W klatce (Orzeszkowa)/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
VIII.

Kobieta-zagadka.

W imię zdrowego rozsądku, świętéj spokojności i rozstrojonych wrzawą nerwów, pytam: czego się ci ludzie tak szalenie po mieście ruszają? Czy Warszawa zapaliła się na wszystkich swoich końcach? Czy się gdzie jaki cud ukazał?... Na chodnikach tłumy biegną, potrącają się i, nie mając czasu na przeprosiny, biegną daléj... Środkiem ulic powozy pędzą jak szalone, furmani krzyczą, konie galopują, a błoto, odskakując od kół i kopyt końskich, bryzga, i ludzi, idących piechotą, zamienia w nieznany dotąd zoologii gatunek centkowanych dwunożnych. Dorożki do najęcia nigdzie ani znaleźć, bo ile tylko jest ich w całém mieście, wszystkie zajęte przez wyfrakowanych panów, w wysokich kapeluszach i białych rękawiczkach, którzy jeżdżą od domu do domu, wysiadają z dorożek, wchodzą w bramy i na piętra, wymawiają z ukłonem sakramentalny wyraz: winszuję! wsiadają znowu i daléj pędzą, z kartami wizytowemi w ręku. Kiedy między piechotą idącymi ludźmi spotykają się znajomi, brzmi po sto razy wyraz: winszuję! a mniéj elegancki świat, starym zwyczajem, dodaje: daj Boże za rok szczęśliwie doczekać!
Kto-by nie wiedział o przyczynie téj całéj radości i tych wszystkich powinszowań, sądził-by, że wyrok niebieski zdjął z ludzkości klątwę piérworodnego grzechu, albo, że jaki najazd barbarzyńców został zwycięzko przez Europę odparty, albo, co najmniéj, że się wszyscy tego ranka pożenili, lub że się wszystkim ubiegłéj nocy urodzili pierworodni. A to poprostu ludność Warszawy obchodzi uroczystość Nowego Roku.
Taką jest moc zwyczaju. Ileż razy ludzie dziękują sobie, nie wiedząc za co, winszują, nie wiedząc czego, wierzą, nie wiedząc w co, dla tego, że tak dziękowali, winszowali, wierzyli i robili ich praojcowie. I dziwić się tu Chińczykom!...
Nie wszyscy jednak bawią się, winszują i przyjmują powinszowania. Oto z po-za rogu jednéj z ulic, na szeroki i pełen ludzi chodnik wysuwa się biedne małe chłopię, skostniałe od zimna, blade i z zapadłemi policzkami. Łachmany lichéj sukmanki niezupełnie zakrywają mu nagą szyję i pierś; zmięty i brudny, o szerokich brzegach kapelusz, ocienia, splątanemi włosami orzucone, czoło. Jakby ukradkiem, wysuwa się ze schyloną głową na chodnik, zda się, przepraszając ulicę, że śmié po niéj stąpać, przyciska się do muru i drży cały, tuląc ręce w łachmany sukmanki. Mnóztwo ludzi go mija, a on, wyciągając niekiedy dłoń, woła jękliwym głosem:
— Wielmożny panie! piękna pani! dajcie grosik na chléb!
Precz z drogi, nędzne dziecię! Czy nie widzisz, że panowie i panie winszują sobie uroczystości Nowego roku? Jak śmiesz przeszkadzać im w tém zatrudnieniu? Choćbyś tu stał do dnia sądnego, tobie nikt nie powinszuje twoich łachmanów i twego głodu, a jednak tobie-to właśnie i tobie podobnym najbardziéj-by należało winszować, że o rok jeden skróciła się nędzna wasza po téj ziemi wędrówka.
W dużym domu, stojącym na jednéj z szerszych ulic Warszawy, w niewielkim ale pełnym smaku salonie, przechadza się piękna kobieta. Suknia jéj długa, jedwabna, z lekkim szelestem sunie się za nią po kobiercu, pokrywającym posadzkę. Głowę schyliła nieco w zamyśleniu, czy może pod ciężarem grubych, ciemno-kasztanowatych warkoczy, które otaczają jéj czoło i w misternych zakrętach opływają szyję i ramiona, lśniąc wplecionym w nie sznurem dużych, białych pereł. Przed bramą jéj od kilku godzin stawały ciągle powozy, przyjęła już dnia tego mnóztwo wizyt, dowiedziała się, że wszyscy jéj znajomi serdecznie się cieszą, iż o rok jeden została starszą, wzajemnie tego samego szczęścia winszowała innym, a teraz, gdy cały ten gwar uciszył się już nieco, chodzi samotna po swoim salonie i może rozmyśla nad dniem prawie minionym. W jednym końcu jéj salonu stoi palisandrowy fortepian, w drugim marmurowa konsola z wielkiém zwierciadłem, a ona przechodzi od fortepianu do konsoli i od konsoli do fortepianu, z wyrazem twarzy, w którym dosadnie maluje się myśl: o, jakże mię ci ludzie znudzili!.. Raz stanęła przed zwierciadłem; białą, przedziwnych kształtów, rękę przesunęła po błyskających perłami warkoczach i odwróciła się niechętnie, jakby i do lustra rzec chciała: „nudzisz mię!”
I znowu rozpoczęła swoję monotonną przechadzkę, a jak-by pod wpływem jakiegoś ciężkiego wewnętrznego uczucia, brwi jéj ściągnęły się, wzrok błądził machinalnie po barwnych kwiatach kobierca i ręce, skrzyżowane na piersi, zacisnęły się lekko, drobnemi palcami mnąc bezwiednie grubą materyą rękawów.
Rozsunęła się powoli aksamitna portyera, we drzwiach stanął lokaj i zaanonsował:
— Pan Pantaleon Kwiatkowski!
Piękna kobieta stanęła na środku salonu, lekko ironiczny uśmiech ożywił jéj usta i odpowiedziała:
— Prosić!
Po chwili, o długiéj i cienkiéj, we frak obciągniętéj, postaci, w blado-różowych rękawiczkach i z długiemi włosami, woniejącemi jaśminowym olejkiem, wszedł do salonu Konwalius Konwaliorum, zbliżył się ku gospodyni domu i, patrząc w sufit, wypowiedział uroczyście zniżonym głosem:
— Pani! kiedy ziemia nasza, obracając się na swéj osi, raz jeszcze uczyniła krąg około życiodawczego słońca; kiedy, ścięty kosą czasu, jeszcze rok przepłynął w przeszłości niepowrotnéj ocean; przychodzę u stóp twoich, pani, złożyć życzenia, które powstały w podbitém twemi wdziękami sercu wieszcza.
— Dziękuję panu, dziękuję — przerwała piękna kobieta — i wzajemnie życzę panu pomyślności i najszczęśliwszych poetycznych natchnień. Niechże pan siada.
I, sama siadając na małéj kozetce, wskazała gościowi swemu fotel, stojący naprzeciw.
— Dziwnie, zaprawdę, losy rządzą drogami ludzkiemi — mówił poeta, siadając i wstrząsając włosami, przyczém rozlewała się woń jaśminowego olejku. — Oto naprzykład dziś ja pragnąłem piérwszy złożyć u stóp twych, pani, kwiaty życzeń, które rozkwitły na gruncie mego serca i kilka już chwil zaledwie dzieliło mię od upragnionego celu, do którego dążyłem, a którym był przybytek twojego mieszkania, gdy nagle jeden z rydwanów, przemykających się po forum naszego grodu, orzucił mi oblicze kałem téj ziemi. Byłem więc zmuszony szukać strumienia wód, aby obmyć z méj twarzy to nieczyste dotknięcie zewnętrznego świata, a tymczasm Saturn kosą swoją ściął dwie godziny dnia dzisiejszego i oto jestem, jako człowiek, który mówi: przybędę piérwszy, a przybywa ostatni...
Ciężkie westchnienie wydarło się z piersi poety i pochylił głowę pod strasznym ciosem, który go dotknął.
— O, nic nie szkodzi — powiedziała gospodyni domu — wierzę w dobre chęci i życzenia pana. Jakże pan czas przepędzał, od chwili jakem go nie widziała?
Konwalius rozpaczliwie wstrząsnął włosami.
— My, pani — odrzekł — my męczennicy najświętszych uczuć, my wiecznie zapoznani przez pełzającą po nizinach prozy i materyi ludzkość, żyjemy dla tego tylko, aby cierpiéć.
— Jednakże — wtrąciła kobieta — zdaje mi się, że poezya nie jest tak znowu wzgardzoną, jak pan utrzymujesz...
— Ród ludzki — przerwał, kiwając głową, Konwalius — ród ludzki dąży do swéj zguby; bo bozka poezya przestała być jego matką-karmicielką, bo nikczemna proza...
— Zdaje mi się, panie Kwiatkowski, że jeżeli ludzie w rzeczywistych barwach świat widzą, nie przeszkadza to, aby prawdziwa poezya...
— Pani! — zawołał poeta, gwałtownie cofając się z fotelem — i z twoich-że to bozkich ust przychodzi mi słyszéć najstraszniejsze bluźnierstwo? O, teraz poezya powiedziéć może tobie pani: — et tu, Brute, contra me?
— Owszem, ja kocham poezyą — przerwała kobieta i figlarnie dodała: — szczególniéj mistyczną.
— O mistycyzm! — zawołał ułagodzony wieszcz — mistycyzm to kwiat poezyi! Łatwo napisać coś tak, aby wszyscy śmiertelnicy ciasnym swoim umysłem zrozumieli myśl wieszcza; ale wydobyć z jaźni swojéj akordy niezrozumiałe pojęciu lichych robaków, a śpiewać dla gwiazd, obłoków, strumieni, śpiewać dla kwiatów, aniołów i duchów... to jest dopiéro szczyt, do którego wznieść się musi wyłoniona z piersi prawdziwego wieszcza poezya. Mistykami byli Juliusz, Zygmunt...
— To téż poezye pana — rzekła znowu z udaną powagą gospodyni domu — mają głębokie piętno mistycyzmu; zbliżają się one formą do arcydzieł Krasińskiego...
— Jakto, pani — z nowém oburzeniem zawołał drażliwy wieszcz — jakto! ja, ja! miałbym naśladować! jakto! pani posądzasz mego ducha o niewolnicze zginanie hardego czoła przed modłą chociażby mistrzowską! Widzę, że, jak zwyczajnie, jestem zapoznany... Nie, pani — dodał z goryczą i godnością — nie naśladuję nikogo, jestem zawsze wierny sobie samemu i zawsze oryginalny.
I opierając zbolałą głowę o tylną poręcz fotelu, pogrążył się w gorzkiéj ironii milczenia, a w braku rzymskiéj togi, któréj poważnemi fałdy mógł-by owinąć swój obrażony majestat, pełnym godności ruchem zapiął frak, aż po samę szyję.
— Któż-by mógł zaprzeczyć panu zupełnéj, wyłącznéj oryginalności? — rzekła gospodyni domu. — Ale zostawmy na późniéj rozprawy o poezyi — dodała — bo dziś mam pana zapytać...
— Tak, pani — przerwał poeta — tak, pani, jestem zupełnie, wyłącznie oryginalny i nawet śmiem twierdzić, że daném mi będzie na nowe a nieznane dotąd tory wprowadzić poezyą polską. Czego, ażeby dać pani dowód, przeczytam jéj mój najnowszy, bo wczoraj dopiéro ukończony, poemat o dyable Borucie.
I mówiąc to, sięgnął do kieszeni fraka, z któréj sterczał zwój papierów.
— Z przyjemnością posłucham poematu pana o dyable Borucie inną razą, ale teraz, chciéj mi pan powiedziéć, czy nie znasz...
— Dyabeł Boruta — rozpoczął wieszcz.
— O mój Boże! — tupiąc nóżką i odbierając poecie rękopis, zawołała piękna kobieta. — Ależ ja w téj chwili nie jestem usposobiona do słuchania najpiękniejszych nawet poezyi. Daj to pan, przeczytam sama; a teraz staraj się pan zebrać swoje wieszcze myśli i posłuchaj uważnie mojego pytania.
Tak była piękna ze swoją figlarną minką i nakazującym tonikiem, że Konwalius zapomniał o dyable Borucie i rzekł uroczystym głosem:
— Bogini, rozkazuj słudze twojemu!
— Otóż pytam pana, czy nie znasz w Warszawie jakiego pana Karłowskiego?
Poeta pochylił głowę, palec w różowéj rękawiczce przyłożył do czoła i zamyślił się.
— Pana Kar-łow-skie-go — powtórzyła kobieta, kładąc nacisk na każdéj zgłosce. — Młody, wysoki, szczupły, blondyn, z błękitnemi oczyma. Pytam o niego wszystkich moich znajomych, ale nikt go nie zna.
— Ja go znam — rzekł wieszcz, tryumfalnie podnosząc głowę, i palec wskazujący posyłając w powietrze — ja go znam — powtórzył i dodał uroczyście: — to badzo przyjemny człowiek.
— Czy pan bywasz u niego?
— Nie, pani, widziałem go raz tylko. Jest to młodzieniec bardzo piękny i, jak wnieść mogłem, uczuciowy.
— Zkądże pan znasz jego uczuciową stronę?
— O ile dostrzegło wieszcze oko moje, był on zachwycony twemi, pani, wdziękami.
— Gdzież to było?
— W teatrze. Pytał mię, pani, o twoję nazwę doczesną.
— I powiedziałeś mu pan moje nazwisko?
— Powedziałem, że mianem twem jest piękność.
— Nie wiele się dowiedział.
— Powiedziałem mu także, iż tłum nazywa cię „Kameleonem”, ale że ja wieszczo odgadłem twoje prawdziwe imię, które jest... bogini.
— To wszystko bardzo pięknie, ale czy pan wiész, gdzie pan Karłowski mieszka?
— Nie powiedział mi kędy ma siedlisko swoje, a w moje progi nie wstąpił, mimo, żem go wzywał, aby przyszedł nakarmić się owocami mojego ducha.
— A więc, panie Kwiatkowski — mówiła piękna gospodyni, powabnie opierając się o podnóżki kozetki i końcami paluszków dotykając rękawiczki poety — a więc, poniewasz pan znasz pana Karłowskiego, chciéj wyszukać jego mieszkanie i powiedziéć mu, że pragnę go poznać bliżéj.
Poeta patrzył na nią szeroko rozwartemi oczyma, a ona mówiła daléj:
— Bo to widzisz, panie Kwiatkowski, ostatnią moję podróż do Warszawy odbyłam w towarzystwie pana Karłowskiego, a choć mało rozmawialiśmy z sobą, oddał mi ważną przysługę znalezieniem mojego pierścionka, który zgubiłam, a który mi jest drogą pamiątką..., chciała-bym raz jeszcze podziękować mu w moim domu.
I mówiąc to, patrzyła na poetę najpiękniejszém spojrzeniem swoich wielkich, ciemnych oczu, i paluszków nie zdejmowała z jego rękawiczki.
— Stanie się, pani, według woli twojéj — uroczyście wyrzekł Konwalius. — Choć-by mi trupem ledz przyszło, przyprowadzę go do stóp twoich, jak scytyjskiego niewolnika.
— O! miły poeto — zawołała, wyraźnie rada z niego kobieta — nie legniesz trupem, a pan Karłowski, jako gość pożądany, nie jako niewolnik przybędzie tutaj.
— Szczęsny sto razy, kogo okują kajdany twoich, pani, wdzięków — wygłosił poeta i zabierał się do wyjścia.
— No, kochany wieszczu — wdzięcznie rzekła gospodyni domu, podając mu rękę — nie zapomnij-że o mojém poleceniu i powiedz panu Karłowskiemu, że Kameleon chce go widziéć u siebie.
A gdy Konwalius wyszedł już z salonu, pobiegła ku drzwiom, rozchyliła portyerę i zawołała za nim:
— A jak się pan dobrze sprawisz, będziesz miał prawo przeczytać mi poemat o dyable Borucie.
Po wyjściu poety, młoda kobieta stanęła na środku salonu, złożone ręce opuściła na ciemną suknią, głowę pochyliła, a po twarzy jéj przebiegały, jak błyskawice, różne wrażenia. Usta uśmiechały się, to figlarnie, to dumnie lub szydersko nieco, w oczach błyskały ogniki słote, migocąc z po-za długich rzęs. Tak stała, zamyślona przez chwilę; nareszcie podniosła głowę, szybkim ruchem osunęła z ramion warkocze, zaśmiała się srebrzystym, cichutkim, figlarnym śmieszkiem i szepnęła:
— To on, jak uważam, naprawdę mi się podobał. Tém lepiéj! pobawię się trochę. — I znowu stanęła, spuściła głowę i rzekła: — Pobawić się.. ach, mój Boże! kiedyż ja się przestanę bawić? O, kiedyż będę miała siłę przestać się bawić!...
W owéj chwili twarz jéj była posępna, tragiczna niemal; w mgnieniu oka jednak wyraz ten minął i, szybko pobiegłszy ku drzwiom, pociągnęła taśmę dzwonka.
We drzwiach stanęła ładna i z całym wykwintem, właściwym służącéj wielkiéj pani, ubrana subretka.
— Marylko — rzekła do niéj pani Kameleon — suknia moja na dzisiejszy wieczór czy przyniesiona z magazynu?
— Wczoraj jeszcze, proszę pani.
— To dobrze, a kwiaty?
— Oto są, pani. — I z małego pudełka, które trzymała w ręku, wyjęła wdzięcznie i misternie uwity wieniec z ciemnych gałęzi cyprysu i pączków białych róż.
— Taki smutny wieniec, proszę pani — zauważyła służąca.
— Smutny!? — machinalnie powtórzyła za nią piękna pani — smutny?.. masz słuszność. Cyprys, to kwiat grobowy, ale za to pączki róż, to młodość i nadzieja. Owszem, ten wieniec jest piękny i mądry — mówiła daléj jakby do siebie — bo ileż razy w życiu człowieka cyprys łączy się z różami. Na pozór same róże błyszczą, a wkoło nich wiją się ciemne cyprysu gałązki...
Milczała chwilę, patrząc wciąż na fantastyczny wieniec, a twarz jéj znowu była posępna.
— Schowaj to, Marylko — rzekła wreszcie, oddając kwiaty. — A co się tam dzieje z tym chłopcem, którego dziś kazałam z ulicy przywołać?
— Dałam mu obiad, proszę pani — odpowiedziała służąca — a teraz zasnął w moim pokoju. Strasznie był zgłodniały i zziębnięty.
— Biedne dziecko! — rzekła pani Kameleon — jak się przebudzi, przyprowadź go tu do mnie, rozpytam się o jego rodziców. Jeżeli nie ma ojca ani matki, to go odeślę do siebie na wieś. A twoja siostra, Marylko, czy idzie za mąż?
— Po jutrze ślub jéj, proszę pani.
— Weźże sobie na to wesele moję suknią, którą miałam onegdaj na wieczorze u pani N. Chcę żebyś mi ładnie tam wyglądała.
Uszczęśliwiona dziewczyna, ucałowała ręce pięknéj swojéj pani.
— Ach, jaka pani dobra! — rzekła i wybiegła z pokoju.
— Dobra, dobra — cicho powtórzyła pani Kameleon — tak, mogła-bym kiedyś, a może i dziś jeszcze mogę być dobrą, ale czyż nią jestem?...
I zwolna przechodziła przez salon.
— Tak — cicho mówiła daléj — są w piersi mojéj skarby słodyczy, ukochania, dobroci; są one, słyszę je tam w głębi, jak szepcą mi dobre rady i natchnienia, jak, niby anioły-stróże, bronią mię od ostatniego upadku; ale zarazem ile tam w téj piersi mojéj demonów złego, ile uniesień grzesznych, płochych próżności, jak tam szamocą się i targają te gorące, nieposkromione wrażenia, które mię porywają w coraz nowe szały, w coraz nowe błędy!... Dobra! dobra!... Nie, ja nie jestem dobra, ja jestem Kameleon, igraszka chwili, straszne moralne nic!
Bezwiednie usiadła przy fortepianie i, pogrążona w dziwnych rozmyślaniach swoich, jakby w analizie saméj siebie, oparła czoło na ręce, a usta jéj poruszały się cichym szeptem:
— Dobra! nie, ja nie jestem dobra, ja jestem dwoista: dobra i zła, wesoła i posępna, poważna i szalejąca, myślą i pragnieniem w wyżynach, ciałem w nicestwie ziemskiém. Anioły i szatany zeszły się na walkę w piersi mojéj i wcielił się we mnie odwieczny myt dwóch sprzecznych potęg: dobrego i złego.
Niżéj jeszcze pochyliła głowę i machinalnie przebiegała ręką klawisze, które pod jéj dotknięciem zabrzmiały tonami jakichciś dzikich akordów. Te bolesne i jakby szydercze dźwięki na twarz jéj również szyderczo-bolesny wywołały wyraz. Umilkły klawisze i ręka kobiety upadła między fałdy jedwabnéj sukni.
— Ha — mówiła znowu — cóż nie jest dwoistém na świecie? Przejechałam wzdłuż i wszerz cały prawie świat oświecony, widziałam wiele rzeczy i znałam wielu ludzi, a wszystko było dwoiste i wszyscy byli dwoiści. Za każdém szczęściem kryje się niedola, bogactwo podszyte bywa nędzą moralną, piękne słowa kryją brzydkie myśli, pod uśmiechnętemi maskami, są zapłakane twarze. Człowiek jedną ręką dopełnia dobrego czynu, drugą występku, jedném okiem patrzy w niebo, drugiém w otchłań bezdenną, jednę połowę serca oddaje miłości, drugą nienawiści. Cóż na świecie nie jest dwoiste?...
Znowu umilkła i ręką przebierała klawisze, które tą razą ozwały się smutnie, ale łagodnie, błagalnemi, jakby miłosnemi akordy.
— Jest jednak na ziemi rzecz jedna nie dwoista — mówiła znowu, niby wsłuchując się w przebrzmiałe tony — jest jedno uczucie, szerokie jak świat, czyste jak niebo w poranku, szczere jak modlitwa dziecka: tą piękną, tą bez skazy i dwoistości rzeczą, jest prawdziwa, wielka, bezgraniczna miłość. Błogosławiony, kto ją czuć może, komu ona pierś oczyści ze wszystkich grzesznych tchnień życia, myśl podniesie ku szczytom cnoty i poświęcenia. Ale miłość taka istniejeż dla mnie? Czym jéj godna jeszcze? Czy w długich latach szałów i próżności nie rozsiałam, nie zmarnotrawiłam wszystkich skarbów tego serca, które niegdyś takie było młode, takie ciepłe, takie marzące?...
Westchnęła i znowu uderzyła w klawisze, które jeden już tylko akord wydały tą razą, ale przeciągły głęboki, jakby boleśnie pytający.
Po raz drugi ten sam uderzyła akord i, podniósłszy głowę, zawtórowała mu pytaniem:
— I gdzie teraz to moje dawne serce?
Potém obu rękami już grać zaczęła, a melodya płynęła z pod jéj palców dziwna, żałosna, niekiedy odzywając się tęskną, jakby echa ubiegłe przywołującą nutą, niekiedy przeciągłym, niby żałosnym tonem. Po chwili otworzyły się jéj usta i wydobył się z nich śpiew łzawy, głęboki.
Zmrok zaczynał zapadać, bogate sprzęty i barwne kobierce coraz bardziéj tonęły w cieniu wkoło pięknéj kobiety, a ona, owinięta tym cieniem i ciszą swego salonu, śpiewała:

Gdzie moje serce, takie przeczyste,
Jak modre wiosną niebiosy?
Gdzie moje serce, takie przejrzyste,
Jak kropla krysztalnéj rosy?

Gdy śród rozmyślań smutnych godziny
Snuję nić zmarłéj przeszłości,
Zstępuję w ducha mego głębiny,
Szukając wiary, miłości.

I gdy szyderstwo znajduję w łonie,
Próżnią i pustych win roje,
W odmęcie bólu myśl moja tonie
I wołam: gdzie serce moje?...

Zaledwie umilkła nuta smutnéj piosenki, gdy we drzwiach, z kilkoramiennym świecznikiem w ręku, stanęła Marylka. Strumień światła spłynął na salon i na siedzącą przy fortepianie kobietę i przejrzał się w dwóch grubych łzach, które po jéj przedziwnie białéj spłynęły twarzy.
— Wszystko już gotowe, proszę pani — ozwała się, stojąca na progu ze świecami w ręku, subretka. — Może się pani już zacznie ubierać na wieczór.
Po chwili, w wytwornym budoarze, pani Kameleon stała przed wielkiém zwierciadłem, które odbijało jéj postać od stóp do głowy.
Rozplecione włosy snopami ciemno-złotych promieni opływały białe fałdy muślinu, któremi się owinęła; przed nią leżała suknia z pajęczych koronek i wianuszek z róż i cyprysu, a obok zwierciadła, na tle ponsowego aksamitu, wiły się grube sznury pereł.
Piękna kobieta rozjaśniła czoło, oczy jéj błysnęły weselem, na ustach zawisł uśmiech zadowolenia. Z pomocą Marylki zaczęła misternie splatać swoje miękkie i wonne włosy, a wkrótce w budoarze brzmiała nuta lekkiego, wesołego walca.
Przed błyskiem próżności pierzchnęły poważne rozmyślania, uśmiech zastąpił łzy, wesoła nuta walca spędziła z ust żałosny śpiew tęskniącéj za niepokalaną młodością kobiety.
Niedarmo świat ją nazwał Kameleonem, niedarmo byli tacy, którzy ją nazywali kobietą-sfinxem. Sfinxem była ona nie tylko dla drugich, ale niestety... i dla siebie.
A biada temu, kto zawczasu nie nauczy się badawczo zaglądać w głąb' samego siebie i ściśle rachować złe i dobre potęgi, władnące jego istotą! Biada temu, kto, nie posiadłszy wielkiéj mądrości samopoznania, sam dla siebie zostanie zagadką; bo, nie odnalazłszy w sobie gwiazdy przewodniéj, kierowniczéj busoli, pójdzie na oślep po drogach życia, jak po manowcach. Wolą nie ujmie on steru popędów swych i namiętności, bo nie będzie wiedział, jak się poczynają i kędy ich koniec, bo złe głosy wydadzą mu się dobremi, a dobre zapozna i odrzuci, jak nie swoje. Smutna igraszka wrażeń, instynktu, trafu, mimowoli kaleczyć będzie i siebie, i drugich, wrażenia biorąc za uczucia, uczuciom nie dowierzając, błędne ogniki przelotnych myśli poczytując za gwiazdy przewodnie, a głębokie i dobre natchnienia tłumiąc, jak kaprys chwilowy.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.