabusiów. W tym roku, kiedy jechałem ścieżką przez tajgę bikińską, postrachem wszystkich był bandyta, znany pod przezwiskiem „Jednooki“. Imię to strachem i grozą przejmowało nielegalnych, a nawet i legalnych mieszkańców tajgi, bo „Jednooki“ umiał napadać nieoczekiwanie i zawsze pomyślnie dla siebie, był zaś bezwzględny i okrutny dla przeciwników, rabując ich do ostatniego ziarnka złota, do ostatniej koszuli, przyczem torturował opornych i ukrywających swą zdobycz, a później zawsze podcinał wszystkim gardła.
Przy tej operacji zwykle mawiał do swych pięciu pomocników, takich samych okrutników, jak sam:
— Zabić wszystkich, żeby nikt nie został ani dla zemsty, ani dla plotek!
Jednak nie słyszałem o nim jeszcze wtedy, gdy, opuściwszy małą, odludną stację kolejową, konno zagłębiałem się w tajgę, spotykając po drodze dość rzadkie wsie ukraińców z nad Dniestru, przywiezionych tu przez rząd rosyjski w celach kolonizacyjnych.
Pamiętam gorące południe lipcowe, gdy wjeżdżałem do małej wsi, z dziesięciu chat złożonej, na lewym brzegu Bikina. Nikt nie wychodził z domu na widok mej skromnej ekspedycji, złożonej z trzech ludzi i pięciu koni. Kobiety, wyjrzawszy przez okno, natychmiast się chowały, nawet dzieci nie pokazywały się na ulicy. Zatrzymałem się przy jednym z domków, który wydał mi się czystszy i bogatszy, i zapukałem do bramy. Długo nikt mi nie odpowiadał, chociaż słyszałem, że ktoś kilka razy trzaskał drzwiami, wychodzącemi na podwórze, przywiązywał rwącego się na łańcuchu psa i mruczał coś półgłosem.
— Powarjowaliście tam do djabła, czy co?! — krzyknął jeden z mych kozaków, rozwścieczony powolnością właścicieli domu. — Człowieka uczonego zmuszacie stać na takim skwarze!
Ten wykrzyknik poskutkował. Po chwili zjawiła się niemłoda już kobieta, otworzyła bramę i poprowadziła nas do izby, tłómacząc się:
— Jesteśmy nastraszeni, panie, wybaczcie! Chodzi tu po ludziach pogłoska, że „Jednooki“ grasuje gdzieś wpobliżu i zamierza przyjść do nas, aby wziąć okup. Nasi chłopi może mu dadzą radę, ale później przyjadą urzędnicy i policja, zaczną się awantury, śledztwo, sąd; chłopi w tak gorący czas dla rolnika musieliby jechać do sądu, do miasta. Lepiej już nikogo nie wpuszczać!
Moi kozacy roześmieli się głośno.
— A to mądrzy z was ludzie! — zawołał starszy kozak, wysoki, chudy o szybkich nerwowych ruchach. — Cóż to? do samej śmierci będziecie siedzieli zamknięci w chatach?
— To się zobaczy później! — tłómaczyła się kobieta, krzątając się już koło herbaty. — Siadajcie, proszę, rozgośćcie się, zaraz przyrządzę herbatę i poczęstuję gorącym pierogiem z rybą!
Ale my już dawnośmy się rozgościli i prawie leżeliśmy na szerokich ławach, zmęczeni skwarem i walką z komarami, które zapewne przysięgły komuś wyssać z nas całą krew. Inaczej nie umiałbym objaśnić ich zaciętości w owym dniu.
Nawet moi przewodnicy, już przyzwyczajeni do tej „małej“ przykrości leśnej, klęli tak energicznie, że aż się konie oglądały z wyrzutem.
Napiliśmy się herbaty, najedli wybornego pieroga ze świeżą kaługą, rybą z rodzaju jesiotrów, i postanowiliśmy trochę wypocząć.
— Ja nie będę spał! — oznajmił starszy przewodnik. — Pójdę się zapoznać z temi dziwakami — chłopami. Może się od nich dowiem czego o węglu i o złocie. Słuchajcieno, babciu, przecież wasi chłopi po tajdze się włóczą?
— A jakże! — odrzekła. — Las rąbią, polują, zbierają orzechy cedrowe...
— Widzę, że macie tu święte życie! — zaśmiał się wesoło. — A dobrze wam się tu powodzi?
— Chwalić Boga — dobrze! — odparła i przeżegnała się nabożnie. — Ziemia urodzajna, chleba mamy poddostatkiem i sprzedajemy go do Chabarowska i Nikołajewska, bydła — ile nam potrzeba, chłopi sobole i kuny biją, handlują z Goldami[1] spirytusem, tytuniem, prochem i zapałkami, a ci płacą złotem i futrami. My jesteśmy najbliższymi sąsiadami Goldów i najwięcej od nich kupujemy albo bierzemy w komis. Wszystkie ich towary przez nas idą dalej do kolei i do miasta. Sam tylko Golienko zeszłej zimy kupił pięćset soboli i sprzedał w Chabarowsku!...
Mówiła z zachwytem, uszczęśliwiona dobrobytem i powodzeniem.
— Żyć tu z wami, a nie umierać! — wykrzyknął mój kozak, a drugi parsknął głośnym śmiechem i zawołał:
— Dobrze wam, a sami siebie zamykacie w chatach, jak w więzieniu!...
— To tylko teraz, bo „Jednooki“... — objaśniała baba, myjąc naczynia.
Zasnąłem podczas tej gadaniny, a gdym się obudził, zobaczyłem, że moi przewodnicy są już gotowi do drogi. Załatwiłem rachunek z gospodynią, i ruszyliśmy.
Po paru godzinach jazdy przez las, po dawnemu trapieni przez komary i olbrzymie rude muchy gryzące, które kozacy określali jedną i tą samą nazwą „gnus“, spotkaliśmy z boku od ścieżki ślady kół, o jakie zaś pół kilometra dalej — ukryty w gąszczu szałas, w którym zastaliśmy trzech poszukiwaczy złota. Pili wódkę i byli już mocno podchmieleni.
Po powitaniu prospektorzy ostrożnie rozpytali, kim jesteśmy, i natychmiast się uspokoili.
Obejrzałem ich szyb z piaskiem złotodajnym, dając solenną obietnicę, że nikomu z władz o nich nie powiem, i pojechaliśmy dalej ku wielkiej uciesze komarów i innego „gnusa“.
— Powiodło się widocznie tym chłopcom coś większego wyskrobać z ziemi! — zauważył starszy kozak. — To już bogata „partja“, bo mają dwa konie z wozami, a i wódki nie brak! Nieczęsto się to zdarza tym obszarpańcom, co żyją z dnia na dzień!...
Na nocleg zatrzymaliśmy się w głębokim wąwozie, przez który płynął strumyk głośno szumiąc w kamiennem łożysku.
Po kolacji zawinąłem się z głową w szeroki płaszcz brezentowy i zasnąłem na miękkiem posłaniu, które mi urządzili kozacy. Jakgdyby przez sen, słyszałem jakiś hałas, czyjeś kroki, parskanie koni, lecz ponieważ nic mnie to nie obchodziło i nie miałem nic, coby mi było można ukraść, oprócz leżących przy mnie pod płaszczem karabinu i rewolweru, spałem dalej spokojnie.
Obudziłem się, gdy słońce już było wysoko na niebie. Kozacy siedzieli przy ognisku i pili herbatę. Spostrzegłszy, że już nie śpię, podeszli do mnie i oznajmili, że dwa konie juczne uciekły i że nie mogli ich znaleźć, gdyż widocznie poszły w stronę domów drogą, już przez nas przebytą.
— Zaraz jedziemy na poszukiwanie! — rzekł starszy, podchodząc do osiodłanego konia. Zauważyłem, że koń był mocno spieniony, jakby przebył długą i ciężką drogę.
Kozacy odjechali.
Czekałem na nich bardzo długo, bo aż do godziny 7-ej wieczór. Kląłem i ich, i konie, jak mogłem i jak umiałem. Dopiero koło siódmej usłyszałem zdaleka szczęk podków i głosy ludzkie. Z lasu po kilku minutach wynurzyło się kilku jeźdźców. Gdy się zbliżyli, poznałem czapki i mundury policyjne.
— Nie ruszać się z miejsca, bo będziemy strzelać! — zawołał jadący na czele i podniósł karabin.
Nic nie rozumiałem. Napad policjantów na podróżującego badacza? To nawet w Rosji rzadko się zdarza.
— Dobrze, nie ruszę się! — odpowiedziałem.
Podjechali i zażądali okazania dokumentów. Ponieważ wszystkie moje papiery były w porządku, opatrzone podpisami samego gubernatora, więc odrazu policja zmieniła ton i zeszła z koni.
Gdy już siedzieli koło ogniska, dowódca oddziału z widocznem zakłopotaniem zapytał:
— Bardzo przepraszam, ale w jaki sposób pan się spiknął z „Jednookim“?
— Z kim? — spytałem.
— Z bandytą... z najniebezpieczniejszym bandytą, „Jednookim“.
— Skoro się tak nazywa, powinien mieć jedno oko, ja zaś takiego człowieka nie znam! — odrzekłem głosem stanowczym.
— Pan się zapiera? — spytał zdziwiony policjant.
— Nie zapieram się, ale twierdzę, że z moich ludzi, którzy pojechali na poszukiwanie koni, żaden nie jest jednooki!
Policjant wzruszył ramionami i zwracając się do swych towarzyszy, zawołał:
— Przyprowadźcie no tu i pokażcie temu panu „Jednookiego“!
Po chwili przede mną stał mój starszy przewodnik, a z poza jego pleców wyglądała głupowata, wystraszona twarz drugiego kozaka.
Zdumienie moje nie miało granic. Mój przewodnik, bo on to był we własnej osobie, miał tylko jedno oko: krwawa jama lewego oka była załzawiona, a powieka wisiała nad nią bezwładnie. Drugie, zdrowe oko patrzyło na mnie wesoło i filuternie. Dzwoniąc założonemi kajdankami, skłonił się przede mną i mruknął:
— Proszę o przebaczenie za nieprzyjemność z mego powodu!
Policjanci odprowadzili ich na bok. Musiałem dać wyjaśnienia, w jaki sposób wynająłem we wsi, położonej przy stacji kolejowej, tych ludzi, niezupełnie stosownych na straż przyboczną.
Wtedy dowódca oddziału opowiedział mi, że „Jednooki“ ze swym towarzyszem napadli na ukrywających się w lesie prospektorów, wyrżnęli wszystkich i zrabowali prawie pięć funtów złota; następnie powrócili do mnie, później zaś pod pozorem szukania koni, udali się do wioski, gdzie odpoczywaliśmy w chacie zbyt szczerej baby. Tam weszli do domu bogatego chłopa, Golienki, i pod groźbą tortur i śmierci zmusili go do wydania pieniędzy. Ten już był spełnił ich żądanie, gdy nagle nadjechał oddział policji i schwytał bandytów, nie oczekujących napadu. „Jednooki“ był już wtedy bez jednego oka, gdyż, spodziewając się bójki i potyczki, sztuczne oko schował do kieszeni swej bluzy. To sztuczne oko było najlepszą maską bandyty w okolicy, gdzie „Jednooki“ stał się postrachem dla wszystkich.
Co do mnie, muszę zaznaczyć, że „Jednooki“ był człowiekiem dobrze wychowanym i ujmującym w obejściu. Narobił mi jednak kłopotu, gdyż dalej jechałem z wynajętym dla mnie przez policję wieśniakiem-Ukraińcem, głupim i leniwym, który ciągle mylił drogę, bał się starych dębów dziuplastych, ponieważ w nich, jak twierdził, miały siedzibę zielone biesy leśne. Ale zato w sposób, zupełnie dla mnie niezrozumiały po kilka razy na dzień bywał pijany, poczem nic już nie rozumiał i śmiał się bezczelnie, jak idjota. A nazywał się... Orzeł!
W owej tajdze Bikińskiej panuje nad wszystkiem złoto. Opowiadają baśni o nieistniejących bogatych żyłach złota w masywach grzbietów górskich, w łożyskach głębokich i wartkich rzek, jak Chor i Iman, z ust do ust przechodzą opowieści o zbrodniach, dokonanych w tych lasach i o straszliwych przygodach prospektorów. Istotnie, sporo krzyżów spotkałem w miejscowościach zupełnie odludnych, a przecież wiem, że Sybirak stawia krzyż nad znalezionemi i przez siebie zakopanemi zwłokami zamordowanych, zmarzniętych lub rozszarpanych przez zwierzęta ludzi. W imię metalu Żółtego Djabła, jak nazywają złoto Koreańczycy, dzieją się w tajdze Ussuryjskiej rzeczy straszne i krwawe, dokonywają czyny bohaterskie, pełne odwagi, siły woli lub bezprawia, lecz Żółty Djabeł triumfuje zawsze i prowadzi ludzi, omamionych blaskiem złota, do zguby i zbrodni.




Przypisy

  1. Myśliwskie plemię mongolskie, koczujące w lasach na Ussuri.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.